2

Hołd w nowym stylu

Filmy i seriale, Recenzje • Dominik Kwaśnik1 Comment

Miasto 44 obejrzałem z lekkim opóźnieniem. Nieprzypadkowo. Nie spieszyło mi się. Zniechęcił mnie zwiastun oraz komentarze określające obraz Jana Komasy teledyskowym filmem skrojonym pod młodzież. Zawsze marzył mi się dobry film o powstaniu, dlatego najzwyczajniej w świecie bałem się zawodu. Niepotrzebnie.

Łatka „młodzieżowego filmu” jest krzywdząca – Miasto jest po prostu filmem współczesnym, współczesnym w sensie formy. Komasa język filmu zna bardzo dobrze, posługuje się nim swobodnie. Dowodzi tego np. bodaj najlepsza dramaturgicznie, doskonale wyreżyserowana scena w filmie – wybuch czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego.

Reżyser stara się przy tym odbić na filmie swój znak. Co jakiś czas serwuje nam dziwnie niepasujące do przyjętej konwencji wstawki – klaustrofobiczne wizje podczas przejścia kanałami, ujęcia rodem z gry Medal of Honor, czy słynne, wywołujące bodaj najwięcej kontrowersji sceny: erotyczna z dubstepowym podkładem muzycznym i pocałunek pośród deszczu omijających bohaterów w slow motion kul. Można dyskutować o zasadności tych rozwiązań. Zdecydowanie zaburzają płynność akcji i wybijają z rytmu oglądania, z drugiej strony trzeba zauważyć, że nie pojawiają się w przypadkowych momentach. Dodają trochę metaforyki, może zapewniają oddech w ciągu spielbergowsko dosłownych scen.

Piszę „spielbergowsko”, ponieważ skojarzenia z Szeregowcem Ryanem narzucają się same. Powstanie pokazane jest nie w formie widowiska w stylu O jeden most za daleko Richarda Attenborougha, ukazującego gabinety wielkich polityków, a z perspektywy zwykłego walczącego powstańca. Nawet nie zawodowego żołnierza, ot zwykłego warszawiaka, dla którego powstanie nie musi być wcale romantycznym zrywem narodowowyzwoleńczym. Który zdejmuje biało-czerwoną opaskę, by nie prowokować niechęci cywilów.

Pretekstem do pokazania walczącej Warszawy jest lekko zarysowana fabuła – klasyczny trójkąt miłosny. W niemal sienkiewiczowskim stylu, na tle wielkiej historii rozgrywają się perypetie Stefana, Biedronki i Kamy. Wszyscy dobrze zagrani przez aktorów młodego pokolenia, choć wyraźnie wybija się rola Zofii Wichłacz, słusznie nagrodzona na festiwalu w Gdyni. Zresztą Biedronka to zdecydowanie najciekawsza postać. Brakuje w scenariuszu trochę głebszego rysu bohaterów, może większego nacisku na konflikt Kama-Biedronka, zasygnalizowany tylko w jednej rozmowie? Ale, jak wspominałem, ich dzieje to i tak tylko pretekst do pokazania powstania.



Pod względem realizacyjnym – scenografia, efekty, dźwięk – jest doskonale. Ukazując losy bohaterów, Komasa przedstawia cały przekrój powstania: od początkowych sukcesów i euforii po całkowity upadek. Mamy czołg-pułapkę, rozstrzeliwanie cywilów, oddział Barrego pilnujący kanałów, przejście kanałami, desant i masakrę Berlingowców, brakuje chyba tylko powstańczych piosenek. Reżyser pokazuje chaos walk, przypadkowość i dosłowność śmierci. Nie wpisuje się w słynny spór „potrzebne czy nie”. Widz nie odpowie sobie na to pytanie, nie dostanie argumentów (brak tu głębszego zarysowania tła politycznego, akcji Burza) – tu nie o to chodzi. Tu widzimy ofiarę, odarty z niepotrzebnego filmowego patosu dramat tych ludzi. Przy tym nie zgodzę się, że Komasa epatuje okrucieństwem. Naprawdę, kaci Warszawy: Reinefhart, von dem Bach-Zelewski, Kamiński i Dirlewanger dali scenarzystom o wiele większe możliwości. Nawet gwałt został tylko zasygnalizowany. A „deszcz zwłok” po wybuchu czołgu? Czy to nie sam Tadeusz Gajcy pisał o „polskich flaczkach z rynsztoków Kilińskiego”?

powstanieFilmy dwóch pokoleń: bohaterowie Miasta i Kanału

Miasto 44 znajduje się pod presją oczekiwań. Gros tablic sponsorskich i patronat prezydenta nadawał mu nieomal miano oficjalnego polskiego filmu o powstaniu warszawskim. Moim zdaniem tę presję twórcy udźwignęli. Miasto porównuje się do starszych produkcji – Kanału czy Kolumbów. Były to jednak dzieła tworzone w zupełnie innej poetyce. To trochę jak z Pasją Gibsona i Królem Królów Zefirellego. Widzowie narzekali, że nagle ktoś pokazał ukrzyżowanie zbyt dosłownie, charakteryzacja aktora była zbyt prawdziwa: zamiast kilku symbolicznych kropelek, aktor grający Jezusa cały ociekał krwią. Miałem honor rozmawiać kiedyś z uczestniczką powstania. Powiedziała wtedy, że chciałaby, aby przejście przez kanał wyglądało jak u Wajdy, ale niestety tak nie było. I może właśnie największą wartością filmu jest to, że zamiast czystej Stokrotki, z kanału wychodzi brudna Biedronka; że powstańcy mają różne charaktery (nie tylko szlachetne). Ich normalność w zestawieniu z dosłownością powstańczego piekła uzmysławia (młodym) widzom poświęcenie i ofiarę tych ludzi bardziej, niż poprawny film-pomnik o nieskazitelnych herosach.

Bohaterom cześć i chwała!


Przeczytaj też:

melodiewarszawa