c4b233670a1a84a689e5d5d28623cb90

Aktorska animacja

Filmy i seriale • Dominik KwaśnikSkomentuj

George Lucas trafi(ł) do podręczników filmoznastwa jako osoba, która zrewolucjonizowała efekty specjalne. Pierwsza trylogia Gwiezdnych Wojen była przełomem w ich użyciu. Druga trylogia pokazała, że nadmiarem zielonego tła można się zachłysnąć. Cóż więc, jak nie kolejny film z rodziny, mogłoby zapowiadać następny przełom w dziedzinie efektów?

I to, jak można było się spodziewać, sprawka gubernatora Tarkina.

W jednej ze scen Łotra 1 wielki moff Wilhuf Tarkin podziwia zakończenie budowy Gwiazdy Śmierci. Gdy odwraca się do kamery, widzom ukazuje się realistycznie odwzorowane oblicze Petera Cushinga, grającego tę postać 40 lat temu w Nowej Nadziei. Jednak to nie sama technika performance capture stanowi przełom, a cel jej użycia.

Czym jest performance capture? W skrócie – to przechwytywanie przez komputer mimiki aktora, co umożliwia wykreowanie w filmowej postprodukcji cyfrowej postaci obdarzonej ową mimiką. Znamy ją nie tylko z kina, lecz także z gier komputeorwych. Jak wspomniałem wcześniej, sam pomysł nie jest niczym wielkim. Sean Connery obdarował swoim głosem i gestami tytułowego bohatera już 20 lat temu w Ostatnim Smoku.

Przełomowy dla performance capture był Władca Pierścieni i brawurowy Gollum w wykonaniu Andy’ego Serkisa. Gdyby Serkis grał w charakteryzacji tradycyjnej, a nie cyfrowej, otarłby się o aktorskie nagrody. Jednak nie ma tego złego – rola Golluma zrobiła z niego rozchwytywanego aktora do cyfrowych ról. Serkis użyczał swej mimiki King Kongowi, Ceasarowi z Planety Małp i Snoke’owi w Gwiezdnych Wojnach. Zawsze grał jednak inne stworzenie, potwora czy małpę. W Beowulfie (2007) czy Opowieści Wigilijnej (2009) reżyser Robert Zemeckis eksperymentował z odwzorowywaniem w komputerze wizerunków aktorów. Po ekranie biegali cyfrowa Angelina Jolie, Anthony Hopkins czy Jim Carrey. Obrazy te traktuje się jednak po prostu jako animację. Przełom Łotra 1 polega na tym, że z wykorzystaniem performance capture aktor zagrał de facto innego aktora w filmie aktorskim.

W Tarkina – czy też w Cushinga grającego Tarkina – wcielił się Brytyjczyk Guy Henry. W czasie zdjęć odgrywał on swoje sceny z innymi aktorami, a w postprodukcji na jego twarz nakładano cyfrową maskę. Ten ryzykowny zabieg się udał. Wystarczy poczytać fora internetowe, by przekonać się, jak wiele osób myślało, że komputerowy moff to po prostu prawdziwy aktor.

Łotr 1 uchylił więc drzwi. Czy czeka nas więcej cyfrowego aktorstwa? Możemy wyobrazić sobie sytuację: po VI sezonach aktor odchodzi z popularnego serialu, ale twórcy podpisują z nim umowę na wykorzystanie wizerunku. Dzięki temu nie muszą zmieniać scenariusza, a „osierocona” postać zachowa swoje oblicze, choć zagra ją ktoś inny. Żyjemy bowiem w dziwnym świecie, w którym zmiana odtwórcy popularnej fikcyjnej postaci wiąże się z histerycznym protestem fanów (chyba że jest nią Batman). Możliwości są duże. Aktorowi można cyfrowo zmienić wiek. Widzieliśmy to w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona. Ostatnio w serialu Westworld oglądaliśmy młodego Anthony’ego Hopkinsa, a Martin Scorsese zapowiada film The Irishman z udziałem „młodego” Roberta De Niro. Technika rozwinie się tak, że będzie coraz tańsza i coraz lepsza. Szybko nadejdzie więc moment, gdy widok cyfrowej twarzy nie będzie rażący z powodu sztuczności, a nieautentyczności, tzn. atutem filmu i wabikiem na widzów nie stanie się aktor, lecz jego wizerunek.

„Występ” Tarkina otwiera też drugą dyskusję: o wykorzystywaniu wizerunku zmarłych artystów w filmach. Były przypadki, gdy nagła śmierć aktora niejako wymuszała takie rozwiązania – cyfrowy Oliver Reed pojawił się w kilku scenach Gladiatora. Czym innym jest jednak „obsadzenie” w filmie nieżyjącej osoby. Po niedawnej śmierci Carrie Fisher pojawiły się głosy, że aby nie wprowadzać zmian w scenariuszu, postać Lei pojawi się w IX epizodzie Gwiezdnych Wojen właśnie w formie cyfrowej. (Disney zdementował te plotki). O ile to wywołało małą burzę, o tyle „występ” zmarłego w 1994 roku Cushinga już raczej nie. Śmierć Fisher jest jeszcze świeżo w pamięci – na tej samej zasadzie rażą nas zabawki typu zestaw klocków „Powstanie warszawskie”, a figurki średniowiecznych rycerzy czy kowbojów i Indian są czymś normalnym.

Łotr 1 stanowi precedens? Czy przekroczył granice etyczne? Moim zdaniem nie; przeciwnie, sądzę wręcz, że był swego rodzaju hołdem dla aktora. W tym konkretnym przypadku chodziło głównie o odwzorowanie postaci fikcyjnej o określonym w popkulturze wizerunku. Tarkin pojawia się też w serialu animowanym Rebelianci, też ma wygląd wzorowany na Cushingu. Myślę, że istotny jest też fakt, że nie był to występ pierwszoplanowy i nie pełnił roli komercyjnej. Cyfrowy Harrison Ford jako Indiana Jones (też ikona popkultury) za 40 lat budziłby zupełnie inne – negatywne – emocje. Wydaje mi się, że choć każdy przypadek będzie trzeba rozpatrzeć osobno, to linią graniczną będzie potencjał komercyjny zabiegu. Przekroczenie etycznej granicy nastąpi, gdy producent postanowi „obsadzić” w filmie, powiedzmy, Heatha Ledgera z Marlonem Brando i wykorzysta ich cyfrowe wizerunki do odegrania nowych ról.

Jedno jest pewne – jakakolwiek przyszłość czeka branżę aktorską, Łotr 1 będzie wspominany jako moment przełomowy w rozwoju performance capture. Jak to zwykle bywa z Gwiezdnymi Wojnami i efektami specjalnymi.