IMG_6039

Kulminacja z ambicjami

Filmy i seriale • RedakcjaSkomentuj

Twórcy budowanego od dekady Kinowego Uniwersum Marvela nie chcieli, by kulminacja ich historii wyróżniała się tylko niespotykanym dotąt rozmachem. Chcieli zaskoczyć czymś dodatkowym – i to im się udało.

Ciężko dokładnie przekazać myśli dotyczące filmu, unikając spojlerów. Reżyserzy „Avengers”, bracia Russo, nie bali się odważnych decyzji. Już pierwsza scena jest zaskakująca i zmienia nasz sposób oglądania obrazu.

Potyczka goni potyczkę a riposta ripostę – mimo tempa twórcy bardzo dobrze radzą sobie z rozmachem widowiska. Nie czujemy się przytłoczeni ilością akcji i postaci. Może dlatego, że wszystkie je doskonale znamy, w przeciwieństwie do nich samych – jedyne momenty, które lekko się dłużą to te, gdy herosi się sobie przedstawiają. Oczywiście nie każdy bohater otrzymał tę samą ilość minut na ekranie. Przyznam, że brakowało mi w Avengerach więcej… Avengerów. Ze starej gwardii prym wiodą Iron Man i Thor, ale już reszta skupia się na walce, a kogoś nawet brakuje. Ważną rolę (nie tylko komediową) odgrywają za to Strażnicy Galaktyki, także jeżeli ktoś nie widział wcześniej dedykowanych im filmów, to warto przed seansem to nadrobić.

IMG_6039

Stare porzekadło mówi, że w filmach Marvela najgorzej wypadają antagoniści. Tym razem jest inaczej. To Thanos wychodzi na pierwszy plan, jako postać jest złożony psychologicznie, ma swoją pokrętną logikę i motywacje działań. Walka przeciw niemu to nie tylko spektakularne bitwy cyfrowo wygenerowanych armii, ale też wielki natłok emocji i trudnych decyzji, które muszą podejmować nasi protagoniści.

To właśnie te emocje są dużą siłą filmu. Przez dziesięć lat stawka „ratowanie wszechświata” trochę się zdewaluowała. Tym razem jednak nam, widzom, wcale nie chodzi o galaktykę. Już od początku reżyserzy pokazują nam, że teraz musimy się serio obawiać o bohaterów. To sprawia, że seans odbiera się zupełnie inaczej. Tym razem o „ratowaniu wszechświata” nie zapominamy na krótko po wyjściu z kina.

Za rok obejrzymy czwartą część Avengers, będącą dopełnieniem historii. I paradoks „Wojny bez granic” polega na tym, że dla jego odbioru kluczowy będzie właśnie ten film. Oby twórcy nie zaprzepaścili tego, co zaoferowali.