nadzieja-dla-umarlych,big,505257

Kryminał na upały

Recenzje • Dominik KwaśnikSkomentuj

Scan0005

Charles Willeford nie jest u nas specjalnie znanym autorem – nic dziwnego, wszak do tej pory jego książki nie ukazywały się w Polsce. Na szczęście to niedopatrzenie nadrabia wydawnictwo Mundin. Dzięki niemu czytelnicy mogą poznać detektywa Hoke’a Moseleya, twardego gliniarza pracującego na gorącym terenie Miami.

Gorącym dosłownie. I wcześniejsze Miami Blues (pierwsza część cyklu), i świeżutko wydana Nadzieja dla umarłych to czarne kryminały, choć Miami błyszczy w blasku ostrego florydzkiego słońca. W słońcu tym doskonale widać, że to miasto pełne kontrastów. Willeford fantastycznie opisuje teatr zmagań; bez żadnych wygładzających filtrów pokazuje np. kwestie rasowe. Murzyni, Latynosi i biali – każda z grup ma swoje uprzedzenia i nikt ich nie ukrywa. Polityczna poprawność? Tutaj jej nie znajdziecie. Książka napisana jest bardzo konkretnym językiem. Prosto. Dokładnie. Bez metafor. Charles Willeford nie bawi się w ceregiele, tak samo zresztą jak jego bezkompromisowy bohater.

Hoke należy do galerii bohaterów, którzy starają się łączyć pracę w policji z niezbyt uporządkowanym życiem osobistym. Jest rozwodnikiem, cierpi na chroniczny brak pieniędzy, nie ma nawet porządnego mieszkania. A w Nadziei żona przysyła mu do opieki dwie nastoletnie córki. Hoke lawiruje między śledztwem w sprawie śmierci ćpuna, specjalnym zadaniem od ambitnego szefa (Będzie osiem awansów. Jednym z nowych pułkowników będą musieli zrobić czarnoskórego – mówi będący Afroamerykaninem major) a pilnowaniem dziewczynek i poszukiwaniami nowego lokum.

nadzieja-dla-umarlych,big,505257

Ilustrowany kryminał

Co świadczy o wyjątkowości książek wydawanych przez Mundin? Ilustracje! Za graficzne piękno Miami Blues odpowiadała Ola Niepsuj (przy okazji premiery mieliśmy okazję z nią porozmawiać), z kolei Nadzieję ilustruje (w abstrakcyjnym stylu) Mikołaj Moskal. Nad każdym tomem serii ma pracować inny autor, który wybierze specjalny kolor dominujący. W przypadku Nadziei jest to pomarańczowy. Uff, robi się jeszcze goręcej!

W tej mozaice na pierwszy plan wysuwają się jednak sprawy osobiste Moseleya. Praca policyjna jest wciąż obecna, jednak tym razem Willeford pozwala nam bliżej poznać samego Hoke’a. Książce wychodzi to na dobre, bo trzeba przyznać, że Moseley to bardzo ciekawa postać. Swojski chłop, który byłby dobrym kumplem do piwa. Przy wszystkich swoich problemach nie jest tak przygnębiający jak Kurt Wallander, a język ma równie cięty jak Philip Marlowe. Charles Willeford ma dobre ucho do dialogów, które są jednym z atutów jego książek; innym jest z kolei ironiczny humor, którym przesycona jest cała opowieść. Seria o Moseleyu pozwala odetchnąć od tych wszystkich mrocznych kryminałów, które zalewają ostatnio nasze półki, a których autorami są goście z nazwiskiem zakończonym na -sson.