true_detective_HPA_21

Wydrążeni detektywi

Filmy i seriale • Dominik KwaśnikSkomentuj

Minął już tydzień, odkąd śledztwo prawdziwych detektywów dobiegło końca. Tym samym zakończył sie drugi sezon najbardziej oczekiwanej telewizyjnej premiery tego roku. Nowy – pod każdym względem – Detektyw wywołał wiele dyskusji. Nie wszystkie dotyczyły jednak teorii fabularnych, a po prostu opinii na temat serialu. I cóż, nie wszystkie z nich były pozytywne.

Trudne dziedzictwo

Emocje opadły i na nowego Detektywa można spojrzeć na spokojnie. Istnieją dwie metody oceny tego serialu: przez porównywanie do pierwszego sezonu i jako oddzielną produkcję. Ja skłaniam się do tego drugiego sposobu. Nowy Detektyw to inny, odrębny serial. Z poprzednikiem łączy go tylko nazwa i przesiąkająca go filozofia pesymizmu. Widzowie wracają do historii Rusta i Marty’ego, bo to ona ich zachwyciła, spodziewali się powtórki i po emisji nowej produkcji czują się zawiedzeni. Otrzymali zupełnie inne danie. Kto wie, jak wyglądałaby ocena nowego Detektywa, gdyby nie widmo doskonałego poprzednika, wiszące nad nową produkcją jak nad starsze rodzeństwo po studiach i z dobrą pracą nad najmłodszym dzieckiem, które wie, że siostrom i braciom nie dorówna. A przynajmniej będzie ciężko.

Spróbujmy dostrzec w drugim Detektywie coś odrębnego i nie wracać co chwila do historii Rusta i Marty’ego. Próbę oceny zakończonego właśnie sezonu zacznijmy odpowiadając sobie na pytanie…

Kim jest Stan?!

Frank Semyon, pechowy gangster grany przez Vince’a Vaughna, rozpaczał w jednym z odcinków nad śmiercią Stana. W innym odwiedził wdowę po Stanie. Rozmawiał nawet z jego synem. Szukał mordercy Stana.
A ja zastanawiałem się gorączkowo, nie kto Stana zabił, ale kim on w ogóle jest.

Stan to przykład symbolizujący największy grzech drugiego sezonu – rozpasanie fabularne, bezwstydną wręcz obfitość wątków. W tej serii poznaliśmy czworo głównych bohaterów, których łączył wątek pozornie główny, czyli śledztwo w sprawie śmierci Caspera, zarządcy miasta Vinci. Ono jednak szybko zeszło na dalszy plan, wyparte przez inne sprawy, do których należały m.in.: skorumpowana policja, skorumpowane władze miasta i przekręty finansowe, orgiastyczne imprezy z udziałem oficjeli, sekciarsko-hippisowski instytut, mafia meksykańska, mafia ormiańska, mafijne intrygi i problemy naszych bohaterów, w tym: starania o dziecko, nienarodzone dziecko, rude dziecko, dziecięca trauma, wojenna trauma, skrywany homoseksualizm, alkoholizm, molestowanie… Ogrom wątków, w których nie do końca wiadomo, na czym się skupić.

Oczywiście, pojawią się głosy, że to ambitny serial dla myślącego widza – inspirowane poezją T.S. Eliotta (przypadkiem jedna z postaci nazywa się Holloway?), z pobrzmiewającym echem Chinatown… Pewnie tak, ale ambitny widz też byłby bardziej zadowolony, gdyby z tych elementów ułożyć sprawnie działającą konstrukcję, w której wszystko jest na swoim miejscu. Widz wysłuchuje i chce usłyszeć huk strzelby Czechowa. Tutaj arsenał broni był tak mocny, że ten huk pozostawał niezidentyfikowany. Brakło osi – takiej, jak w pierwszym sezonie. A wyznaczał ją Król w Żółci.

Presja czasu?

Kto wie, czy po prostu Nicowi Pizzolatto nie zabrakło czasu na doszlifowanie scenariusza. Stąd niedopracowana narracja złożonej fabuły, nijacy bohaterowie (żona Franka, ojciec Bezzerides – nie było na nich pomysłu) czy kulejące dialogi. Te miały być w zamierzeniu głębsze – było to charakterystyczną cechą pierwszego sezonu (tak, wiem, miało być bez porównań). Z tym, że wtedy Pizzolatto wykreował postać do ich wygłaszania – Rusta. Teraz obdarzył filozoficznym zmysłem każdego z bohaterów, z tym że nie bardzo to grało, a już szczególnie nie w ustach gangstera Franka.

Nie posłużyła też serialowi zmiana na fotelu reżysera. A dokładnie zamiana jednej osoby, Cary’ego Fukunagi, na siedmiu reżyserów. Efektem są bardzo nierówne odcinki, w których sceny niekoniecznie porywające sąsiadują z fantastycznymi, np. bardzo klimatycznymi scenami barowymi. Odpowiedni nastrój próbowano budować dzięki zdjęciom, świetnej muzyce i piosenkom – to niezaprzeczalny atut serialu. Podobnie jak rola Colina Farrella, o którego tak bali się fani Matthew McConagheya. Nic nie zarzucę też Rachel McAdams (jej postać się rozsypała, ale to kwestia scenariusza). Vince Vaughn próbuje być twardym, niewzuszonym gangserem i w pewnych momentach nawet mu to wychodzi. Najsłabiej wypada Taylor Kitsch, który nie potrafi wzbudzić w widzu większej empatii dla problemów Paula Woodrugha.

Momenty były

Polscy kibice piłkarscy doskonale znają to określenie. Pada ono z ust trenera i piłkarzy, gdy ich drużyna przegrywa mecz wyraźnie, ale zaprezentuje kilka ładnych akcji, odda parę groźnych strzałów. „Momenty były. Powinniśmy je wykorzystać, powinniśmy grać cały czas tak samo”. I takie „momenty były” można odnieść do drugiego Detektywa. Sceny w barze, człowiek w masce kruka, Instytut… Oglądając ten serial dostrzec można było historię z potencjałem na kolejną produkcję kompletną. Może potrzeba było więcej czasu na wewnętrzną przebudowę scenariusza, lepsze rozłożenie akcentów czy usunięcie kilku elementów. Ale te momenty, ten zauważalny potencjał sprawiają, że trzeci sezon – o ile powstanie – obejrzę w ciemno. Chętnie poczekam nań jakieś dwa lata, by Pizzolatto doszlifował scenariusz i dał nam serial, na jaki – mam nadzieję – zasłużyliśmy.