thief

Śmierć i dziewczyna

Recenzje • Dominik KwaśnikSkomentuj

Każdy z nas ma chyba swoją wyjątkową książkę. Taką, która robi ogromne wrażenie, porusza, a po przeczytaniu pozostaje w pamięci. Pierwszą taką książką był dla mnie Buszujący w zbożu Jerome’a Davida Salingera. Teraz do Holdena Caufielda dołączyła niespodziewanie Liesel Meminger – zwana także złodziejką książek.

KSIĄŻKA

Pierwsza w oczy rzuca się osoba narratora. Nie jest to, wbrew pozorom, tytułowa bohaterka. Narratorem jest Śmierć. Śmierć opowiada o wielu rzeczach: o wojnie, o umieraniu, o Holokauście, o dzieciństwie, o przyjaźni i miłości, wreszcie o książkach – i, jak się okaże, ma bardzo bogate słownictwo. Książka jest pięknie opowiedziana, wręcz namalowana – tak dużą rolę odgrywają tu barwy; ubrana w garść oryginalnych, błyskotliwych poetyckich porównań… Drugą rzucającą się w oczy rzeczą są wybicia w tekście – swoiste „komentarze na marginesie”, którymi Śmierć podkreśla ważne kwestie. Wszystko to pierwszy powód, który decyduje o wyjątkowości Złodziejki książek. Drugim jest sama opowieść.

A zaczyna się ona ponuro: mała Liesel traci braciszka (przy okazji pogrzebu kradnie pierwszą książkę), potem trafia do zastępczej rodziny w małym bawarskim miasteczku (jej matka, komunistka, musiała ją oddać). Liesel trafia więc pod opiekę dobrotliwego Hansa i surowej Rosy Hubermannów. Tu nauczy się czytać, tu pozna Rudy’ego – chłopca z sąsiedztwa, najlepszego przyjaciela (i adoratora); zaprzyjaźni się też z ukrywanym przez rodziców Żydem Maksem. Tutaj zrozumie wartość słów. Tu niestety też pozna śmierć i świat, którego nie rozumie. Ale, dzięki słowom i książkom, nauczy się patrzeć nań w inny sposób.

Podoba mi się, że nie jest to książka w stylu „dziecko ucieka w świat wyobraźni od okropieństw wojny” (tym bardziej, że byłoby to naiwne, po umieszczeniu akcji w Niemczech).

Nie, nie ma tu żadnych bajkowych wyimaginowanych enklaw. Liesel żyje normalnie – gra w piłkę, chodzi do szkoły – ale nie rozumie do końca tego świata, jego zasad.Kocha czytać, słuchać gry ojca na akordeonie, włóczyć się z Rudym, rozmawiać z ukrywanym w piwnicy Maksem. Nie rozumie jednak, dlaczego Max musi się chować. I dlaczego książki są palone. I dlaczego tak strasznie być „komunistą”. Nienawidzi więc Führera. To przez niego nie ma matki, przez niego cierpi Max, to on zabrał jej nowego ojca na bezsensowną wojnę. To przez niego śmierć nawiedzi spokojne Molching.

Podoba mi się też, że nie jest to książka o „dobrych Niemcach”. To znaczy, taki Hans Hubermann jest dobry. Ale nie jest stereotypowym „dobrym Niemcem”, heroicznym przeciwnikiem nazizmu. Jest po prostu człowiekiem. Ukrywa Żyda, bo ten jest synem mężczyzny, który kiedyś ocalił mu życie. Daje innemu Żydowi chleb z litości, bo jest człowiekiem – tylko tyle i aż tyle.

Autor uniknął pułapki tworzenia z Niemców udręczonych ludzi, zniewolonych narzuconym systemem. Gdy mieszkańcy miasteczka chowają się w schronie, narrator mówi: są godni politowania. Czy zasługują na coś lepszego? Ale potem pada pytanie: czy wszyscy na to zasłużyli? Czy Hubermanowie, Liesel, Rudy, inne dzieci, na to zasłużyli?

Ludzie są winni bierności. Tego, że dali się przekonać szaleńcowi. Ale prawdziwym winowajcą jest Führer i jego słowa. Rozumieją to dzieci – Rudy chce zabić Hitlera – ale nie rozumieją dorośli. Gdy Rudy maluje się na czarno i udaje na bieżni Jessego Owensa (czarnoskórego mistrza olimpijskiego z Berlina), jest zaskoczony złością ojca. „Nie można być jak Żyd czy Czarny” – wytłumaczy ojciec. Ale dlaczego? Na to już nie ma odpowiedzi.

Może, gdybyśmy wciąż patrzyli na świat jak dzieci, to byłby on lepszym miejscem? Liesel upiększa sobie (i innym) świat czytaniem. Książki kradnie, dostaje jako prezenty (Max zamaluje na biało strony Mein Kampf i stworzy na nich swoją opowieść), wkrótce zacznie tworzyć sama. Poznaje też siłę słów. Bo Złodziejka… to też (pięknie napisana) opowieść o słowach. O tym, jak są potrzebne, jaką mają moc – zarówno negatywną, jak i pozytywną. Liesel stanie się mistrzynią słów, ale i ona będzie żałowała tego, czego powiedzieć nie zdążyła.

Śmierć jest bowiem wszechobecna w tej książce. Nie tylko jako narrator, lecz także element fabuły. Przybiera różne formy, często podkreślana jest jej przypadkowość. Wydaje mi się, że ta książka przypomina jeden z najsłynniejszych polskich cytatów, powtarzany tak często, że być może spowszedniały – Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą – rozpisany na wspaniałą opowieść o małej Liesel i potędze słów.

 

Kilka spostrzeżeń:
– To książka o wojnie i śmierci;
– To książka o człowieczeństwie i przyjaźni;
– To piękna książka.

 

FILM

Złodziejka książek nie jest łatwą powieścią do ekranizacji. Kryje się w niej kilka pułapek dla filmowców. Są to np: epizodyczna kompozycja fabuły, postać narratora, rola książek i słów. 

Fabuła pozostaje epizodyczna, co w książce przechodzi bez bólu, a w filmie ten brak płynności od razu widać. Rolę Śmierci (narratora) ograniczono zaś do zaledwie kilku wypowiedzi, przez co może wydawać się ona zbędnym dodatkiem. Jej obecność sugerują też ujęcia z góry. Słowa i książki spełniają swą fabularną rolę, ale nie ma jakiegoś oryginalnego ich przedstawienia (problem jak np. pokazanie zapachów w Pachnidle). Kluczowe są relacje bohaterów. I trzeba przyznać, że z obsadą twórcy trafili w dziesiątkę.

W Hubermannów obsadzono wybitny duet aktorski – Geoffreya Rusha i Emily Watson. Oboje świetnie i wiernie oddają swoich literackich bohaterów. Ale film spoczywał głównie na dziecięcych aktorach, a przede wszystkim na grającej tytułową rolę Sophie Nelisse. I naprawdę wywiązuje się ona z tej roli znakomicie. Ma w sobie tę zadziorność, jaką miała ta książkowa Saumensch. Sophie to Liesel jak z powieści – ignorując taki szczegół jak kolor oczu, który autor opisywał jako brązowy. A oczami bardzo dużo Nelisse „gra” – ma spojrzenie zaniepokojone, smutne, ale też rozbawione i szczęśliwe, zaciekawione czy ten błysk w oku, gdy kradnie książkę z biblioteki burmistrza. W pamięć zapadła mi scena, gdy Liesel i Rudy dają upust emocjom, krzyczą nad jeziorem, że nienawidzą Hitlera. Ta scena była wyrazista i świetnie zagrana przez młodych aktorów, właśnie spojrzeniami.

Film w ogóle ma kilka ciekawie pomyślanych scen, pokazujących ów kontrast dzieci-wojna. Na przykład zestawienie Nocy Kryształowej z miłą pieśnią śpiewaną przez chórek Hitlerjugend. Przychodzi od razu na myśl Kabaret i słynny moment, gdy młody nazista śpiewa Tomorrow belongs to me. Tu mamy cały chórek nieświadomych małych Niemców. Inna scena – Liesel przynosi gazetę Maksowi. Ten z niepokojem czyta o postępach niemieckiej armii. „Ale wygrywamy wojnę?” – upewnia się dziewczynka.

Czytałem kilka opinii o Złodziejce… i mam wrażenie, że film często oskarżany jest o to, że nie jest Listą Schindlera, albo Labiryntem Fauna czy Życie jest piękne. Labirynt to jednak mroczna opowieść w tonacji serio, Życie jest piękne ryzykuje połączenie dramatu i autentycznej komedii. Złodziejka… zachowuje balans. Na jednej scenie się uśmiechniemy, inna nas wzruszy, kolejna skłoni do refleksji. To po prostu ładny, porządnie zrobiony film z świetną muzyką, opowiadający piękną historię. Myślę, że dla młodszych widzów stanowić będzie świetny wstęp do późniejszych seansów choćby wspomnianych Listy Schindlera czy Pianisty. A starsi? Pewnie nie każdemu się spodoba, ktoś uzna go za kiczowaty… Ale i tak warto go obejrzeć. Być może ciebie zachwyci.