duida3

Jak Polacy reżim wykiwali

Recenzje • Dominik KwaśnikSkomentuj


Ze wzgórza Kapitolu – zapewne także z pozostałych sześciu – rozciąga się piękny widok na Rzym. Widać dachy domów poprzetykane kopułami licznych kościołów, wśród nich dostrzec można także bazylikę św. Piotra. Można usiąść w spokojnym ogrodzie, popijać kawę z pobliskiej kawiarni i podziwiać ów widok. Lubię podróże!


duida (2)Choć zaraz… Przeczytawszy książkę Stefana Czernieckiego Czekając na Duida pomyślałem, że błoga kawa na Kapitolu to nie podróż. To raczej wycieczka turystyczna. Prawdziwe podróże wyglądają nieco inaczej. Stefan Czerniecki, podróżnik etatowy, w trzeciej swojej książce opowiada o swojej wyprawie do Wenezueli. Cel dwuosobowej ekspedycji był ambitny:dostać się na tereny parku narodowego Duida Marahuaka. Nie jest to proste. A raczej niemal niemożliwe. Jedyny sposób to kilkudniowy rejs barką w górę Orinoko. Ale to nie jest największy problem. Płynąć trzeba przez ziemie, na które wenezuelski reżim nie wpuszcza nieproszonych gości. Zakazane tereny w najniebezpieczniejszym kraju świata – mieszanka iście wybuchowa!



LITERACKA SZKOŁA CARLOSA

Opowieść jest jak rzeka. Płynie. Gdzieś zahaczy o kamień, o konar drzewa. Zatrzyma się, zawróci, wpadnie w wir. Ale nadal główny nurt płynie w jednym kierunku – mówi jeden z bohaterów opowieści, Carlos – sternik, przewodnik i druh podróżników. Nie wiem, czy Wenezuelczyk miał okazję przeczytać książkę Stefana Czernieckiego, ale te słowa doskonale charakteryzują jej styl – epizody ułożone chronologicznie w nurcie głównego wątku. Tak jak w pierwszej części Indiany Jonesa poszukiwanie tytułowej zaginionej arki było pretekstem fabularnym do ukazania przygód archeologa (istnieje termin określający taki pretekst – McGuffin), tak samo tutaj cel, Duida, umożliwia autorowi ukazanie barwnych obrazków z Ameryki Południowej.

Te składające się na fabułę scenki rodzajowe uzupełniane są także licznymi przypisami, dodatkowymi ramkami i rozkładówkami – myślę, że bogactwo materiału starczyłoby nawet na dwa razy dłuższą książkę. Niebezpieczne Caracas, bogactwo amazońskiej fauny i flory, folklor małych miasteczek i indiańskich wiosek, legendy i tradycje, egzotyka dżungli (selwy), mroczny szamanizm, a wszystko mocno doprawione miejscową polityką… Otrzymujemy niemal kompletny obraz wenezuelskiej rzeczywistości. I wyrazisty. Wręcz namacalny dzięki fantastycznym fotografiom. Nie są one tylko ilustracjami, uzupełnieniem tekstu. Wraz z opowieścią stanowią jedność – to, o czym czytamy, zaraz znajdujemy na zdjęciu. Dzięki temu nie tylko wyobrażamy sobie Amerykę – widzimy ją.



MARZENIA Z KRAŃCA ŚWIATA

Duida płynie wartko, ma żywe dialogi, przy tym napisana jest w angażujący czytelnika, bezpośredni, szczery i żywy sposób, podlany dużą dawką humoru, a i gdzieniegdzie lirycznymi opisami przyrody. Oj, to bardzo emocjonalna książka. To właśnie najbardziej w niej ujmuje – bijąca z każdej litery, z każdej kropelki tuszu pasja. Jeden z amerykańskich szkoleniowców, Todd Henry, napisał w swojej książce Die Empty, że prawdziwa pasja to coś, co tak uwielbiamy, iż jesteśmy gotowi cierpieć, aby to osiągnąć.

Mafia, nieprzyjazne wojsko, anakondy, mroczna dżungla… Czytając tę książkę widać, że autor kocha to, co robi. I potrafi swoją pasją zarazić. Lekturze towarzyszy zew przygody, taki sam, jaki czułem w czasach młodości, po seansie kolejnej części Indiany Jonesa… Wprost zachęca do odkrywania świata, a mniej bezpośrednio pokazuje, jakim szczęściem jest spełnienie swoich marzeń. Nie musi to być od razu wykiwanie politycznego reżimu z drugiego końca świata. Może to być kawa na Kapitolu. Ale zawsze warto!


Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony autora książki – Czerniecki.net

Rozmawiamy ze Stefanem Czernieckim, autorem książki Czekając na Duida


PASJI NIE DA SIĘ ZAGRAĆ


Czekając na Duida to twoja trzecia książka i trzecia o Ameryce Południowej. Cóż jest w tym kontynencie, czego nie ma w innych rejonach świata?
Stefan Czerniecki: Na każdym kontynencie znajdziesz coś, czego być może nie ma na innym. Na tym właśnie polega ta nasza przepiękna różnorodność. Tak kulturowa – to u ludzi, jak i ta bioekologiczna – to w przyrodzie. A co jest takiego w Ameryce Południowej, czego nie znalazłem gdzie indziej? Wiesz… Opowiem Ci na zasadzie krótkiej analogii.
Jak już pewnie zdążyłeś zauważyć, mam naturę ekstrawertyka. Mówię głośno, wiele, macham często rękami, gestykuluję, śmieję się. Często zdarza się, że, jadąc tramwajem w mieście ze znajomymi, opowiadam jakąś historię i po kilku chwilach jeden z moich kumpli delikatnie mnie uspokaja: „Stefan, mów kilka tonów ciszej. Bo od paru minut słucha nas cały tramwaj”. Gdy przyjechałem pierwszy raz do Ameryki Łacińskiej, do Buenos Aires, robiłem dokładnie to samo. I wiesz co? I nic! (śmiech) No, dosłownie nic! Wszyscy w metrze byli bardziej głośni, bardziej „na zewnątrz” niż ja. Czułem się malutki. Ale i poczułem się, że: oho, jestem wśród swoich. Cenię u Latynosów ten polot, ten luz (choć na dłuższą metę naprawdę potrafi on zdenerwować), tę dumę z języka (ich dumne „rrr”). To jest naprawdę ciekawe. Dlaczego? Może dlatego, że inne. Podobnie jak inne są Patagońskie Andy, inna jest rzeczywistość Altiplano. Tego nie znajdziemy nigdzie indziej. O Amazonii już nawet nie wspominając.
Nie chciałbym jednak, aby to zabrzmiało nazbyt pompatycznie. Że tylko w Ameryce Południowej jest to coś. Nie, nie, nie! Na każdym kontynencie spotkamy tę specyfikę. Prawda jest taka, że Indianie, których opisuję na kartach mojej książki, najprawdopodobniej na widok Bałtyku czy pól i łąk Mazowsza aż złapaliby się z zachwytu za głowę.

Gdy rozmawialiśmy ostatnio, nie było jeszcze tematu podróży z kamerą. Teraz prowadzisz program podróżniczy. Lepiej czujesz się przed kamerą czy z piórem w ręku?
Oj, chyba jednak z piórem… Sam wiesz… Z moją dykcją. (śmiech) A tak już na poważnie: to jest nawet dość pokrewne zajęcie. Z kamerą jest o tyle łatwiej, że nie muszę szukać słów na to, by możliwie najpełniej i w sposób najbardziej wierny opisać to, co widzę. Po prostu przykładam kamerę do oka i filmuję. I tu już nie potrzeba nic mówić. Wystarczy odpowiednia muzyka, wystarczy stworzyć odpowiedni klimat… I robi się niezwyczajnie. Do tego jest ważne coś jeszcze. Aby mówić od siebie. Z pasją. Dostałem niedawno list od jednej pani, widza mojego programu. Napisała, że najpiękniejsze w Za siódmą górą jest właśnie to, że to jest takie prawdziwe, z serca. Ufam, że tego nie da się zagrać, oszukać, zmanipulować. To prędzej czy później Widz odkryje. I będzie smrodek. I tu mamy wspólny mianownik: tak dla pisania, jak i dla gadania. Jak robimy coś z pasją, to musi wyjść. Musi! Nie ma innej opcji! Jeśli oddajesz czemuś serce, to musi być dobre. I ufam, że podobnie jest z moimi książkami, artykułami czy właśnie programami. Inna sprawa, że przy tym kręceniu naprawdę świetnie się bawię.

Zaciekawiło mnie jedno zdjęcie w książce – gdy, będąc w środku dżungli, zapisujesz coś w zeszycie. Robisz notatki na każdej wyprawie i potem na podstawie analizy wpisów decydujesz, czy będzie książką czy np artykułem, czy może już z góry, biorąc pod uwagę cel wyprawy, planowałeś, że Wenezuela zostanie opisana w książce?
O Wenezueli już myślałem w kategorii książki – tutaj się muszę przyznać. W przypadku poprzednich wypraw nie było takiego założenia. Tutaj już się pojawił. Poprzednie wyprawy miały raczej być gromadzeniem materiałów do gazet, na fotoreportaże i tak dalej. Tutaj już pojechałem z myślą, że może powstanie z tego książka. A co do tych notatek, o które pytasz, to tak. Mam taki styl, że każdego dnia – czy jestem zmęczony, czy nie – muszę napisać krótką notatkę. Opisy wydarzeń, zapisy usłyszanych legend, podań, rozmów z ludźmi. Istnieje wielka szansa bowiem, że następnego dnia będzie ich znów taka liczba, że o tych z poprzedniego dnia najzwyczajniej w świecie zapomnę. Stąd ten mój system. A co biorę potem od książki, a co do artykułu? Ha-ha! To już pozostawiam natchnieniom Opatrzności. Niech ona decyduje. Ja materiał mam.


Idź na żywioł – duża rozmowa ze Stefanem
Zobacz stronę autora