miami blue

Kryminał jak malowany

Recenzje, Rozmowy • Dominik KwaśnikSkomentuj

Gdybyśmy mieli wybrać stolicę powieści kryminalnej, pewnie zostałby nią Londyn. Jednak ten gatunek gościło u siebie wiele miast: Wrocław, Ystad, Los Angeles… Można by wymieniać długo. Teraz jednak na kryminalnej mapie pojawiło się nowe miejsce. Witajcie w Miami City

Czarny kryminał w słońcu

Miami Blues, pierwsza wydana w Polsce powieść Charlesa Willeforda, przenosi nas w gorący klimat tego położonego nad Zatoką Biscayne miasta. Książka nawiązuje do tradycji czarnego kryminału. Jak wiadomo, w tym gatunku jednym z „bohaterów” jest samo miejsce akcji – tak jak Los Angeles u Chandlera czy Breslau u Krajewskiego. Miami, za sprawą autora, również staje się takim pełnoprawnym bohaterem. Choć rozgrzane florydzkim słońcem, a położone nad błękitem wielkiej wody, to miasto pełne szarości.

Opisy Willeforda oddziałują na zmysły. Czujemy upał, słyszymy gwar ulic, smakujemy potraw, wtapiamy się w tę specyficzną narodowościową mieszankę. Dzięki idealnie zbudowanej słowem scenografii, łatwo wciągnąć się w fabułę. Nie ma tu klasycznej kryminalnej zagadki, ale zastanawiamy się, kto wygra miejską grę w podchody – zbrodniarz Freddy czy gliniarz Hoke Moseley. Wkraczamy w brutalny, bezpardonowy świat, o którym jednak autor, dodając szczyptę ironicznego humoru, opowiada z właściwym tego typu powieściom dystansem.

Fabuła:

Po wyjściu z więzienia Freddy nie ma zamiaru żyć uczciwie. Posługuje się kradzionymi kartami kredytowymi, a na lotnisku zabija natrętnego krisznowca. Los zetknie go z siostrą swej ofiary, głupiutką prostytutką Susie. Tymczasem śladem mordercy rusza Hoke Moseley z wydziału zabójstw. Moseley cierpi na brak pieniędzy, mieszka w hotelu i nosi sztuczną szczękę. Jest jednak zdeterminowany, a determinacja wzrasta, gdy pada ofiarą brutalnego napadu. W upalnym Miami rozpoczyna się wielka miejska gra w podchody. Gra na śmierć i życie.

Jednak tym, co od razu zachęca do sięgnięcia po Miami Blues jest… wygląd książki. To po prostu świetnie wydana publikacja. Doskonałym pomysłem było dołączenie mapy miasta i wzbogacenie treści o ilustracje. Rysunki Oli Niepsuj świetnie komponują się z treścią, stają się integralną częścią powieści, nie zaś tylko dodatkiem. Wszystko razem: tekst, obrazy i ich połączenie, tworzy publikację z charakterem i zapewnia rewelacyjną czytelniczą rozrywkę.

Rozmowa z Olą Niepsuj, autorką ilustracji do Miami Blues.

Book z nami: Jak wygląda praca ilustratora? Czy do przygotowania ilustracji potrzebna jest dogłębna lektura powieści; miała ona wpływ na projekt, czy raczej od początku miała już Pani pomysł i tylko wybrała sceny do zilustrowania?

Ola Niepsuj:Praca nad ilustracją książkową, inaczej niż w przypadku prasy, nie jest możliwa bez zaprzyjaźnienia się z bohaterami, rytmem narracji, atmosferą tekstu. Od ogółu dociera się do szczegółu, nigdy na odwrót.

Pierwsza lektura, nie różni się niczym od lektury, której dokonuje każdy czytelnik. Następnie rozpoczyna się analiza. Fabuła każdej książki ma swój rytm – czasem zaczyna się od wielkiego wybuchu, czasem na wybuchu kończy, czasem jest zbiorem rytmicznych zwrotów akcji. Przypomina to matematyczne wykresy, geometryczne, sinusoidalne. By rozpoznać tempo, przy drugim czytaniu mój egzemplarz Miami Blues zyskał kolorowe zakładki pomiędzy stronami, podpisane: „zwrot akcji”, „sytuacja kryminalna”, „opis bohatera”, „ciekawy detal”… Właściwie wszystkie te fiszki doczekały się szkicu. Wtedy przyszedł moment redukcji – spośród podobnych sytuacji wybiera się te ważniejsze, z podobnych form – te bardziej trafione. To jest moment na odrzucenie tautologii obraz–treść oraz na decyzje dotyczące stylistyki przyszłych rysunków.

Pozostałe ilustracje rozłożyliśmy wspólnie z Honzą Zamojskim na stole w kolejności chronologicznej. Jeśli w którymś momencie ta rysunkowa wędrówka przez historię stawała się nudna bądź niezrozumiała trzeba było dodać lub usunąć rysunek nawet jeśli był udany. Najważniejsze było to, by historia opowiadana przez ilustracje mogła stać się samodzielnym, interesującym bytem. Ostatnia selekcja miała miejsce już na osadzonych w tekście ilustracjach i została przeprowadzona tak, by ich częstotliwość nie dominowała tekstu, a wzmacniała kluczowe momenty, tempo zmian.

mb ksiazka
Scan0003

Ilustracje mają jeden kolor dominujący – czy jego wybór był celowy, niesie za sobą jakieś znaczenie?

Od początku istniała potrzeba zastosowania środków plastycznych, które będą określały styl serii o detektywie Hoke’u Moseleyu, którą otwiera Miami Blues.

Szukaliśmy z wydawcą kierunku, który pozostawi wiele swobody kolejnym ilustratorom, a jednocześnie będzie cechą charakterystyczną wydawnictwa. Zadecydowaliśmy zastosować geometryczne plamy barwne, które dodają dynamizmu plastyce i stanowią pomost pomiędzy ilustracją a tekstem.

Każda część będzie miała inny, wybrany przez ilustratora kolor. W przypadku Miami Blues wahałam się pomiędzy kolorem zachodzącego nad Biscayne Bay słońca a kolorem wody w tej zatoce. Jednak ze względu na tytułowy blues, książka została zaprojektowana w intensywnym turkusowym kolorze, w swojej jakości i jasności dobranym tak, aby nie utrudniać lektury.

Kryminał to łatwy gatunek do zilustrowania?

Trudne do zilustrowania są tylko książki bezbarwne lub błahe.

Czy osobiście jest Pani miłośniczką kryminałów, czy woli inny typ literatury?

Nie mam swojego ulubionego gatunku literackiego. Moje trzy ostatnie lektury to kolejno: biografia, reportaż i powieść – brawurowa Morfina Szczepana Twardocha.

Jeśli poszukać wspólnego mianownika dla moich ulubionych książek to byłby to charyzmatyczny, dynamiczny bohater, plastyczny, nastawiony na detal opis nieznanej mi rzeczywistości, dekonstrukcja czasu akcji i oczywiście inteligentny humor. Tak samo jak w plastyce, cenię tajemnice i niedopowiedzenia, pozwalające czytelnikowi puścić wodze wyobraźni.

A jakie jest Pani zdanie o samym Miami Blues?

Książka od pierwszej strony pachnie wzorzystymi koszulami z krótkim rękawem, chromowanymi felgami rozłożystych samochodów z pikowanymi kanapami z beżowej skóry, hotelowymi holami, gdzie mężczyźni w lusterkowych okularach, noszący białe kamizelki zerkają zza wielkich gazet, gasząc papierosy w kryształowych popielniczkach…

Była to dla mnie fascynująca podróż, podobnej historii z pewnością nie dało by się osadzić w innym kraju i innym czasie.

Charles Wileford potrafił stworzyć ciekawe postaci z krwi i kości, stąpające po cienkiej linii granicy dobra i zła. Trudno jednak nazwać Miami Blues książką ambitną i intelektualną. Jest to dobra lektura na mgliste popołudnia, zresztą nigdy nie roszcząca sobie praw do literatury innej niż popularna.

Jak Pani uważa, po co właściwie książkom ilustracje?

Już samo słowo „ilustracja” podpowiada, ze nie jest to samodzielny rysunek, ale obraz towarzyszący określonej treści. Wierzę, że odpowiednio zaprojektowana ilustracja uzupełnia lekturę, wzmacnia przeżycia, utrwala treść, potęguje rytm. Umiejętnie dozowana nie jest tak dosłowna jak filmowa adaptacja, która na zawsze odciska piętno – ogranicza wolność wyobraźni.

Ilustracja może też służyć jako zakładka książki, można odłożyć ją z myślą: „skończyłam wczoraj lekturę na tym rysunku z gościem, który pije martini”.

Wierzę, że dobra ilustracja kształtuje gust człowieka, tak jak mój gust ukształtowały w dzieciństwie książki Bohdana Butenki, Józefa Wilkonia czy zmarłego przed paroma dniami – Janusza Stannego.