26200797002_95a305038a_b

Nowa nadzieja Galaktyki

Filmy i seriale, Recenzje • Dominik KwaśnikSkomentuj

Spin-off Gwiezdnych Wojen – niebezpiecznie to brzmi. Nowa historia, niezaliczana do sagi? To musi być bezdusznie wykorzystujący ukochaną markę zbieracz pieniędzy dla Disneya. Kasa musi się zgadzać. Disney nie po to zainwestował w Lucasfilm, by nakręcić tylko 3 filmy.

Morczny sekret jest jednak taki, że każdy film jest robiony dla pieniędzy. Inna sprawa, czy twórcy idą po linii najmniejszego oporu, czy chcą nam dać dobry produkt. Nasza ulubiona cukiernia nie piecze ciast altruistycznie. Po prostu wykonuje dobrą robotę, a my chętnie płacimy, by wynagrodzić twórcom ich pracę.

I tak samo jest z Łotrem 1.



Na debiut spin-offów wybrano bezpieczną historię, mocno opierającą się na Nowej Nadziei. Streszczeniem fabuły są otwierające IV epizod napisy, w tym jedno zdanie: „Podczas bitwy szpiedzy Rebelii zdołali wykraść tajne plany imperialnej broni, GWIAZDY ŚMIERCI…”. Oparcie scenariusza na tym jednym zdaniu okazało się strzałem w dziesiątkę.

Siłą filmu Garetha Edwardsa jest to, że mimo fundamentu IV epizodu wnosi do uniwersum coś świeżego, coś swojego – i nie chodzi tylko o brak charakterystycznych żółtych napisów czy zastosowane pierwszy raz podpisy z nazwami planet. Broni się jako osobny film, zrozumiały dla osób całkiem niezaznajomionych z historią wojny Rebelii z Imperium, a jednocześnie jest to ukłon dla fanów. Pełno tu wszelakich nawiązań – od drobnych easter eggów w tle, przez znajome scenerie, po powroty starych bohaterów. Przy tym wszystko zrobione jest nienachalnie, z głową. Występ Lorda Vadera – tak kuszący, by z nim przedobrzyć – rozegrano w najlepszy możliwy sposób.

Łotr 1 to nie jest kino nowej przygody. To film wojenny, najmroczniejszy w galaktycznej rodzinie. W każdym kadrze czuć złowrogą potęgę Imperium, a Rebelia nie jest kryształową jednością. Po raz pierwszy konflikt oglądamy z punktu widzenia szeregowych żołnierzy. W tę ponurą scenerię wpleciono dramat rodzinny – jak się okazuje, kluczowy dla losów Galaktyki.

Galen Erso (Mads Mikkelsen – szkoda, że nie dostał więcej czasu na ekranie) to zwerbowany do pracy nad Gwiazdą Śmierci naukowiec, targany wyrzutami sumienia. To on umieszcza w stacji śmiercionośną wadę (co zgrabnie wytłumaczyło największą fabularną naiwność Nowej Nadziei). Aby tę wadę poznać, Rebelia musi wykraść plany Gwiazdy Śmierci. Do tego zadania werbuje – bez jej specjalnej chęci – córkę Galena, Jyn.



Jyn to charakterna kobieta, na szczęście scenarzyści nie stworzyli ideału, jak w przypadku Rey z Przebudzenia Mocy. Twórcy nie pomylili się też z castingiem – bohaterkę świetnie zagrała Felicity Jones. Aktorce nie brak charyzmy, zresztą świetnie współgra z sobą cała obsada. Nie zawodzi Diego Luna w roli kapitana Andora, rewelacyjny jest ironiczny droid K-2SO, w którego wcielił się znany z Ja, Robot Alan Tudyk. Inni bohaterowie też wypadają bardzo dobrze – skład uzupełniają strażnicy świątyni Jedi Chirrut i Baze oraz nawrócony imperialny pilot Bodhi. Można zarzucić, że postaci – poza Jyn – są ledwie zarysowane, z drugiej strony – czy ktoś kiedyś zastanawiał się nad głębią Chewbacki i R2-D2? Siłą filmu jest to, że poznajemy charakterystycznych bohaterów i dzięki ich wyrazistości utożsamiamy się z nimi. Fakt, że nie wiemy, kiedy się taki Chirrut urodził i kim dokładnie jest, nie przeszkadza, by życzyć mu jak najlepiej. Tak samo ciekawy jest główny antagonista, bezbłędnie zagrany przez Bena Mendelsohna dyrektor Krennic, chorobliwie ambitny, niejako przewrotnie odziany w biel. Szkoda tylko, że z filmu nie dowiemy się więcej o jego relacjach z rodziną Erso.

rogueone_onesheetaChoć finał misji znany jest od lat, historia naprawdę trzyma w napięciu, a ostatni akt – finalna bitwa na przypominającej pacyficzny archipelag planecie Scarif – to emocjonalny rollercoaster. O ile można mieć zastrzeżenia, że podczas ekspozycji akcja zbyt swobodnie skacze z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera, o tyle finał – rewelacyjna bitwa kosmiczna, potyczki na powierzchni planety i misja Jyn, Cassiana i K2 SO – jest dramaturgicznym majstersztykiem, wzbogaconym przez naprawdę świetne zdjęcia (niektóre ujęcia są przepiękne) i doskonałe efekty specjalne. Ostatnie zaś minuty zachwycą i wzruszą każdego fana Gwiezdnych Wojen.

Łotr 1 nie jest pójściem na łatwiznę, bezczelnym skokiem na kasę i odgrzewanym kotletem. Więcej – nie tylko uzupełnia, lecz także rozwija starą trylogię; sprawia, że Nową Nadzieję będziemy oglądać już w inny sposób. Na forach internetowych Gareth Edwards słynie z tego, że udało mu się nakręcić „Godzillę bez Godzilli”. Tym razem nakręcił Gwiezdne Wojny bez Jedi. Paradoksalnie w Łotrze 1 tkwi ogromna Moc.


Przeczytaj też:

miasto44 melodie