Hobbit

Życie Obieżyświata w Śródziemiu

Filmy i seriale, Recenzje • Agata KozłowskaSkomentuj

Wiele krajów wyprzedziło Polskę z premierą Bitwy Pięciu Armii. Jednak w poszukiwaniu wyjątkowego doświadczenia, pewna niespokojna dusza postanowiła zakończyć przygodę z filmowym Tolkienem w samym Śródziemiu.

Życie w Śródziemiu

Roczna emigracja do Nowej Zelandii była impulsem, ale impulsem czekającym na swój moment od dziesięciu lat. Premiera Hobbita okazała się idealną okazją na pożegnanie z serią w miejscu, w którym powstała. Chyba większość Kiwusów (mieszkańcy Nowej Zelandii mówią na siebie „Kiwi” a na swój kraj „Kiwiland”) spodziewała się, że to u nich, w Aotearoa, Krainie Długiego Białego Obłoka, zbiorą się osobistości związane z tym już legendarnym widowiskiem, by bawić się i świętować wspólnie – a następnie ze łzami w oczach żegnać się z fanami i ze sobą nawzajem. W końcu Nowa Zelandia była domem dla Śródziemia. Tak się nie stało. Peter Jackson tym razem uhonorował Londyn, co wywołało westchnienie zawodu u Kiwusów, a u mnie słuszną i jakże prawdziwą myśl, że nie mam w życiu szczęścia. Wyniosłam się osiemnaście tysięcy kilometrów od domu, by dowiedzieć się, że możliwość zobaczenia wszystkich ludzi związanych z tworzeniem magicznego dla mnie świata pozostała jakieś dwie godziny powietrznej drogi z Warszawy. Damn you, P.J. Przynajmniej mogłam wybrać się na seans w VMAX-ie, gdzie oprócz wielkiego ekranu i świetnego nagłośnienia, zamontowano ogromne skórzane fotele. Niestety, nie uratowało to filmu, na który tyle czekałam.

Hobbit

Ogólne wrażenie

Mogłabym bardzo krótko opisać Bitwę Pięciu Armii. Pamiętacie ostatnie pół godziny Pustkowia Smauga? Tak właśnie wygląda cała trzecia część trylogii. Niby ładnie, niby fajnie, ale po co oni tak biegają, właściwie dlaczego tak rozciągnęli zbędne sceny, a poza tym jakim cudem wszystko jest takie nielogiczne?! Podsumowanie smutne, ale niestety – prawdziwe. Podczas oglądania filmu odnosi się nieodparte wrażenie, że pewien artyzm, emocjonalne zaangażowanie, budowane we Władcy Pierścieni, w Hobbicie zostało zamienione na typowo hollywoodzkie sztuczki. Tak jakby zdanie producentów, spojrzenie na to, co się opłaca, wygrało z wizją, kreatywną potrzebą zbudowania wiarygodnej historii przez scenarzystów. „Zróbmy tak, to się sprzeda!” – czyżby tak brzmiała myśl przewodnia szóstej, ostatniej już części tej wielkiej przygody?

Spoiler alert!

Mezalians elficko-krasnoludzki: ta historia to dla mnie ogromne rozczarowanie. Broniłam tego wątku w Pustkowiu Smauga, bo wtedy można było poprowadzić fabułę w stronę symbolu, niespełnionej obietnicy, dwóch osób spotykających się w pragnieniu bycia z kimś, po prostu rozumiejących się. Kochających wyobrażenie miłości, nie siebie nawzajem. Zamiast tego otrzymałam tragicznie zakończone, niezbyt wiarygodne love story

Scenariusz

Zarzuty kierowane w stronę Hobbita i rozbicia jednej książki na trzy filmy dopiero w Bitwie Pięciu Armii znalazły pełne uzasadnienie. Obawy, od początku towarzyszące fanom, spełniły się w ostatniej części. Film, jak poprzednie, pełen jest dodatkowych wątków, jednak ich rozwinięcie i zakończenie ukazuje ich bezsensowność. Można wyciąć wiele elementów (a nawet postaci), by dodać to, co w tej historii powinno się znaleźć na pierwszym miejscu: rozwinięcie postaci krasnoludów i ich związek z Bilbem, wspólne przeżycie niezwykłej przygody, przyjaźń na całe życie. To już nie jest kwestia porównywania książki do adaptacji, to problem adaptacji jako nieudanego filmu. Jakby zabrakło pomysłów na rozwiązanie wątków, kreatywność została wyczerpana, proporcje ilości scen i czasu ekranowego postaci zachwiane. Scenarzystom nie udało się zbudować fabuły pełnej napięcia, mimo że dysponowali dobrym materiałem. To, co dynamiczne, tragiczne i emocjonalnie angażujące w dziele Tolkiena, zostało spłycone, pominięte lub zastąpione nieadekwatnym, sytuacyjnym humorem, akrobacyjnymi popisami Legolasa lub przesadzonym patosem. Ta część aż się prosiła o delikatnie wplecione, fabularne klamry, łączące ją z Drużyną Pierścienia – dobrze wykorzystane zapamiętałam tylko dwie.

Muzyka i scenografia

Ścieżka dźwiękowa, niestety, nie zapada w pamięć. Najlepsze jej fragmenty to motywy z Władcy Pierścieni, wywołujące uśmiech rozrzewnienia i nostalgii na twarzach fanów. Przyznaję jednak, że utwór końcowy w wykonaniu Billy’ego Boyda był doskonałym pomysłem, trafionym i dobrze wykonanym. Scenografia natomiast jest dowodem, że trójwymiar, wysoka rozdzielczość, większa niż zazwyczaj liczba klatek na sekundę to połączenie bardzo… hm, wymagające. Momentami ujęcia są piękne, momentami sztuczne do bólu. Starania dotyczące technicznej poprawności przysłoniły sam film, potrzeba stworzenia pięknego widowiska okazała się ważniejsza niż opowiedzenie wartościowej historii. Przez to każdy błąd czy niedopracowany element rzuca się w oczy, a scenariusz nie pozwala o nich zapomnieć.

Bitwa Pięciu Armii

Zapowiadana jako ta, która swoją widowiskowością przysłoni bitwę na Polach Pelennoru, znaną i kochaną z Powrotu Króla. Niestety, tej potyczce nie udało się przyćmić tego, co Jackson zrobił dekadę wcześniej. We Władcy Pierścieni wyważono pojedynki głównych bohaterów i sceny batalistyczne. W Hobbicie sceny pojedynków są długie i często po prostu nudne, brakuje w nich napięcia i niepewności, a akrobatyczne popisy są tak nieprawdopodobne, że sala kinowa podczas seansu reagowała zgodnym westchnieniem i dyskretnym śmiechem. Do pojedynków dochodzi gdzieś na uboczu, z dala od bitwy, przez co nie wiadomo, co właściwie dzieje się ze ścierającymi się armiami. Momentami wizualnie też nie zostało to dobrze zrobione: miecze ślizgające się po pełnych zbrojach, a mimo to zabijające przeciwnika, są bardzo mało wiarygodne. Przytłaczająca przewaga oddziałów orków sprawia, że widz zastanawia się, jakim cudem po kolejnej sekwencji przydługich pojedynków orkowie mają jeszcze z kim walczyć, bo według wszelkich praw logiki powinni już dwukrotnie zwyciężyć. Nie, argumenty „przecież to fantasy” nie usprawiedliwiają takich błędów.

Spoiler alert!

Alfrid: nietrafiony, dość płytki humor towarzyszący jego wątkowi. Bez problemu można wyciąć całą postać, jej obecność nic nie wnosi, nie wywołuje śmiechu, a zabiera czas innym bohaterom (Beornowi poświęcono jakieś 15 sekund)

Spoiler alert!

Galadriela i wygnanie Saurona: przemieniona postać Galadrieli, budząca jednocześnie zachwyt i przerażenie w Drużynie Pierścienia, tutaj zdaje się sztuczna, niedopracowana i kojarząca się z pewnym popularnym horrorem, gdzie główną bohaterką jest studnia

Hobbit i Władca Pierścieni

Bitwa Pięciu Armii jest wyjątkowo nieudana jak na ostatnią część trylogii. Powrót Króla był wydarzeniem. Do dziś pamiętam, a byłam dzieckiem jeszcze, z jakim wyrazem twarzy ludzie wychodzili z kina. Jakby ich życie się zmieniło, jakby nie wiedzieli, jak dalej egzystować w prawdziwym świecie, gdy coś tak pięknego i nieosiągalnego zostawili za sobą. Przywiązanie do tego, co wtedy stworzył Peter Jackson, potrafiło zmienić ludzkie poglądy, a wielu na zawsze przywiązało do fantasy i wykreowanych światów. Obudziło tęsknotę, której nie dało się ugasić. Te same osoby poszły do kina na Hobbita, spodziewając się tej samej rewolucji. Dostali – mimo wymienionych wyżej niedociągnięć – poprawny wizualnie film z kilkoma naprawdę dobrymi momentami. Ale nie odczuli tego samego, co dziesięć lat wcześniej. Być może nigdy nie odczują. Gdy Drużyna się rozstawała w Szarej Przystani, wraz z jej odejściem rozpadała się dusza. W Bitwie Pięciu Armii mało brakowało, a w ogóle nie byłoby pożegnania. Nie wspomnę o urwanych wątkach, brakujących scenach, bo to nie jest tak ważne jak emocje, których nie ma.

W Nowej Zelandii przed właściwym seansem wyświetlany jest krótki filmik, mający być czymś w rodzaju hołdu dla Władcy Pierścieni, Hobbita, a przede wszystkim dla Aotearoa, Kiwilandu, wcielenia Śródziemia w naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy ten sam materiał będzie wyświetlany w Polsce, ale dość powiedzieć, że tych kilka minut wzruszyło mnie bardziej niż następne 2,5 godziny (wzruszenie powróciło podczas ostatniej sceny, piosenki końcowej i napisów, zrobionych analogicznie do tych z Powrotu Króla). Kręcenie tych filmów wydaje się większą przygodą niż ta opowiedziana w Hobbicie, a przynajmniej takie wrażenie pozostaje po Bitwie Pięciu Armii. Jest to okruch nadziei dla tych, którzy wypatrują przeżyć w innych światach, sądząc, że w tym naszym, codziennym, nie ma nic wyjątkowego do przeżycia.