iphone-6-plus

Mroczna przestroga

Filmy i seriale, Recenzje • Dominik KwaśnikSkomentuj

Oczekiwanie na Wołyń Wojciecha Smarzowskiego przypominało mi trochę oczekiwanie na Miasto 44 Jana Komasy. Oba filmy poruszały tematykę tragicznego i ważnego dla Polski zdarzenia z okresu II wojny. O ile jednak o powstaniu można opowiadać wprost – zbrodniarze są nazwani po imieniu i nikt problemu z tym nie ma – o tyle kwestia rzezi wołyńskiej wciąż pozostaje drażliwym między Polakami a Ukraińcami tematem. Zastanawiające było, jak zabierze sie za to reżyser. Po premierze można już stwierdzić, że Smarzowski nakręcił najważniejszy obraz w swojej karierze.

Dramat na Kresach

Wydarzenia, których kulminacją była Krwawa Niedziela 11 lipca 1943 roku, oglądamy wraz z historią Zosi Głowackiej, zakochanej w Ukraińcu dziewczynie, przeznaczonej jednak miejscowemu sołtysowi. Wołyńską wieś i jej mieszkańców poznajemy w długiej ekspozycji, jaką jest scena weselna – to siostra Zosi wychodzi za Ukraińca. Pośród obrzędów weselnych słyszymy rozmowy gości, na razie niby niewinne słowa, o polskich ciemiężycielach czy ukraińskich chamach, będące jednak pierwszymi ziarnami, których efektem będą wkrótce krwawe żniwa. Sekwencja weselna bogata jest w symbolikę – np. pannie młodej ucinane są włosy siekierą. Widz nie musi znać teorii strzelby Czechowa, by wiedzieć, że ten rekwizyt zostanie wkrótce użyty ponownie…

Zarys fabuły, który wcześniej zamieściłem, mógłby sugerować opowieść w sienkiewiczowskim stylu – miłosną opowieść, której bohaterowie wpleceni są w tło wielkiej historii. Smarzowski jednak nie tworzy epopei rodzinnej, nie ma tu klasycznej narracji. Przeciwnie – sceny są urywane, postaci pojawiają się i znikają, niektóre wątki niespodziewanie się kończą. Być może ascetyczna forma nie spodoba się niektórym widzom, jednak ten pozorny chaos doskonale pokazuje zamieszanie tamtych dni, kiedy w jednej chwili rządzą komuniści, potem naziści; kiedy mieszkające obok siebie ukraińskie, polskie i żydowskie dzieci dowiadują się, że to już koniec wspólnych zabaw.

W tej surowej formie doskonale odnajdują się aktorzy, z grającą główną rolę rewelacyjną debiutantką (!) Michaliną Łabacz. Gdyby był to film amerykański i nazywał się Volhynia, ta rola – nie boję się tego stwierdzenia – otarłaby się o Oscara. Niezaprzeczalnym atutem jest też niepokojąca muzyka Mikołaja Trzaski.

wolyn

Eksplozja nienawiści

W swojej kultowej rozmowie z François Truffautem Alfred Hitchcock opowiadał, że scenę wybuchu bomby można nakręcić na dwa sposoby. Ludzie siedzą przy stole i nagle następuje wybuch – widzowie doznają chwilowego szoku. Drugi sposób – pokazać bombę leżącą pod stołem i rozmowę siedzących przy nim ludzi. Efektem jest narastające napięcie – widz jest świadom, że bohaterowie są zagrożeni i czeka na rozwiązanie sytuacji.

Wołyń jest właśnie filmem długotrwałego, wzrastającego napięcia. My wiemy, co się stanie. Dlatego każdą, pozornie banalną scenę obserwujemy jak zapowiedź najgorszego. Eskalacja następuje w sekwencji rzezi, w której Smarzowski uniknął przesady. O żadnym epatowaniu przemocą nie może być mowy. Od samych zbrodni bardziej przeraża widza fakt, że dokonują ich sąsiedzi na sąsiadach, ludzie jeszcze niedawno bawiący się na jednym weselu – a więc to zarysowane w pierwszej części filmu tło wydarzeń.

Ostrzeżenie, nie oskarżenie

Mam obawy, że film zostanie przez niektóre środowiska płytko przeciwstawiony Pokłosiu czy Idzie. Tu bowiem Polacy są ofiarami i Smarzowski tego nie ukrywa – i bardzo dobrze, nie przepraszamy nikogo, że padliśmy ofiarą ludobójstwa. Jednak przywrócenie pamięci ofiarom Rzezi to tylko jeden cel filmu.

Los umieścił Wołyń w zaskakująco aktualnym kontekście. Jest to bowiem jawna przestroga przed ślepym nacjonalizmem, który krok po kroku prowadzi do tragedii. Od zaślepienia ideą, przez wyzwiska, coraz bardziej jawną nienawiść, szkalujące napisy na domach aż po mord. Tutaj to Ukraińcy krzyczą o potrzebie oczyszczenia swojej ziemi z Polaków. Ale nie traktujmy Wołynia jak okno, przez które patrzymy na to, co robią „oni”, by potem rychło nie stał się lustrem. Spójrzmy, co my krzyczymy i co niesiemy na sztandarach. I do czego to może doprowadzić.


Przeczytaj też:

miasto44miasto44