stranger-things

Straszna nostalgia

Filmy i seriale, Recenzje • Dominik Kwaśnik1 Comment

Jeżeli jeszcze nie macie subksrypcji Netfliksa, oto pojawił się istotny powód, by to zmienić. Ośmioodcinkowa seria Stranger Things to najlepsze, co możemy obejrzeć w tym roku.

Zaraz, zaraz – powie ktoś. Czy to nie jest film dla dzieciaków o dzieciakach na rowerach? Odpowiem: tak, dla dzieciaków też. Ale nie tylko. Jest to produkcja uniwersalna; błąd popełni ten, kto zignoruje serial, przeczytawszy kiczowato brzmiący opis fabuły. Warunek jest jeden – trzeba umieć zawiesić niewiarę. Jeżeli jesteś osobą skrajnie racjonalną, bez tolerancji dla zjawisk paranormalnych w fikcyjnych światach – ok, nie jest to serial dla ciebie. Jeżeli ta tolerancja jest, choćby niewielka – zapraszamy do przygody!

Zniknięcie chłopca, pojawienie dziewczynki

Ale po kolei. Jest rok 1983, typowe amerykańskie miasteczko, takie jak to zwykle w filmach: z przedmieściami i mieszkającymi tam idealnymi rodzinami, miejscowym szeryfem, szkołą i grupą wrednych popularnych nastolatków oraz tajemniczym ośrodkiem badawczym w okolicy. Seria dziwnych zjawisk zaczyna się od zaginięcia chłopca – Will nie wrócił do domu po wieczornym spotkaniu z przyjaciółmi.

Poszukiwania rozpoczyna miejscowa policja, równolegle rodzina: rozstrzęsiona matka i starszy brat, a także przyjaciele chłopca – Lucas, Dustin i Mike – z którymi Will grywał w Dungeons & Dragons. To oni znajdują w lesie tajemniczą dziewczynkę o równie tajemniczym imieniu – Eleven. Ona zaś okazuje się kluczową postacią w tej układance…

Eleven została brawurowo zagrana przez Millie Bobby Brown – dwunastolatka jest jednym z przykładów potwierdzających doskonały casting. Oparcie serialu na dziecięcych aktorach może być ryzykowne, ale tutaj sprawdziło się rewelacyjnie – nasi boahterowie są świetni, przekonujący, prawdziwi; widać, że każda minuta na planie była dla nich ogromną przygodą. Doskonale partnerują im aktorzy doświadczeni – David Harbour jako szeryf Hopper, najbardziej skomplikowana z postaci, oraz gwiazda serialu, Winona Ryder. Samo jej obsadzenie początkuje zresztą ogrom skojarzeń z kultowymi filmami sprzed trzech-czterech dekad. To ona grała przecież w Soku z żuka czy Edwardzie Nożycorękim. I to tylko początek gry w szukanie nawiązań.

Co widzisz?

Można się zastanawiać, co by było, gdyby twórcy inaczej rozłożyli akcenty i poszli w trochę innym kierunku. Mogli aż do końca pozostawić widza w niepewności, czy wydarzenia paranormalne są prawdziwe, czy są tylko wyobrażeniami dzieciaków, teorią spiskową szeryfa czy też owocem szaleństwa matki. Taki zabieg prawdopodobnie podzieliłby widzów na dwie frakcje: zwolenników racjolnaności i fantastyki, a na koniec pozostawił pewną grupę rozczarowaną. Na szczęście twórcy, bracia Ross i Matt Dufferowie, przyjmują jedną konwencję i nie pozostawiają wątpliwości, w jakiej poetyce się poruszają.

Stranger Things to kopia filmów przygodowo-familijnych z lat 80. Jest po brzegi wypełnione najprzeróżniejszymi easter eggami, nawiązującymi do popkultury tego okresu. Smaczków jest tak wiele, że stworzone z nich danie mogłoby się okazać niejadalne – na szczęście nie w tym przypadku. Efekt nie jest kalką czy tępym zlepkiem znanych motywów, a wyłapywanie skojarzeń staje się frajdą. Mamy tu E.T., Goonies, Poltergeista, Obcego, Z Archiwum X, X-Menów, Gwiezdne Wojny, Carrie, Władcę Pierścieni, E.T., Twin Peaks, Coś, Labirynt Fauna, Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia, E.T. i jeszcze raz E.T. I dużo, dużo więcej. Nawiązania są przeróżne: a to bohaterowie idą na kultowy film do kina, a to używają znanych cytatów (Mam złe przeczucia!), a to gdzieś wisi plakat, a to pada pozornie błaha wzmianka (komiks, o który zakładają się chłopcy, to część marvelowskiej Sagi o Mrocznej Feniks). Ale uniknięto przy tym nachalnej przesady prowadzącej do autoparodii – rower jest, ale nie rower na tle księżyca.

Nieprzypadkowo pośród wymienionych tytułów (dopisujcie swoje!) pojawia się wiele stworzonych przez Stephena Spielberga. Jego familijno-przygodowe kino jest tu najgłębszą inspiracją w warstwie rzemiosła filmowego. Film jest bardzo spielbergowski, umiejętnie miesza powagę, humor i strach. Tak, wrażliwszych widzów seans może przestraszyć. I to nie za pomocą głośnego dźwięku, ale umiejętnie budowanym, wspomaganym muzyką, napięciem. Serial najlepiej oglądać wieczorem, w ciemnościach, ale i z rana, przy pełnym słońcu klimatu nie traci. Tego pozazdrościłby niejeden współczesny horror, ale Stranger Things pokazuje, jak ważne w budowaniu nastroju są detale – choćby tak pozornie błahe, jak nazwanie odcinków „Rozdziałami”. A propos rozdziałów – gdyby bracia Dufferowie mieli napisać powieść, byłaby prawdopodobnie napisana stylem Stephena Kinga.

Słodkie lata 80

Intertekstualność to jedno, ale ten serial całym sobą udaje obraz epoki. Zdjęcia, sposób kręcenia, montażu, nawet perfekcyjna muzyka i font użyty do napisów oraz detale scenografii są tak dopracowane, że gdyby zestawić serial Netfliksa z takim Poltergeistem ktoś mógłby uznać, że były kręcone w tym samym okresie.

Dobrze, może przesadzam, ale ta dbałość o szczegóły udowadnia jedną kluczową rzecz, której Stranger Things zawdzięcza swój sukces. Jest robiony z sercem. Każda klatka jest przesiąknięta pasją twórców. Widz nie jest głupi, wie, gdzie nostalgia służy do generowania kosztów, a gdzie sprawia ekipie frajdę. Tak jak Przebudzenie Mocy było hołdem dla starej trylogii Gwiezdnych Wojen, tak Stranger Things staje się hołdem dla całej popkultury lat 80. i wyrazem tęsknoty za dzieciństwem. Twórcy tym serialem spełniali zapewne swoje dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Marzenie, które miało każde z nas; marzenie, które teraz odgrywamy przy pomocy konsol i serialów, a kiedyś – figurek i gier RPG.

  • http://www.charliethelibrarian.com Charlie Librarian

    Serial oglądało mi się wybornie nawet jeśli wszystkich nawiązań i puszczania oka do widza nie wychwyciłem (to chyba niemożliwe). Bardzo liczę na drugi sezon.