Główna » 2010 » Artykuły i newsy

Dziwnologia. Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych

.

Dziw­nologia Richarda Wisemana począt­kowo wydała mi się kolej­nym porad­nikiem typu – jak manipulować ludźmi. Takie przy­naj­mniej wrażenie odniosłam, gdy prze­czytałam blurb.

Ha! Nic bar­dziej myl­nego. Owszem, na początku nie porywa, gdy autor dość żmud­nie opisuje przy­gotowania do eks­perymen­tów i dlaczego bada to, a nie coś innego. Pierw­szy poruszony problem, a mianowicie wpływ położenia ciał nie­bieskich na szczę­ście lub pecha ludzi, przed­się­wzięć, realizację planów – otóż ta właśnie astrologia nie prze­mówiła do mnie. Ten wstęp mnie znudził. Jed­nak postanowiłam nie pod­dawać się, czytałam dalej. I ten wysiłek został wynagrodzony bar­dzo ciekawą lekturą.

Zagad­nienie roz­poznawania kłam­czuchów mnie naprawdę zain­teresowało. To już bliż­sze naszemu zwykłemu życiu. Czy potrafimy roz­poznać, kiedy ktoś nas okłamuje? Autor obala tezę mówiącą, że mowa ciała demaskuje oszusta. Można patrzeć komuś prosto w oczy i łgać, aż ziemia pod nami jęczy! Żadne uciekanie wzrokiem, żadne wykręcanie pal­ców, ner­wowe skubanie spodni, pocieranie nosa – to są mity. A może jesz­cze wydaje Wam się, że wiecie, kiedy okłamuje Was mąż, żona, dziecko? Naiwni ludzie! I znowu autor udowod­nił, że nie roz­poznamy kłamstw naj­bliż­szych tak samo, jak obcych sobie ludzi. I to właśnie było dobre — krok po kroku przed­stawił eks­perymenty, badania, wnioski. Naprawdę szokujące!

Potem było o uśmiechach – jak poznać, który szczery, a który sztuczny. Albo jak można samą sugestią spo­wodować, że człowiek przy­po­mni sobie wydarzenia, które nigdy nie miały miej­sca. Pamięć jest bar­dzo zawodna i plastyczna – można wmówić komuś, że widział coś, czego nigdy nie było. No, ale to akurat mnie nie zaskoczyło. W wielu kryminałach autorzy poruszali ten problem – świad­kowie zdarzeń pamiętają bar­dzo różne rzeczy, nie­którzy zmyślają.

Książka okazała się bar­dzo ciekawa, naprawdę. Te różne sztuczki zwłasz­cza przy roz­poznawaniu kłam­ców – no, cudo. A przy tym napisana językiem prostym, przy­stęp­nym, zro­zumiałym dla mnie – nie naukowca prze­cież. Ogromne poczucie humoru autora powodowało, że czasami śmiałam się w głos z efek­tów nie­których badań psychologów. Właśnie element humoru jest jed­nym z waż­niej­szych atutów książki. O eks­perymen­tach naukowych, wzajem­nym oddziaływaniu ludzi na siebie napisano już wiele. Dziw­nologia wyróż­nia się spo­śród nich lek­ko­ścią nar­racji – czyta się ją nie jak porad­nik czy pod­ręcz­nik, lecz jak opowieść o tym, że autor bawił się, badając kwestie kłam­stwa, sztucz­no­ści uśmiechów czy wpływu gwiazd na decyzje ludzi. Nie przy­tłacza ogromem liczb, danych, zestawień, tabelek. Po prostu mówi do czytel­nika – zobacz, jakie to ciekawe, wiedziałeś, że tak jest?

Nie będę namawiać wprost na prze­czytanie tej książki, bo wiem, że takie namowy niejed­nokrot­nie przynoszą odwrotny skutek. Powiem po prostu tak – jeśli interesują cię interak­cje międzyludz­kie, to zaj­rzyj do tej książki. Jeśli wydaje ci się, że wiesz, jak roz­poznać kłam­czucha i jeśli myślisz, że nikt cię na nic nie naciągnie, że jesteś odporny na wszel­kie „nie­spotykane okazje”, promocje – przeczytaj.

ocena4

Polecam tym, którym wydaje się, że wiedzą ;)

Richard Wiseman
Dziw­nologia. Odkrywanie wiel­kich prawd w rzeczach małych

(szczegółowe infor­macje)


Tajny agent Jaime Bunda

.

Książka autora z Angoli wydana nakładem nowej oficyny Claroscuro. Jeżeli wszyst­kie publikowane przez nie pozycje będą tak ciekawie napisane jak ta, to nic, tylko się cieszyć!

Jak można wywnioskować z tytułu, główny bohater – Jaime Bunda – jest agen­tem taj­nej policji. A dokład­niej, agen­tem taj­nej policji Luandy, miasta w Angoli. Służby te wzbudzają postrach w każ­dym z obywateli, nazywane są Bun­krem (dlaczego – dowiecie się, czytając książkę). Do pracy  został tam przyjęty ze względu na koligacje rodzinne z jed­nym z dyrek­torów, godziny mijają mu głów­nie na obijaniu się. Do czasu jed­nak – nagle dostaje zadanie wytropienia gwał­ciciela i zabójcy nastolatki. Jaime zabiera się do pracy z wiel­kim zapałem – w końcu coś się dzieje, a na dodatek została mu powierzona nie­wielka władza, dostaje też do dys­pozycji samo­chód oraz telefon komór­kowy, polep­sza się jego sytuacja życiowa. Nasz bohater korzysta z tego, ile może.

Zadziwiający jest fakt, że Jaime – wiel­biciel amerykań­skich kryminałów (z których czer­pie swą wiedzę zawodową) oraz posiadacz olbrzymich poślad­ków (dzięki którym uzyskał swoje prze­zwisko „Bunda”) – fak­tycz­nie zaczyna powoli roz­wikływać powierzoną mu sprawę, wpada na różne dodat­kowe, a także znaj­duje powiązania z wysoko postawionymi osobami. Zaczyna to kom­plikować całą sytuację, pojawiają się roz­grywki per­sonalne. Co się stanie i czy uda mu się roz­wiązać zadanie? A może wręcz odwrot­nie – wyląduje na bruku?

Cała ta historia jest zgrab­nie prze­platana komen­tarzami dotyczącymi sytuacji w Angoli. Dzięki naszemu agen­towi mamy okazję poznać bliżej dzieje tego kraju i problemy, z którymi się boryka. Możemy przyj­rzeć się walce z korup­cją, nepotyzmem, spo­łeczną apatią, roz­war­stwieniem spo­łecz­nym, ter­rorem służb specjalnych.

Wbrew pozorom, nie jest to książka trudna i zasmucająca. Autor ma naprawdę ciekawy styl pisania, a  humor (lekko absur­dalny), którym okraszona jest fabuła, pozwala nam przejść przez lek­turę bez przy­gnębienia, ciągle jed­nak z reflek­sją na temat sytuacji, którą poznaliśmy.

Oprócz ciekawego humoru zaprezen­towanego w tej książce, bar­dzo spodobał mi się spo­sób nar­racji – czterokrot­nie zmieniany jest nar­rator, co pozwala na poznanie roz­woju sytuacji z róż­nych punk­tów widzenia. A na dodatek pisarz wprowadził pewną interak­cję na linii autor-czytelnik, zagadując nas od czasu do czasu oraz wyjaśniając swoje decyzje. Zabieg interesujący, w moim przy­padku wzbudzał uśmiech oraz zaciekawienie dal­szym roz­wojem akcji.

Nie­zmier­nie mi się ta powieść podobała i z wielką chęcią sięgnę po kolejne pozycje tego autora – o ile zostaną prze­tłumaczone na język pol­ski. Nie­zwykła nar­racja, spora dawka dobrego humoru, spryt­nie wpleciony wątek społeczno-polityczny oraz intrygujący bohaterowie to kom­binacja, która pod­biła moje serce.


James Bond ma kon­kuren­cję?

Pepetela
Tajny agent Jaime Bunda
(szczegółowe infor­macje)


Klucz do zaświatów

.

Klucz do młodzieży

Jeśli patrząc na nazwisko autora nie masz powszech­nego wrażenia „że gdzieś je już słyszałeś” –  nie martw się, wszystko jest w porządku, a amnezja jesz­cze nie złapała Cię w swoje nie­widzialne ręce. Dan Poblocki z pomocą doborowej akuszerki –  Naszej Księgarni – ukazuje światu swoje pier­worodne dziecko, Klucz do zaświatów. Historia z początku wydaje się banalna – dwunastoletni chłopiec prze­prowadza się z rodzicami do upior­nego miasteczka, w którym od kil­kunastu lat wydarzają się nie­samowite historie, jed­nak po prze­brnięciu przez pierw­sze roz­działy nawet dorosły czytel­nik ma szansę na ciekawe odkrycia. Oczywi­ście nie należy zapominać, że całość została napisana raczej z prze­znaczeniem dla osób młod­szych, w związku z powyż­szym nie doszukamy się skom­plikowanej fabuły lub filozoficz­nych wywodów. Możemy za to podziwiać piękną klamrę kom­pozycyjną cało­ści utworu, ideal­nie wień­czącą „dzieło” i  kilka zaskakujących pomysłów, których nie zdradzę, aby kosz­towanie lek­tury było przyjemniejsze…

Odwyk i nowe uzależnienie

Myślicie, że tak zwane „książki dla młodzieży” nie mogą zastąpić nastolat­kom nar­kotyzujących mediów? Bohaterem powie­ści jest chłopiec, który wpadł w sidła innego uzależ­nienia – od czytania. W zawoalowany spo­sób pisarz prze­mycił ciche prze­słanie, iż nie musimy zamykać naszej wyobraźni w klatce monitorów, lecz możemy puścić wolno jej wodze i pozostawić pole do działania. Być może nie był to świadomy zamysł Pobloc­kiego, ale pozycja ta staje się bar­dzo sym­boliczna. Eddie, począt­kowo realistycz­nie myślący, powoli daje się prze­nieść w świat książek swojego ulubionego mistrza pióra, w świat, który zaczyna przej­mować kon­trolę nad jego życiem. Fabuła staje się więc odzwier­ciedleniem samego procesu czytania, pod­czas którego pod­świadomie uznajemy za rzeczywistość to, co jest fik­cją. Dzięki tej powie­ści Twoje dziecko zro­zumie jak nieograniczone moż­liwo­ści daje nam nasza wyobraź­nia i być może zapocząt­kuje ona nowe, budujące uzależnienie.

Kon­tro­lowana groza

Autor przez całą historię obdarza nas kon­tro­lowaną dawką grozy. Już od samego początku stajemy się uczest­nikami nie­codzien­nego wypadku, dlatego młody czytel­nik nie będzie miał czasu aby poczuć znużenie  czekaniem na roz­wój wydarzeń.

Nie­bieskie kombi wyłoniło się zza ostrego zakrętu w chwili, gdy stworzenie wypadło z lasu. Pierw­szy zobaczył je Eddie – prze­mknęło na długich i cien­kich łapach jak czarna smuga. (…) Książka, którą czytał chłopiec, wyleciała mu z rąk i uderzyła o opar­cie przed­niego fotela, a mama przy­trzymała się sufitu i jęknęła.

Fabuła usiana jest mnóstwem zwrotów akcji, bar­dziej lub mniej spo­dziewanych, jed­nak zawsze trzymających w napięciu. Dodat­kowo pozytywne wrażenie sprawia ciekawa okładka, wprowadzająca w tajem­niczy nastrój, który nie minie aż do ostat­niej strony.

„Prostojęzycz­ność”

Powieść napisana została językiem bar­dzo prostym, dlatego nie polecałabym jej dorosłym czytel­nikom, gdyż mogliby czuć nie­do­syt i uśmiechać się z politowaniem. Począt­kujący bibliofil może trak­tować tę pozycję jako miłą roz­grzewkę przed czekającym go wyzwaniem (znaj­dującym się na stronach dzieł  wybit­nych twór­ców), która z pew­no­ścią nie znie­chęci go do dal­szych poszukiwań (co mogłoby się stać gdyby wziął do ręki zbyt trudną lekturę).

ocena4

Wytrych do wyobraźni

Dan Poblocki
Klucz do zaświatów

(szczegółowe infor­macje)


Mechanizm serca

.

Mechanizm serca mnie zauroczył. Magiczną okładką, baśniowym opisem, nie­banal­nym pomysłem. Chęcią połączenia dwóch tak odległych sfer: uczuciowej (serce) i material­nej (zegar). Można powiedzieć: zostałam kupiona. Ale w miarę czytania okazywało się, że w samej tre­ści coś zgrzyta, skrzypi, chrzę­ści.

Okładka książki szum­nie głosi: baśń dla dorosłych. Pamięć bez­wied­nie przy­wołała wspo­mnienie baśni Ander­sena czy braci Grimm… Tu jed­nak docelową grupą czytel­ników są dorośli! Tak, to już ja – bo od kilku lat noszę w port­felu dowód osobisty. Więc odrzucam lalki i misie w kąt na rzecz baśni dla dorosłych – czyli też dla mnie. A moja ciekawość nie­ustan­nie wzrasta. Spo­dziewam się historii, która prze­niesie mnie w inny świat, a która jed­nocześnie wzbogaci mnie w mądro­ści przy­datne w tym świecie. Na wszelki wypadek sięgam jesz­cze po słow­nikową definicję baśni, by spraw­dzić, czy nie mam wobec niej zbyt wygórowanych oczekiwań (nie mam, jak się okazuje), i pełna optymizmu zasiadam do lektury.

Treść – cóż, nie jest porywająca. Całej oczekiwanej magii wystar­czyło led­wie na opis z okładki. Wiarygod­no­ści nie wzbudza Jack, główny bohater, który w wieku 10 lat o pier­siach swojej (praw­dopodob­nie) rówieśniczki mówi, że „wyglądają jak malut­kie bezy, upieczone tak wyśmienicie, że byłoby nie­tak­tem nie schrupać ich natych­miast”. Z nie­smakiem czytam też opis chłopca porów­nanego do psa obwąchującego gówno. Nie umiem natomiast powiedzieć, jakie uczucia wzbudza we mnie imię Cun­nilin­gus – tak bowiem Jack nazwał chomika podarowanego mu na urodziny przez jego znajome prostytutki. (Tak, wciąż mówimy o tym samym 10-letnim chłopcu). Jeśli wyznacz­nikiem książki dla dorosłych jest brak zahamowań przed jakim­kol­wiek poruszaniem tematu sek­sual­no­ści – to fakt, jest to książka dla dorosłych. Wpraw­dzie naj­bar­dziej infan­tylna spo­śród tych, z którymi miałam do czynienia, ale wciąż dla dorosłych. Nie­stety nijak się do tego ma treść: ani nie jest głęboka, ani specjal­nie wzruszająca. Poziomem dorów­nuje prozie Paula Coelho. A płynące z niej wnioski? Hm, może: kobiety są wredne? Lub raczej: piękne kobiety są wredne? Miłość boli, zakochani męż­czyźni są dobrzy, choć poszkodowani, a czarne charak­tery się nie zmieniają… A ta cała sprawa z zegaroser­cem? Blef. Nic więcej.

Jestem czytel­nikiem wraż­liwym na słowa: ważne jest dla mnie nie tylko to, co się pisze, lecz także to, jak się pisze. Chcę zachwycać się nad pięk­nymi zdaniami, zgrab­nymi połączeniami, fan­tazyj­nymi metaforami. Uwiel­biam wynotowywać pojedyn­cze frazy, frag­menty dialogów lub wręcz całe akapity. Diabeł tkwi w szczegółach, czyż nie? Dlatego pod­czas czytania Mechanizmu serca męczyłam się nie­samowicie. Być może to wina nie naj­lep­szego tłumaczenia, a może tego, że Mathias Mal­zieu jako prozaik wciąż stawia pierw­sze kroki – fak­tem jed­nak jest to, że zdania są krót­kie, głów­nie pojedyn­cze, bar­dzo proste, a czasem wręcz śmieszne ze swoimi wydumanymi, grafomań­skimi metaforami. Taka maniera pisar­ska przy­pomina wypracowania dzieci z gim­nazjum – które wpraw­dzie mogą mieć coś do prze­kazania, lecz wciąż wypracowują sobie odpowied­nie do tego narzędzia. Brnięcie przez poszat­kowane zdanka autora przy­pominało wspinanie się po niziut­kich schod­kach: stawiasz krok za krokiem na każ­dym z nich, lecz z czasem zaczyna cię dener­wować brak moż­liwo­ści prze­skoczenia kilku naraz – a takie drobienie tylko potęguje zmęczenie i irytację. Cel nie jest tego wart.


Czyta się mechanicz­nie, bez udziału serca

Mathias Mal­zieu
Mechanizm serca
(szczegółowe infor­macje)


Gorzka czekolada

.

„Wina, żądza, strach. Strach, żądza, wina. Kolej­ność nie­ważna. Istotna jest treść”.

Cytat pochodzi rzecz jasna z książki, którą dopiero co skoń­czyłam czytać. Mówiąc szczerze, miałam pewne obawy co do tego, jak będzie wyglądać moja przy­goda z tą pozycją. Wąt­pliwo­ści te wynikały z tego, że w rekomen­dacji „Daily Mail” wyłowiłam szybko słowo „czytadło”. Dotych­czas wydawało mi się, że na tego typu powie­ści jestem uczulona do tego stop­nia, że nie będę w stanie przez Gorzką czekoladę prze­brnąć. A tu proszę! Zdziwienie! Bo nie tylko mi się to udało (bez żadnych skut­ków ubocz­nych), ale też  pozwoliłam autorce zain­teresować mnie losami głów­nych bohaterek.

Pierw­sze skrzypce grają w tej historii trzy, na pozór zupeł­nie różne kobiety. Poznajemy je na etapie, kiedy są jesz­cze młode, piękne, z planami na przy­szłość i całym życiem przed sobą. Na pobież­nym zaznajamianiu się z dziew­czętami  i ich otoczeniem mija nam pierw­szych kil­kana­ście stron. A potem leci już lawinowo: bohaterki doj­rzewają, plany na przy­szłość zostają zweryfikowane, a życie… Cóż, okazuje się, że „dorosłe życie ma smak gorz­kiej czekolady”.

Przy­gód, problemów i perypetii które spo­tykają każdą z postaci spo­koj­nie wystar­czyłoby na obdzielenie dziesięciu kobiet. Wszystko to niby zdarza się na co dzień ludziom dookoła nas, ale przy­tłacza nieco skumulowanie tego w ciągu trzydziestoparolet­niego życia Laury, Melanie i Améline.

Można w tej powie­ści odnaleźć sporo interesujących, zmuszających do reflek­sji (a czasem nawet wzruszających) wąt­ków. Autorka nie boi się poruszać trud­nych tematów. Stawia bohaterki przed licz­nymi, często dramatycz­nymi wyborami, by potem przed­stawić ich kon­sekwen­cje. A z drugiej strony, rów­nie dużo jest w niej przy­długich opisów i monoton­nych dialogów. Nie muszą one jed­nak razić innych czytel­ników – tych lubiących „czytadła” – tak jak mnie (wszystko przez moje wspo­mniane już uczulenie).

Życie kobiety proste nie jest, to prawda stara jak świat. Męż­czyźni twier­dzą, że to przez naszą „pokręconą” psychikę, a my w odwecie, że to przez nich. Właśnie wokół związ­ków damsko-męskich kręci się prawie cała akcja powie­ści. Ten temat prze­rabiany jest w książce od każ­dej moż­liwej strony. Wszystko zaczyna się od mezaliansu. Dalej mamy młodą dziew­czynę uwiedzioną przez star­szego, żonatego żołnierza i nastolatkę flir­tującą z ojczymem. Przy­glądamy się roman­som z dwóch per­spek­tyw: żony i kochanki. Miłość myli się czasem z sym­patią, chwilowym zauroczeniem, namięt­no­ścią, a nawet lito­ścią. Autorka uświadamia nam, że uczucia mają ogromny wpływ na nasze zachowanie, a tym samym na całe ludz­kie życie.

Gorzka czekolada trak­tuje też o skom­plikowanych relacjach rodzic-dziecko. Brak czasu, wygórowane wymagania, cał­kowite odrzucenie to elementy tych stosun­ków rów­nie częste co miłość, przyjaźń i poświęcenie. Muszę wspo­mnieć o pew­nym iście „telenowelowym” wątku, który właśnie tego tematu dotyka. Każdy, kto prze­czyta książkę, doskonale będzie wiedział, co mam na myśli.

Podoba mi się umiesz­czenie akcji w kilku krajach. Duże, tęt­niące życiem miasta (Nowy Jork, Lon­dyn) kon­trastują z bied­nymi miej­scami umiesz­czonymi daleko na mapie. Wydarzenia roz­grywają się w scenerii nie­spokoj­nego Haiti i egzotycz­nej Ghany. Poruszony jest rów­nież temat prze­pa­ści oddzielającej od siebie ludzi ubogich i majęt­nych. Ci pierwsi, ledwo wiążąc koniec z koń­cem, za wszelką (często zbyt wysoką) cenę próbują awan­sować do wymarzonej, wyż­szej grupy spo­łecz­nej. „Na świecz­niku” znikają wpraw­dzie stare problemy, ale zaraz zastępują je nowe.

Dla mnie naj­bar­dziej war­to­ściowe w Gorz­kiej czekoladzie jest uświadomienie odbiorcy, że życie nie zawsze jest takie, jak je sobie w młodo­ści wyobrażamy. Nie ma wyj­ścia, jeśli chce się coś osiągnąć trzeba być twar­dym i cier­pliwym. Ale nawet to nie gwaran­tuje jesz­cze suk­cesu. Czy tego chcemy, czy nie, liczy się też szczę­ście. Morał powie­ści jest prosty: nigdy nie należy się pod­dawać i rezygnować ze speł­niania swoich marzeń. Bierzmy z życia, ile się da! Czekolada to czekolada. Nawet ta gorzka stymuluje wytwarzanie hor­monu szczęścia!

A co do oceny… gdybym miała książkę oceniać w kategorii „czytadło” to dostałaby duże, tłuste 5. Punkty dostaje jed­nak ode mnie jako KSIĄŻKA, po prostu. I dlatego będzie to 3, zasłużone.


Gorzka czekolada w nad­miarze może się przejeść

Lesley Lokko
Gorzka czekolada
(szczegółowe infor­macje)


Zapiski z wielkiego kraju

.

Jeśli chodzi o książkę Billa Brysona Zapiski z wiel­kiego kraju, to naczelne gazety Wiel­kiej Brytanii chwalą, chwalą i jesz­cze raz chwalą. „Spec­tator” chociażby darzy uznaniem wyczulenie autora na absurdy i dziwac­twa; ponadto doceniony jest dow­cipny język oraz nie­typowe podej­ście do pew­nych zachowań.

Ceniona jest rów­nież umiejęt­ność urokliwego pod­sumowywania – nazwijmy rzeczy po imieniu – nie­praw­dopodob­nej wręcz głupoty miesz­kań­ców Stanów Zjed­noczonych. W pełni zgadzam się z opinią brytyj­skich gazet, bowiem Zapiski… to literatura bar­dzo dobra; sar­kastyczna, ale przy tym inteligentna i skłaniająca do refleksji.

Słysząc nie­kiedy o absur­dal­nych prze­pisach praw­nych czy spo­sobach użyt­kowania przez Amerykanów produk­tów, albo zaśmiewamy się do łez, albo z politowaniem kręcimy głową i wzdychamy. Stany Zjed­noczone przy­zwyczaiły nas bowiem do naprawdę dziwacz­nych, zaskakujących wydarzeń i czasami trudno ukryć jest zażenowanie na wieść o nich. Kraj, który jest obec­nie potęgą światową i na takową się kreuje, stał się rów­nocześnie miej­scem naj­bar­dziej szalonych i zaskakujących wydarzeń – i to właśnie te nie­do­rzeczne sytuacje stały się tematem felietonów Billa Brysona.

Autor swe dzieciń­stwo spędził w Stanach, następ­nie prze­prowadził się do Wiel­kiej Brytanii. Po dwudziestu latach powrócił (już ze swoją rodziną) do Ameryki i zamiesz­kał w Nowej Anglii. Zauważył, że przez ten czas kraj bar­dzo się zmienił – a wraz z nim ludzie, ich men­tal­ność i zachowania. Absurdy amerykań­skiego życia zawarł i inteligent­nie wyśmiał w swych felietonach, które ukazywały się w jed­nej z gazet. Mamy więc historie o zawiłym wypeł­nianiu for­mularza zeznania podat­kowego, wszech­obec­nych reklamach, ostrych prze­pisach dotyczących posiadania nar­kotyków. Dzięki barw­nym i ironicz­nym opisom doskonale możemy sobie wyobrazić krainę takich wynalaz­ków jak pizza śniadaniowa (tak sztywna, błysz­cząca i sztuczna, że nawet bar­dzo głodny autor powstrzymał się od jej spo­życia), siedem­na­ście pojem­ników na kubeczki w samo­chodzie (dopusz­czalna liczba pasażerów: osiem) czy znajomość geo­grafii w prze­wod­nikach turystycz­nych (Szkocja leży na pół­noc od Anglii). Krytykowane są też nudy w telewizji i płyt­kie filmy kina let­niego, nie­uprzejmi telefoni­ści w biurach obsługi klienta i nie­dbałość na poczcie.

Bryson porów­nuje życie w Stanach Zjed­noczonych i Wiel­kiej Brytanii: wyśmiewa amerykań­skie zwyczaje, przy­wiązanie do prze­strzegania naj­bar­dziej bez­sen­sow­nych prze­pisów oraz krytykuje bolesny problem amerykań­skiej kul­tury – kon­sump­cjonizm, w którym boż­kami są dolar, ham­bur­ger i cen­trum han­dlowe. Pokazuje lenistwo miesz­kań­ców USA, którzy przy­zwyczaili się do wygód i nawet do sklepiku na sąsied­niej ulicy jadą samochodem…

Bill Bryson we własnej osobie. Smile!

Wielką zaletą Zapisków… jest ich forma. Krót­kie felietony czyta się szybko, przyjem­nie i ze smakiem; co chwilę śmiałam się, a czterysta stron książki było dla mnie bar­dzo udaną lek­turą. Nawet gdy ktoś nie lubi Amerykanów i ich płyt­kiego stylu życia, może po te historie sięgnąć – gwaran­tuję mu przy­słowiowy „ubaw po pachy”. Jako malutki minusik mogę wskazać fakt, że czasami czytel­nik gubi się pośród nie­znanych sobie nazwisk osobliwo­ści telewizyj­nych, zapewne wynika to z faktu, iż nie wszyscy biegle śledzą amerykań­skie programy.

Cieszę się, że dzięki tym świet­nym felietonom poznałam nieco bliżej tytułowy „Wielki kraj”. Tak przy okazji: czy kiedykol­wiek zdawali­ście sobie sprawę, że rocz­nie ponad 400 000 osób w Stanach zostaje zranionych przez krzesła, sofy i roz­kładane leżanki? To się dopiero nazywają krwiożer­cze meble! :)

ocena5

Zabawny ten „Wielki kraj„

Bill Bryson
Zapiski z wiel­kiego kraju
(szczegółowe infor­macje)


BONUS

Czas na działkę

.
Mar­chewka na smutki

Czy uprawianie ogródka dział­kowego może pomóc w osiągnięciu wewnętrz­nej rów­nowagi? Robin Shel­ton udowad­nia nam, że jest to moż­liwe. Razem ze swym przyjacielem Stevem prze­żywali  kryzys, z którego wyciągnęła ich właśnie praca w ogrodzie.

Ani Steve, ani ja nie znaj­dowaliśmy się w szczegól­nie przyjem­nych momen­tach naszego życia, kiedy przy­stępowaliśmy do tego przed­się­wzięcia, i obaj mamy poczucie, że działka w nie­małym stop­niu była dla nas zbawieniem.

Książka jest bar­dzo dobrym manifestem prze­ciwko stereo­typowi męż­czyzny, który drzemiąc przed telewizorem smutek topi w butelce piwa.  Aby wygrać z poczuciem bez­rad­no­ści i zawodowego wypalenia, bohaterzy podej­mują działanie –przeobrażają zachwasz­czony kawałek ziemi w bogaty ogród. Osiągnięcie celu sprawia, że pod­noszą swoją samoocenę, stając się znów „zdobyw­cami życia”. Afir­macja aktyw­nego spędzania czasu bije z każ­dej strony książki, a brudne dłonie i bolące plecy stają się synonimami szczęścia.

Od laika do ogrodnika

Całość napisana jest w for­mie pamięt­nika, dzięki czemu razem z bohaterem uczymy się powoli sztuki ogrod­nic­twa. W pierw­szym roz­dziale dowiadujemy się, że nie wie on zupeł­nie, co go czeka.

Istotna może być w tym miej­scu rów­nież infor­macja, że w obec­nej fazie Steve i ja nie mamy pojęcia o ogrod­nic­twie, poza tym, że wiemy, za który koniec trzyma się widły. A i tego dowiedzieliśmy się ostrą i bolesną metodą prób i błędów.

Przez tę pozycję spo­koj­nie może więc przejść amator, który z łopatą nigdy nie miał do czynienia. Kolejno poznajemy procesy odchwasz­czania, pielenia, nawożenia, sadzenia (tudzież siania) i wresz­cie zbierania plonów. Ponadto zbudujemy szopę i dowiemy się, czemu cebula powinna rosnąć koło mar­chewki. Czas na działkę… możemy swobod­nie nazwać porad­nikiem w przy­stęp­niej­szej for­mie (pamięt­nika). Jako dodatek do cało­ści znaj­dziemy rów­nież suplementy, które zawierają: Kom­pen­dium wiedzy warzyw­niczej, Historię dział­kow­nic­twa… oraz Sugerowaną bibliografię. Z takim zapleczem infor­macji  każdy preten­dujący do miana począt­kującego ogrod­nika może swobod­nie wybrać się na działkę.

Czas na…

Angiel­ski humor — jedni w nim gustują, inni go nie rozumieją. W zależ­no­ści od grupy, do której byś siebie przy­pisał, taka będzie dla Ciebie lek­tura owej pozycji – zabawna lub hmm… trudno w zasadzie stwier­dzić jaka. Trzeba jed­nak pod­kreślić, że język jest staranny i wręcz czuje się, że autor ma nie­zwykle głęboką jego świadomość. Myślę, że trans­lator musiał nie­mało się natrudzić, żeby oddać wszyst­kie angiel­skie gry słowne. Ponadto Robert Shel­ton często do opisu zwykłych czyn­no­ści pod­chodzi jak do opowiadania o bar­dzo skom­plikowanych procesach, używając przy tym pseudofachowego i pseudonaukowego słow­nic­twa na równi z potocyzmami, co w efek­cie daje ciekawe połączenie.

Zaczęliśmy budować szopę. Jakiś czas temu pojawiły się wąt­pliwo­ści, czy to ma jakiś sens w świetle naszej kon­statacji, że ogrod­nic­two jest idiotyczną stratą czasu (…). Z drugiej strony nie­stabilny i przy­pad­kowy układ desek, który funk­cjonuje pod nazwą „ławka”, nie jest dla takich pionierów z pogranicza jak Steve i ja odpowied­nim miej­scem do picia her­baty i dys­kutowania o fasoli. Do tego potrzebny nam jest nie­stabilny i nie­przypad­kowy układ desek, który funk­cjonuje pod nazwą „szopa”.

Dla kogo?

W pod­sumowaniu recen­zji powinna się pojawić sugerowana grupa docelowa odbior­ców, jed­nak w tym przy­padku nie­zwykle ciężko jest ją określić. Gdybym poleciła książkę pasjonatom, to zapew­nie ilość oczywistych infor­macji zanudziła by ich po pierw­szych roz­działach. Z drugiej strony osoby nie interesujące się tematyką nie znajdą tu raczej nic dla siebie – wątek wewnętrz­nej prze­miany bohaterów został blado zakreślony i z pew­no­ścią nie jest dominujący. Muszę wyznaczyć złoty środek, czyli wszyst­kich zaczynających swą przy­godę z ogrod­nic­twem lub nie mających pomysłu na upo­ranie się z dręczącymi ich problemami.

ocena2

Tylko dla zain­teresowanych tematyką

Robin Shel­ton
Czas na działkę. Dwóch facetów, jedna szopa i zero pojęcia.
(szczegółowe infor­macje)


Złodzieje piasku

.

„Prze­żywamy więcej przez rok

niż więk­szość ludzi przez całe życie”

Daniel L. Lowen­stein, korespon­dent wojenny

Na to właśnie zdanie, wypowiedziane przez jed­nego z głów­nych bohaterów książki, natykamy się tuż po jej otwar­ciu. I jest to kwin­tesen­cja całej powie­ści Bena Browna. Autor daje nam bowiem do ręki opowieść o pracy i splatającym się z nią życiu osobistym kilku wybit­nych korespon­den­tów wojennych.

Złodzieje piasku to historia porwania w Bag­dadzie w 2004 roku dzien­nikarza, słyn­nego korespon­denta wojen­nego – Daniela Lowen­steina. Jed­nak jest ona gęsto poprzetykana także wspo­mnieniami jego przyjaciół z kilku poprzed­nich wypraw w rejony naj­niebez­piecz­niej­szych działań wojen­nych: z Sarajewa, Gomy, Groznego. Szkieletem powie­ści jest właśnie owo uprowadzenie. Autor proponuje czytel­nikowi coś w rodzaju „zabawy w detek­tywa” –  na pod­stawie szeregu historii z prze­szło­ści ma on za zadanie odkryć, które z towarzyszy porwanego zdradziło go i wystawiło na śmierć. I jak w dobrym kryminale jest wielu podej­rzanych, do ostat­nich stron nie ma pew­no­ści, jak było naprawdę. A to właśnie gwaran­tuje, że od deski do deski powieść czyta się z zapar­tym tchem.

Książka działa na nas na dwóch płasz­czyznach. Po pierw­sze, genial­nie przed­stawia tło obyczajowe. W spo­sób wstrząsający, ale nie nachalny, wprowadzani jesteśmy w realia kilku kolej­nych wojen. Kon­flikty zbrojne wybuchające na tle etnicz­nym są wyjąt­kowo okrutne i krwawe. Toczą je nie tylko armie, ale także (a może przede wszyst­kim) zwykli ludzie. Nie­zwykle realistyczne opisy działań wojen­nych i czystek etnicz­nych są „pod­kładką” pod opowieść o pracujących w tych warun­kach dzien­nikarzach. W trak­cie lek­tury zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to praca, która ma na człowieka  wielki i nieod­wracalny wpływ. Kiedy prze­bywa się na co dzień pośród zarówno osób cier­piących, jak i  zadających cier­pienie,  psychika jest narażona na ogromną traumę. Na działanie takich właśnie dramatycz­nych okolicz­no­ści wystawia się z własnej woli kil­koro bohaterów Złodziei piasku. Każdy z korespon­den­tów wojen­nych jest innym człowiekiem i inna jest tez jego reak­cja na sytuacje, których jest świadkiem.

Ben Brown to słynny repor­ter BBC. Za swój materiał z Zim­babwe otrzymał nagrodę Royal Television Society

Receptą na prze­trwanie w tym zawodzie z pozoru wydaje się być skrajna obojęt­ność. Dzien­nikarze starają się pozostać na bez­piecz­nej pozycji obser­watora, który nie uczest­niczy w roz­grywających się wydarzeniach, a jedynie opisuje je i prze­kazuje światu. Dla nich kolejna masakra czy atak ter­rorystyczny to tylko – w zależ­no­ści od skali tragedii –   temat na pierw­szą stronę gazety dla której pracują. „Jeżeli masz być oczami czytel­nika, powinieneś mu mówić, co widzisz, a nie udawać ślepego”. W poszukiwaniu „zdjęcia życia” czy artykułu, który zapewni kolejną prestiżową nagrodę, towarzyszą par­tyzan­tom, przy­glądają się „pracy” snaj­pera, pochylają się nad umierającymi, brutal­nie mor­dowanymi ludźmi. Tym­czasem okazuje się, że na dłuż­szą metę nie da się pozostać obojęt­nym. Nie od dziś wiadomo, że wojna zmienia człowieka. Autor pokazuje na przy­kładzie swoich bohaterów, jak wpływa ona na więzi międzyludz­kie, nisz­czy przyjaźń, miłość, lojal­ność. Wszyscy szukają pod­świadomie ode­rwania od męczącej codzien­no­ści. Uciekają w bez­nadziejne romanse, w nar­kotyki. Tworzą wokół siebie wyimaginowany świat, w którym udają, że wszystko jest  dobrze, nor­mal­nie. Ale rzeczywistość budowana na złudzeniach musi runąć wcześniej czy póź­niej. W życiu ludzi znisz­czonych przez wojnę dochodzą do głosu zawiść, złość, bez­dusz­ność, doskonale wytresowane przez lata pracy. Szkło obiek­tywu czy legitymacja pra­sowa okazują się nie­zbyt szczelną barierą przed otaczającym światem. I nagle nie wystar­czy tylko się przy­glądać. Trzeba podej­mować cięż­kie decyzje, za które następ­nie należy wziąć odpowiedzial­ność. Każdy z bohaterów musi stoczyć swoją własną wojnę, której stawką jest ich wiszące na włosku człowieczeństwo.

„Jesteśmy w cen­trum historii.” Ale nie da się być w cen­trum historii, nie będąc jej czę­ścią. Książka jest godna polecenia właśnie dlatego, ponie­waż uświadamia czytel­nika, że każdy jest waż­nym elemen­tem tworzącym świat, w którym żyje i – czy tego chce czy nie – pozostaje pod wpływem danego uniwer­sum. Wszędzie wokół, bez prze­rwy, dzieje się historia i nie możemy być wobec niej obojętni, tak jak i ona nie jest obojętna wobec nas. „Jedyne ograniczenia zależą tylko od ciebie i twojej odwagi.”

ocena4

Udaj się do cen­trum historii

Ben Brown
Złodzieje piasku
(szczegółowe infor­macje)


Podróż na koniec świata

13 sierpnia 2010 Recenzje 1 komentarz Piotr Koczar

.

Podróż na koniec świata wień­czy czterotomowy cykl przy­gód rezolut­nego Joela. Wydawca na okładce umie­ścił infor­mację, jakoby lek­tura była adresowana do czytel­ników powyżej dwunastego roku życia; mnie jed­nak nie opusz­cza wrażenie, że domniemany tar­get wiekowy dla tej pozycji nie istnieje.

Joel ma dwa pragnienia: poznać swoją matkę i zostać marynarzem. Wychowywany na dalekiej pół­nocy przez ojca alkoholika, dla którego samozwań­czo przej­muje rolę pani domu, nie ustaje w marzeniach o zaciągnięciu się na statek i dotar­ciu na Pit­carin Island. Tuż przed koń­cem szkoły, ojciec Joela otrzymuje list z infor­macją, gdzie prze­bywa matka Joela. Męż­czyźni tym samym wyruszają w podróż do Sztokholmu…

Nie­po­zbawiona przy­gód i przy­krych zdarzeń wyprawa do stolicy Szwecji koń­czy się podwój­nym suk­cesem: Joel odnaj­duje matkę i odbudowuje więź zerwaną przed trzynastu laty, ponadto otrzymuje książeczkę marynarza i wyrusza w mor­ską wyprawę.

Tym razem Man­kel­lowi zabrakło kon­sekwen­cji. Z jed­nej strony trudno wymagać erudycji czy roz­trząsania problemów spo­łecz­nych od powie­ści dla dzieci / młodzieży, z drugiej – książka porusza tematy, które dla dwunasto– czy trzynastolet­nich czytel­ników mogą być nie­zrozumiałe, a jeśli zro­zumiałe jed­nak będą – okażą się nie­wiarygodne. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że główny bohater z więk­szymi emocjami szukałby swojego zgubionego zegarka, z kolei spo­tkanie z matką było zupeł­nie nieauten­tyczne – nie­śmiałe uśmiechy i infan­tylna radość (a pięt­nastoletni chłopak na pewno ze zdwojoną siłą odczuwałby żal za trzynastolet­nią roz­łąką i porzucenie przez matkę w dzieciństwie).

Podróż na koniec świata to zaskakująco słaba pozycja w dorobku Mankella

Ponadto: ojciec Joela, zupełny antyw­zór. Man­kell, czyniąc z niego safan­dułę, chciał pomóc sobie w wykreowaniu Joela na bohatera, mogącego świecić młodym czytel­nikom przy­kładem, czasami jed­nak próbuje stanąć w obronie Samuela, opisując kilka podrygów zachowania dorosłego męż­czyzny, którym Joel pokor­nie się podporządkowuje.

I naj­ciekaw­sze: wydawca w nocie na okładce wspomina, że Podróż na koniec świata to przej­mująca opowieść o m. in. dorastaniu i „pierw­szych doświad­czeniach sek­sual­nych”. Nie­stety, wizyta pięt­nastolatka w amster­dam­skim bur­delu jest tak żałosnym posunięciem pisarza, że dorośli, czytając ten frag­ment, krzywo się uśmiechną, a dwunastolat­kowie (cały czas patrzę oczyma wydawcy) będą kom­plet­nie zdez­orien­towani. Mimo że Szwecja to ostoja demokracji i liberalizmu, trudno uwierzyć, by takie przy­gody w tym wieku mogłyby zakrawać na wiarygodne w jakiej­kol­wiek szeroko­ści geograficznej…

Nie polecam. Książka jest nie­ciekawa, prze­widywalna i – czego starałem się dowieść – chaotyczna dla młodych czytel­ników. Nie przy­spieszajmy nie­unik­nionego i nie wciskajmy na siłę Man­kella dzieciakom – poczekajmy kilka lat, aż dorosną do cyklu o komisarzu Wallanderze.

ocena5

Prze­ciętna

Hen­ning Man­kell
Podróż na koniec świata
(szczegółowe infor­macje)


Dziewczyna w złotych majtkach

.
Jedna z książek, gdzie pierw­sza scena erotyczna pojawia się na jedenastej stronie. Teraz panuje ten­den­cja do „wsadzania” seksu wszędzie – gorzej, jeśli nie służy to naprawdę żadnemu celowi. Przez część opowie­ści ma się wrażenie, że tak właśnie jest. Na szczę­ście odczucie okazuje się mylne, a przy­znanie nagrody Premio Planeta autorowi – słuszne.

Głów­nym bohaterem jest Luys Forest, pisarz, który namięt­nie oddaje się tworzeniu autobiografii. Nie­spodziewanie przy­bywa do niego Mariana, córka jego szwagierki, sprowadzając do domu tajem­nicze towarzystwo, nocne roz­mowy i dość luźne obyczaje. Jak można się domyślać, połączenie to owocuje wieloma frag­men­tami peł­nymi napięcia – zresztą młoda dziew­czyna dość szybko wpada na pomysł, że można by uwieść wujka i wielo­krot­nie składa mu jed­noznaczne propozycje (np.: „Obciągnąć ci, wujku? To dobre na doła.”).

Autor pokazuje zderzenie człowieka star­szego z przed­stawicielką „luź­niej­szego” pokolenia. Nie roz­wodzi się nad „dzisiej­szą młodzieżą”, lecz przed­stawia to, co robi Mariana i to, co robi Luys, który stara się nie wchodzić w drogę swojej nowej lokatorce. Ale nawet bez słowa komen­tarza róż­nice w zachowaniu są uderzające, może nawet bar­dziej przez to, że Marsé pokazuje zdarzenia, a w nie­wiel­kim stop­niu prze­myślenia. Te zostają dla czytelnika.

Ciekawym zabiegiem literac­kim okazuje się pisanie autobiografii przez Foresta oraz jego roz­mowy z dziew­czyną. Na tle tych dys­kusji i zamiesz­czonych frag­men­tów biografii można zobaczyć, jak bohater starał się pod­koloryzować swoje życie, co zmienił, co zatuszował, o czym zapo­mniał, co pominął, co dodał, jaką legendę starał się stworzyć o sobie samym. Co prawda roz­działy mu poświęcone są prze­raź­liwie nudne, często wydają się wręcz nie­warte czytania, jed­nak pod koniec książki zabieg autora okazuje się nie tylko potrzebny, ale też godny uznania. Nie zmienia to jed­nak faktu, że przez całość ciężko prze­brnąć. Za to roz­mowy nocne o życiu pisarza wypadają znacz­nie lepiej – więcej, bywają naprawdę wciągające. Na ich tle  naj­lepiej widać drobne oszustwa Luysa i jego ukrytą potrzebę zrobienia z siebie wybit­nej jed­nostki – a ze swojej historii czegoś, co czyta się z wiel­kim zaan­gażowaniem. Wielki plus za prowadzenie dialogów!

Książka bywa: dener­wująca, lekko obrzydzająca, poruszająca, wciągająca. Są momenty, kiedy ma się ochotę ją odrzucić i prze­stać czytać, są momenty, że nosi się ją cały czas ze sobą, żeby tylko móc czytać dalej. Po zakoń­czeniu lek­tury (roz­wiązanie nie­których wąt­ków łatwo prze­widzieć, inne są zaskakujące, za to dodat­kowy plus) jesz­cze przez długi czas pozostaje się mocno w świecie, gdzie wszyst­kie wymienione na początku akapitu uczucia ciągle się mieszają i nie chcą opu­ścić czytel­nika. Świetne doświadczenie.

Ukłony w stronę autora za wybór motta: „(…) nie mogli zrobić wiele z prze­szło­ścią (…), zrobili więc wszystko, co moż­liwe, z przy­szło­ścią” (Henry James, cytat z noweli pt. Maud-Evelyn), który peł­nego znaczenia nabiera dopiero po prze­czytaniu Dziew­czyny w złotych majt­kach. Oraz za pierw­sze zdanie opowie­ści: „Są rzeczy, które trzeba zdążyć opowiedzieć, zanim ktoś o nie zapyta”, ideal­nie ilustrujące próby pisar­skie Foresta w zestawieniu z cynizmem Mariany, brutal­nie komen­tującej chęć koloryzowania w wykonaniu jej wuja.

Mimo cięż­kich frag­men­tów i częstej irytacji, polecam!

ocena4.5

Irytująca — a jed­nak świetna

Juan Marsé
Dziew­czyna w złotych majt­kach
(
szczegółowe infor­macje)


Szkoła dobrych manier profesora Michała Iwaszkiewicza

.

Zostań gen­tlemanem, bądź damą

.

Kiedy w szlachec­kich domach wznoszono toast na cześć gościa, zaczynano od słów: „ W pań­skie ręce per­swaduję!”. Gość skrom­nie spusz­czał oczy i odpowiadał: „Bynaj­mniej i owszem”. Wten­czas wytworny gospodarz wypowiadał for­mułę: „Pań­ska grzecz­ność jest moim obowiąz­kiem”. Szkoła dobrych manier profesora Michała Iwasz­kiewicza to cenne źródło wiedzy dla tych wszyst­kich, którzy po staropol­sku uważają, że „Pań­ska grzecz­ność jest ich obowiąz­kiem”.
(ze wstępu prof. Jana Sandomierskiego)

Prof. dr hab. Michał Iwasz­kiewicz, autor Porad­nika dobrych obyczajów wydanego w 2006 roku, ponow­nie dzieli się z nami swoją wiedzą dotyczącą protokołu dyplomatycz­nego, „dobrych obyczajów” i szeroko pojętej kul­tury osobistej. Rów­nie obiecujący jest wstęp prof. zw. dr hab. Jana San­domier­skiego, który chwali nie­wąt­pliwe zalety pozycji. Czy jed­nak tego typu publikacja jest rzeczywi­ście potrzebna?

Kilka kroków do sukcesu

Szkołę dobrych manier… można swobod­nie nazwać pod­ręcz­nikiem, gdyż ma na celu poszerzenie wiedzy czytel­nika. Inter­lokutor profesora zadaje mu pytania, z którymi ten musi się zmierzyć, więc kom­pozycja cało­ści oparta jest na zasadzie: problem — roz­wiązanie.
Książka została podzielona na kilka czę­ści, dotyczących pew­nych sfer działal­no­ści człowieka m.in. obyczajów przy stole, zachowań w prze­strzeni publicz­nej czy stosun­ków międzyludz­kich na uczelni i w szkole. Naj­bar­dziej interesujący dział stanowi (z subiek­tyw­nego punktu widzenia recen­zenta) temat poświęcony modzie. Zapewne męska grupa czytających wes­tchnie: „No jasne, prze­cież ona jest kobietą”. Cóż może zdziwi ich fakt, że w przy­toczonym przeze mnie roz­dziale znajdą jeden mały akapit dotyczący dam­skiego ubioru, reszta zawiera wskazówki dla płci prze­ciw­nej. Czy wiedzieli­ście, że:

(…) Moda męska wywodzi się z tradycji brytyj­skiej i naj­więk­szy wpływ na tę modę mieli dyn­dasi angiel­scy, a szczególną rolę ode­grał książę Ber­tie, czyli póź­niej­szy król Edward VII. Z nim łączą się dwa fakty, które każdy dżen­tel­men powinien znać. Mianowicie po pierw­sze kamizelka zawsze musi mieć odpięty ostatni guzik. (…) Po drugie, na wyścigi w Eton nie można przyjść w spodniach bez man­kietów. (…) Bez względu na to, jaka jest aktualna moda czy ten­den­cja, do eleganc­kiego gar­nituru popołu­dniowego man­kiety są obowiązkowe.

Kosmiczne dywagacje

Czytel­niku, jeśli po prze­czytaniu powyż­szego frag­mentu stwier­dzisz, że oto znalazłeś remedium na swoje dotych­czasowe problemy (wiadomo, że znajomość zasad savoir-vivre pomaga w prze­róż­nych sytuacjach) ochłoń trochę, podążając dalej za mniej pociągającym wywodem autorki tejże recen­zji.
Nie­stety nie mogę zro­zumieć pew­nego faktu — czemu w bar­dzo wielu miej­scach Szkoła dobrych manier… jest pisana dla… no właśnie dla kogo?  Do kogo  kierowane są takie fragmenty:

Parki lub laski to miej­sca szczegól­nie często odwiedzane przez miesz­kań­ców miast. Przy­chodzą tam po lek­cjach i nie tylko po lek­cjach grupy młodych ludzi. Wielu miesz­kań­ców poprawia tam sobie kon­dycję, biegając bądź chodząc z kij­kami, a nie­którzy spacerują chęt­nie z psami. Szczególną formą aktyw­no­ści są też wyprawy konne. Są szlaki, którymi wędrują jeźdźcy, a poza tym wielu młodych ludzi jeź­dzi tam­tędy na rowerach.

Każdy wie po co są parki i co można w nich robić, więc czemu mają służyć obszerne akapity stwier­dzające „oczywiste oczywisto­ści”. Co naj­mniej połowa książki zawiera infor­macje zupeł­nie nie­po­trzebne, których usunięcie mogłoby bar­dzo poprawić odbiór lek­tury. Pozostawiając jedynie ciekawe i warte zapamiętania rady, można by zdecydowanie lepiej wypromować tę pozycję. W tej chwili z ponad dwustu stron mogę polecić zaled­wie kilka tematów, które rzeczywi­ście są interesujące.

I co teraz?

Czytać czy nie czytać – oto jest pytanie. Nie­stety nie udzielę na nie odpowiedzi. Jest to dziwny pod­ręcz­nik — czę­ściowo wciągający, czę­ściowo odrzucający. Jeśli masz czas na szukanie wśród gęstwiny stron zaj­mujących akapitów, możesz się pokusić o kupienie Szkoły dobrych manier…, jed­nak jeżeli należysz do osób nie­cier­pliwych, chyba lepiej ominąć tę książkę i poszukać innego porad­nika savoir-vivre.

ocena3

Pół żartem, pół serio”

Michał Iwasz­kiewicz
Szkoła dobrych manier profesora Michała Iwasz­kiewicza
(szczegółowe infor­macje)


Kobieta do zadań specjalnych

.

Wariacje na wakacje

Kobieta do zadań specjal­nych, czyli szalona Zu (Zuzanna Rosz­kow­ska), bohaterka powie­ści Słomiana wdowa wydanej przez Iwonę Czar­kow­ską w zeszłym roku, ponow­nie wkracza do akcji. Rów­nież tym razem nie zabrak­nie jej nie­kon­wen­cjonal­nych pomysłów, buj­nej wyobraźni oraz… pecha.

Dawno nie spo­tkałam się z książką, w której postać miałaby tysiąc pomysłów na minutę a akcja działaby się w tak zawrot­nym tem­pie. Z pew­no­ścią nie można zarzucić autorce, że zanudza czytel­nika, wręcz prze­ciw­nie – nie mamy nawet czasu, by zastanowić się, co działo się pięć minut temu, ponie­waż Zu co chwilę wpada w nowe kłopoty. Sama fabuła rów­nież nie mie­ści się w ramach stan­dar­dowej powie­ści o „wewnętrz­nych roz­ter­kach kobiety”, co można by sądzić o tej pozycji czytając jej tytuł w księgarni. Nie ma mowy o sen­tymen­tal­nej miło­ści, kryzysie wieku śred­niego czy obciążeniach psychicz­nych. Znaj­dziemy za to wiele groteski i mnóstwo humoru, trafionego bar­dziej lub mniej, ale wszech­obec­nego. Kobieta do zadań specjal­nych jest więc cał­kiem udaną parodią kryminału.

Dynamika akcji nie prze­kłada się jed­nak na dynamizm psychologiczny osób. Nie­stety kreacja bohatera, choć zabawna, jest dość płaska. Rosz­kow­ska nie zadaje sobie trudu myślenia, a sama jej postać też nie pobudza do reflek­sji. Mimo to, przez cały czas trwania powie­ści czujemy sym­patię do Zuzanny, naj­praw­dopodob­niej dlatego, że bohaterka rekom­pen­suje po czę­ści nasze własne wady. Jej dziecięca nie­zarad­ność przy każ­dym z zajęć, którego się podej­muje, sprawia, że widzimy siebie w lep­szym świetle: ja prze­cież nie przy­palam wody w garnku, nie mdleję na widok robaków w mące i nie gubię waż­nych numerów telefonów, gdy wyjeż­dżam do innego miasta. Odnosimy nieod­parte wrażenie, że Iwona Czar­kow­ska chce pod­nieść na duchu każdą kobietę, która sięgnie po ten nie­zakazany środek antystresowy.

Lek­kość pióra pisarki jest w dużej mierze wynikiem języka, jakiego używa – nie stroni od kolokwializmów czy wręcz wul­garyzmów. To właśnie one nadają cało­ści pazura, którego brak zwykle w książ­kach tej kategorii. Bohaterowie nie są wymuskanymi, hiper­popraw­nie mówiącymi odbiciami samego autora, lecz postaciami, których charak­ter krystalizuje się w dużej mierze poprzez ich wypowiedzi.

– Dobrze, że jesteś – krzyk­nęła do słuchawki, gdy z drugiej strony usłyszała głos młod­szej siostry.

– Masz szczę­ście, że pada deszcz, a ja zapo­mniałam parasola i musiałam wrócić się sprzed bloku – usłyszała w odpowiedzi.

– A odkąd ty się desz­czu boisz? – zdziwiła się star­sza siostra. – Prze­cież nawet parasola nigdy nie miałaś.

– Nie miałam, bo zawsze pożyczałaś moje i je gubiłaś ty jełopo! A desz­czu to ja się nie boję. Ale moja sąsiadka wyjechała na kilka dni i poprosiła mnie, żebym wyprowadzała jej jam­nika. A ta łajza na deszcz nie wyj­dzie, no to wróciłam po parasol dla niego. No co rżysz, wariatko?

Nie jest to literatura naj­wyż­szych lotów, ale też nie tego oczekujemy po Kobiecie do zadań specjal­nych. Cał­kowicie speł­nia rolę przyjem­nej pozycji na monotonny dzień, jed­nak myślę, że nie sięgniemy po nią drugi raz – podob­nie jak powtarzanie starych kawałów, często koń­czy się znaczącym mil­czeniem, tak i w tym wypadku zapewne nie uśmiech­nęlibyśmy się ponow­nie. Jed­nak jako jed­norazowa dawka humoru i ucieczka przed nudą, spraw­dzi się doskonale (nie tylko dla kobiet).

ocena3.5

Środek antystresowy dla każ­dego

Iwona Czar­kow­ska
Kobieta do zadań specjal­nych
(szczegółowe infor­macje)






Rozkoszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycznych

Roz­koszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycz­nych to … właśnie. Długo myślałam, jak dokoń­czyć to zdanie i  chyba nie jestem w stanie określić, czym jest ta  antologia. Zbiorem opowiadań erotycz­nych, ale… Po tytule oczekiwałam czegoś więcej, że będę czytała tę książkę z wypiekami na twarzy, a jeśli nie, to chociaż z żywym zain­teresowaniem. Bo tak wła­ściwie, to po co pisze się i wydaje tego typu pozycje? Mamy np. opowie­ści o obrzezanych kobietach i ich traumatycz­nych prze­życiach sek­sual­nych – ale to dla ukazania dramatu, jakiego musiały doświad­czyć. Nie znam się na tego typu literaturze, była to pierw­sza przy­goda z tego rodzaju książką i chyba… ostat­nia. Pod­czas czytania byłam szczerze znudzona i zaniepokojona. Zastanawia mnie bar­dzo kwestia, kto wchodzi do docelowej grupy odbior­czej Roz­kosz­nej…. Jeśli sięgnie po nią dorastająca czter­nasto– czy pięt­nastolatka, to będzie to trochę demoralizujące dla niej; jeśli zrobi to dorosła kobieta, mająca za sobą już jakieś doświad­czenia sek­sualne to… chyba za wiele się nie dowie, a tom może w niej zbudzić delikatne obrzydzenie, tak jak we mnie.

Wiadome jest, że w naszej kul­turze, mimo rewolucji sek­sual­nej i swego rodzaju upadku obyczajów, seks dla więk­szo­ści jest nadal tematem tabu. Czyli widząc na półce tę pozycję możemy powiedzieć, że porusza sferę troszkę  krępującą, należy do „ksiąg zakazanych”. Możemy robić sobie nadzieję, że książka ta łamie pewne kon­wenanse, a czytając ją, robimy coś ponie­kąd nie­przyzwoitego, a wiadomo, że zakazany owoc naj­lepiej smakuje ;). Nic bar­dziej myl­nego. Antologia pozbawiona jest sub­tel­no­ści, miej­scami nie różni się od tanich opowiastek zamiesz­czanych przez anonimowych inter­nautów w sieci.

Jedyne, co mniej lub bar­dziej zain­teresowało mnie pod­czas czytania to życiowe historie bohaterek, w które wplecione zostały przy­gody o charak­terze erotycz­nym. Jedne są bar­dziej ujmujące, inne mniej. Są stereo­typowe. Mamy parę współ­lokatorów, których łączy jedynie przyjaźń. Chłopak jest typowym pod­rywaczem, nie­po­kazującym się nigdzie dwa razy z tą samą panienką, a jego współ­lokatorka (nie­szczęśliwie w nim zakochana) często, kiedy on ma gościa, bez­ceremonial­nie, niby dla żartów, wchodzi bez pukania do jego pokoju, automatycz­nie płosząc jego nową „zdobycz”. W międzyczasie ma fan­tazje sek­sualne z tym współ­lokatorem w roli głów­nej. Koniec opowiadania. Zaś z drugiej strony, może ja naj­zwyczaj­niej w świecie nie doceniam tej książki, może nie dotarło do mnie jej prze­słanie. Tylko jakie ukryte prze­słanie mogą mieć opowiadania erotyczne? Nie mam pojęcia, bo do niego nie dotarłam.

ocena2

Bez pazura

Roz­koszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycznych

(szczegółowe infor­macje)

Zapasy z życiem

Ilość czy jakość?

Eric-Emmanuel Schmitt pracuje pełną parą. Wiosną tego roku wydaw­nic­two „Znak” wypu­ściło powieść Ulis­ses z Bag­dadu, a już w lecie możemy zakupić Zapasy z życiem. Czy autor kul­towego Oskara i pani Róży nie nazbyt się spieszy? Czy kolejny pisarz znów uraczy nas zasadą – ilość, a nie jakość? Nie­stety, odpowiedź jest twierdząca.

Nowelka Zapasy z życiem trak­tuje o japoń­skim chłopcu, który po śmierci ojca uciekł z rodzin­nego domu od swej matki. Prowadzi życie włóczęgi i sprzedawcy tan­det­nych towarów, jakich nawet on nigdy by nie zakupił. Schmitt znów podej­muje wątek wędrówki tułacza, który musi odnaleźć cel ist­nienia, jed­nak tym razem jest to historia mocno naciągana. Jun poznaje pew­nego dnia starca (który dziw­nie przy­pomina Yodę z sagi Gwiezdne Wojny) i zostaje zaproszony do… szkoły sumo. Cóż, w tak krót­kim opowiadaniu autor nie prze­konał mnie do owego roz­wiązania. Począt­kowo bohater widzi w zawod­nikach opasłych męż­czyzn w pieluchach, jed­nak po jed­nym wieczorze diametral­nie zmienia zdanie, a owe „grubasy” zaczynają w jego oczach być „pociągającymi męż­czyznami”. Czy jed­nej nocy ktokol­wiek miesz­kający latami na ulicy mógłby prze­war­to­ściować swój dotych­czasowy świat? Szczytem jest naiwne roz­wiązanie całej akcji w koń­cowym frag­men­cie noweli, które staje się po prostu zabawne.

Naj­pięk­niej­szy moment opowiadania stanowi wątek korespon­den­cji głów­nego bohatera z matką. Schmitt zaskoczył czytel­ników nowator­skim pomysłem – nie znaj­dziecie tu tkliwych frazesów czy lirycz­nych zwierzeń, kobieta, która wysyłała listy swojemu synowi była… analfabetką.

W pierw­szym liście była biała kartka. Odwróciłem ją, przy­sunąłem do twarzy, odsunąłem, potem, badając ją pod światło, zauważyłem okrągłą plamkę, która roz­mięk­czyła struk­turę papieru, przez co jego kolor ściem­niał. Roz­poznałem łzę: mama płakała po moim wyjeździe.

Czy zapasy z życiem zapamiętamy na resztę życia? Z pew­no­ścią nie. Jest to jedna z książek, które mogą umilić nam wieczór, gdyż czyta się ją szybko i przyjem­nie, jed­nak nie­stety wiele do życzenia pozostawia spo­sób, w jaki Schmitt nakreślił całą akcję. Autor, poprzez naiw­nie prze­prowadzoną nar­rację, nie daje moż­liwo­ści reflek­sji nad tre­ścią. Uważam, że jest to nie­do­pracowana pozycja, która w prze­ci­wień­stwie do Pana Ibrahima i kwiatów Koranu, Oskara i pani Róży, a nawet now­szego Ulis­sesa z Bag­dadu, nie pociąga czytel­nika tą specyficzną Schmit­tow­ską magią. Jak powszech­nie wiadomo, każdy pisarz ma swoje lep­sze i gor­sze powie­ści, pozostaje nam czekać na powrót starej formy fran­cuskiego filozofa.

ocena3.5

Yoda w wer­sji sumo

E.E. Schmitt
Zapasy z życiem
(szczegółowe infor­macje)

Skarby w cieniu swastyki

O w mordę, bursz­tynowa kom­nata! Ale suuupeeer! Tak mniej więcej wyglądała moja wczesnogim­nazjalna reak­cja na książkę, której recen­zję właśnie czytacie. Pozycja nazywa się Skarby w cieniu swastyki, a ten zło­wrogi tytuł nadał jej oczywi­ście autor, którym jest Leszek Adamczewski.

Siadając do lek­tury, chciałem jak naj­szyb­ciej poznać historię tej ociekającej złotem – wróć, bursz­tynem – sali. Autor jed­nak zaskoczył mnie, nie­przygotowanego czytel­nika, z Bożej łaski recen­zenta, pana na bielań­skich lasach. Tom nie sprowadza się do opisu wojen­nych dziejów Bursz­tynowej Kom­naty (i dobrze, praw­dopodob­nie nie wytrzymał­bym trzystu stron na jeden temat). II wojna światowa jako wielowąt­kowa opowieść kryje w sobie epizod iście piracki – bo jak ina­czej nazwać eskapady radziec­kich soł­datów brygad trofiej­nych w poszukiwaniu bogac­twa wcześniej skradzionego przez żołnierzy nie­miec­kich na cześć i chwałę nie­po­konanej (w ich mniemaniu) III Rzeszy?

Ale upo­rząd­kujmy może w końcu tę recen­zję – Skarby w cieniu swastyki to książka w stylu fil­mów dokumen­tal­nych rodem z Discovery Chan­nel. Co warte zwrócenia uwagi, potrafi dostar­czyć tylu wrażeń, ile oglądanie własnymi oczami barw­nych telewizyj­nych obrazów.

Tekst jest podzielony na roz­działy tematyczne – w jed­nym poznamy historię wspominanej już przeze mnie Bursz­tynowej Kom­naty, w innym losy cen­nych malowideł Jana Matejki – Hołdu Pruskiego czy Bitwy pod Grun­wal­dem. Przy­znaj się, szanowny czytel­niku, czy kiedykol­wiek pod­czas zgłębiania taj­ników II wojny światowej w szkole  pomyślałeś, że Niemcy pragną odnaleźć i znisz­czyć te dzieła sztuki? Mieli swoje powody, prze­cież obrazy te przed­stawiają haniebną część prze­szło­ści Nie­miec z punktu widzenia nazistow­skiego pań­stwa. Dowiemy się o tym pod­czas lek­tury. Ta i wiele innych historii utrzymane są w cał­kiem straw­nym tonie. Autor uzyskuje ten efekt, gdyż wyważa suche fakty ciekawymi anegdotami.

W drugiej połowie kwiet­nia 1946 roku Ołtarz Mariacki, ale także inne skarby kul­tury, w tym zrabowane w krakow­skim Muzeum Czar­toryskich obrazy, z Damą z gronostajem Leonarda da Vinci na czele, siedem obrazów Hansa von Kulm­bacha z krakow­skiego kościoła Mariac­kiego i słynny obraz Kmity z Wawelu załadowano do 26 wagonów kolejowych. […] Eskortę woj­skową tworzyło dwunastu uzbrojonych żołnierzy amerykań­skich i trzech oficerów pod dowódz­twem kapitana Everetta Lesleya z MFAA. […]

Gdy wjechał on [pociąg – przyp. autor] na odświęt­nie udekorowany peron dworca Kraków Główny, wśród witających zabrakło prezydenta Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta, chociaż obiecał, że będzie obecny. Była za to kom­pania honorowa Woj­ska Pol­skiego, przy­szli przed­stawiciele Urzędu Wojewódz­kiego i lokalni urzęd­nicy samorządowi, duchowień­stwo i tłum krakowian wznoszących okrzyki na cześć… armii amerykańskiej. […]

5 maja w kościele Mariac­kim odbyła się oficjalna ceremonia zwrotu ołtarza Wita Stwosza, po której zaplanowano ban­kiet. Alkohol lał się strumieniami. Amerykanom rychło «urwał się film» i wiel­kie było ich zdziwienie, gdy nazajutrz zobaczyli pol­skich milicjan­tów i żołnierzy. Okazało się, że w nocy, po ban­kiecie, wybuchła strzelanina. Szeregowiec Cur­tis Bugley […] zastrzelił dwóch milicjan­tów – usłyszeli Amerykanie.”

Końca tej historyjki oczywi­ście nie wyjawię – zapraszam po nią do książki. Jak i po wiele innych.

Tekst jest napisany cał­kiem zgrab­nie, choć bez fajer­wer­ków. Nie poetyc­kich zabiegów jed­nak oczekujemy w tego typu publikacji, a klarow­no­ści opisów i logicz­nego wywodu. Lek­tura prze­biega przyjemnie.

Oczywi­ście, nie ma rzeczy doskonałych. Tak i tym razem pojawia się kilka wad. Autor, pomimo wielu aneg­dot, które tekst rów­noważą, momen­tami nie­stety prze­sadza z sucho­ścią opisu i zwyczaj­nie przynudza. Roz­działy o pol­skich obrazach czy ołtarzu Wita Stwosza są bar­dzo ciekawe, ale roz­dział o płoc­kich średniowiecz­nych rękopisach zwyczaj­nie mnie męczył. Napisałem, że książka ma charak­ter dokumentu telewizyj­nego, w związku z czym jest zdecydowanie popularno-naukowa. Nad­miar suchych fak­tów, nieod­powied­nich w tej kon­wen­cji, może przy­tłaczać. Chwilami Leszek Adam­czew­ski otwiera też rów­nocześnie zbyt dużo wąt­ków odnośnie jed­nej sprawy – można się zgubić w ciągu wydarzeń.

Kolejną wadą jest wydanie Skar­bów w cieniu swastyki. Zdaję sobie sprawę z tego, że książka nie jest towarem tanim (zanim umrę, zapewne stanie się towarem luk­susowym, jak wiele wieków temu). Za trzydzie­ści złotych bez dziesięciu groszy oczekiwał­bym jed­nak trochę wyż­szej jako­ści papieru, który się po prostu sypał i pozostawiał na moich pal­cach drobinki o fak­turze piasku. Rów­nież wszyst­kie fotografie są czar­nobiałe. Część z nich to oczywi­ście zdjęcia sprzed dziesiątek lat, ale nie­które są z tego wieku. W tej cenie można spo­tkać albumy pełne kolorowych zdjęć na błysz­czącym papierze.

Jest jesz­cze jedna rzecz, która mnie, nie­speł­nionego z powodu braku umiejęt­no­ści rysun­kowych architekta, nie­zwykle zirytowała. Pod jed­nym ze zdjęć autor blokowisko z czasów PRL nazywa zabudową „pudeł­kową”. Owszem, pan Adam­czew­ski użył cudzysłowu. Jed­nak osoba pisząca o m.in. gotyc­kich kościołach i zam­kach, barokowej Bursz­tynowej Kom­nacie powinna albo unikać takich sfor­mułowań, albo nazywać rzeczy po imieniu – modernizmem.

Te drobne potknięcia nie powinny jed­nak znie­kształ­cić ogól­nego odbioru książki, który uważam za jak naj­bar­dziej pozytywny. Liczba roz­działów wzbudzających zain­teresowanie (a jest to subiek­tywna opinia) zdecydowania prze­waża nad liczbą tych nud­nych. Pozycję mogę z czystym sumieniem polecić ludziom zain­teresowanym historią, można dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy, na inne spoj­rzeć z nie­znanej dotąd strony. Skarby w cieniu swastyki zain­teresują też ludzi naj­zwyczaj­niej ciekawych świata. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, tematów na ponad trzystu stronach jest poruszonych dużo więcej niż te, o których wspomniałem.

ocena4

Dobre

Leszek Adam­czew­ski
Skarby w cieniu swastyki
(szczegółowe infor­macje)


Przeszukaj stronę

Newsletter


Nasz NEWSLETTER, czyli wymarzone rozwiązanie dla wszystkich, którzy chcą być na bieżąco z najlepszymi książkami, a nie skarżą się przy tym na nadmiar wol­nego czasu. Raz w tygodniu na Twojego e-maila prześlemy informacje o nowo­ściach, recenzjach i konkursach. Żadnego spamu.









Losowy cytat


Jeśli książka się nie sprzedaje, to nie znaczy, że jest arcydziełem przerastającym czytelnika. To znaczy, że jest gówno warta.
Andrzej Sapkowski
 

Recenzje

Powrót do Stumilowego Lasu

4 września 2010 0

Czy zdarzyło Ci się kiedyś przy­pad­kiem – choćby pod­czas sprzątania – natknąć się za szafą na zapo­mnianego, wyświech­tanego misia, ukochaną zabawkę z dzieciń­stwa lub tą starą, zde­zelowaną lokomotywę, która wiozła cię przez tyle krain wyobraźni? Jakie to uczucie? Czyż nie przyjem­nie wsiąść w ten magiczny wehikuł czasu, zatopić się we wspo­mnieniach smakujących watą cukrową, łzami wywołanymi stłuczonym kolanem pod­czas pierw­szych jazd na rowerze? Takie odczucia towarzyszyły mi, gdy sięgnęłam po Powrót do Stumilowego Lasu. (Ocena 5/5)

Dziwnologia. Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych

3 września 2010 2

Dziw­nologia” Richarda Wisemana począt­kowo wydała mi się kolej­nym porad­nikiem typu – jak manipulować ludźmi. Takie przy­naj­mniej wrażenie odniosłam, gdy prze­czytałam blurb. Ha! Nic bar­dziej myl­nego. (Ocena 4/5)

Tajny agent Jaime Bunda

2 września 2010 0

Książka autora z Angoli o agen­cie taj­nej policji Jaime Bun­dzie została wydana nakładem nowej oficyny Claroscuro. Jeżeli wszyst­kie publikowane przez nie pozycje będą tak ciekawie napisane jak ta, to nic, tylko się cieszyć! (Ocena 4+/5)

Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego

1 września 2010 1

Książka pani patolog składa się ze wstępu, dwunastu roz­działów (swoistych odcin­ków) oraz epilogu – mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że kom­pozycja Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego przy­pomina miniserial. We wstępie Garavaglia wyjaśnia między innymi róż­nicę między patologiem a koronerem, infor­muje o „narzędziach” lekarza sądowego czy wresz­cie przy­bliża czytel­nikom pod­stawowe ter­miny związane z patologią sądową. (Ocena 3+/5))

Klucz do zaświatów

31 sierpnia 2010 0

Jeśli patrząc na nazwisko autora nie masz powszech­nego wrażenia „że gdzieś je już słyszałeś” – nie martw się, wszystko jest w porządku, a amnezja jesz­cze nie złapała Cię w swoje nie­widzialne ręce. Dan Poblocki z pomocą doborowej akuszerki – Naszej Księgarni – ukazuje światu swoje pier­worodne dziecko, Klucz do zaświatów. (Ocena 4/5)

Mechanizm serca

30 sierpnia 2010 0

Mechanizm serca” mnie zauroczył. Magiczną okładką, baśniowym opisem, nie­banal­nym pomysłem. Chęcią połączenia dwóch tak odległych sfer: uczuciowej (serce) i material­nej (zegar). Można powiedzieć: zostałam kupiona. Ale w miarę czytania okazywało się, że w samej tre­ści coś zgrzyta, skrzypi, chrzę­ści. (Ocena 3/5)

Gorzka czekolada

29 sierpnia 2010 1

Mówiąc szczerze, miałam pewne obawy co do tego, jak będzie wyglądać moja przy­goda z tą pozycją. Wąt­pliwo­ści te wynikały z tego, że w rekomen­dacji „Daily Mail” wyłowiłam szybko słowo „czytadło”. Dotych­czas wydawało mi się, że na tego typu powie­ści jestem uczulona do tego stop­nia, że nie będę w stanie przez Gorzką czekoladę prze­brnąć. A tu proszę! Zdziwienie! (Ocena 3/5)

Dzicy detektywi

27 sierpnia 2010 0

Zdarza się czasem, że czytając książkę, czujesz, jak­byś ślizgał się po powierzchni. Widzisz tylko wierz­chołek góry lodowej, ze strzępów słów próbujesz złożyć obraz, ale brakuje w nim szczegółów, zostaje tylko niejasne, ogólne wrażenie. Wiesz, że ten sam tekst prze­czytasz za rok, dziesięć, pięć­dziesiąt lat i za każ­dym razem odsłoni inne oblicze. Dopasuje się do twojej wiedzy, twoich prze­żyć i doświad­czeń. Po tym chyba poznaje się wiel­kie dzieła. (Ocena 4+/5)

Wszystkie boże dzieci tańczą

25 sierpnia 2010 0

Zbiór opowiadań Wszyst­kie boże dzieci tań­czą to kolejny z wielobarw­nych kwiat­ków, wyhodowany przez intrygującego Harukiego Murakamiego. Tym razem zostaliśmy uraczeni sze­ścioma historiami. Każda z nich jest zaskakująca i zdecydowanie różni się od pozostałych. (Ocena 4/5)

Zapiski z wielkiego kraju

24 sierpnia 2010 0

Jeśli chodzi o książkę Billa Brysona Zapiski z wiel­kiego kraju, to naczelne gazety Wiel­kiej Brytanii chwalą, chwalą i jesz­cze raz chwalą. W pełni zgadzam się z opinią brytyj­skich gazet, bowiem Zapiski… to literatura bar­dzo dobra; sar­kastyczna, ale przy tym inteligentna i skłaniająca do reflek­sji. (Ocena 5/5)

Czas na działkę

23 sierpnia 2010 1

Czy uprawianie ogródka dział­kowego może pomóc w osiągnięciu wewnętrz­nej rów­nowagi? Robin Shel­ton udowad­nia nam, że jest to moż­liwe. Razem ze swym przyjacielem Stevem prze­żywali kryzys, z którego wyciągnęła ich właśnie praca w ogrodzie. (Ocena 2/5)

Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin

22 sierpnia 2010 2

Chang Jung (zgod­nie ze zwyczajem, między innymi chiń­skim, nazwisko poprzedza imię) urodziła się w Yibin (Yibin znaj­duje się w prowin­cji Syczuan), w Chinach, w 1952 roku. Jej pierw­sze imię brzmi Erhong (znaczy tyle, co ‘drugi łabędź’, bowiem pierw­szym łabędziem była jej matka). W czasach wzmożonego kultu Mao (tuż przed Chiń­ską Rewolucją Kul­turalną), za namową Erhong, ojciec nadał jej imię Jung (Rong). Jung (Rong) to starochiń­skie słowo używane na „zmagania wojenne”, a wów­czas, u progu Rewolucji Kul­tural­nej, popularne było nadawanie imion związanych z walką i wojną.

Wielki bazar kolejowy

21 sierpnia 2010 1

Odkąd pamiętam, uwiel­białam podróżować pociągami. Lubiłam dworce, uczucie oczekiwania, tar­ganie ze sobą zapasów na drogę, ciekawe książki, które się czytało w trak­cie podróży, interesujące (lub nie) widoki za oknem, moż­liwość obser­wacji i ewen­tual­nej interak­cji z innymi podróż­nymi, nawet wagony restauracyjne.

Dopóki mamy twarze

20 sierpnia 2010 0

W pew­nym starożyt­nym bar­barzyń­skim królestwie rządzi poryw­czy król, którego bogowie nie obdarzyli synem. Ma nie­stety same córki — aż trzy. Jedna nie­rząd­nica, druga brzydka, a trzecia prze­piękna. Ta brzydka prak­tycz­nie wychowuje tę naj­pięk­niej­szą, ponie­waż matka zmarła przy porodzie. Siostry łączy nie­zwykła więź — kochają się bar­dzo, miło­ścią siostrzano-matczyną. Trudno nawet określić granice tego uczucia.

Złodzieje piasku

19 sierpnia 2010 0

Złodzieje piasku to historia porwania w Bag­dadzie w 2004 roku dzien­nikarza, słyn­nego korespon­denta wojen­nego – Daniela Lowen­steina. Jed­nak jest ona gęsto poprzetykana także wspo­mnieniami jego przyjaciół z kilku poprzed­nich wypraw w rejony naj­niebez­piecz­niej­szych działań wojen­nych: z Sarajewa, Gomy, Groznego. (Ocena 4/5)

Droga do raju

16 sierpnia 2010 1

Dokument ukazujący sur­realistyczną sytuację: kobieta, Żydówka, żona, matka, eks­pert do spraw ter­roryzmu, służąca armii Izrael­skiej. Naprzeciwko jej dwoje roz­mów­ców: mężczyzna-morderca, organizator ataków ter­rorystycz­nych, ich uczest­nik lub kobieta: złapana przed próbą dokonania samobój­czego zamachu czy rezygnująca z niego. Cel: dowiedzieć się, dlaczego Arabowie chcą zabijać (bo trzeba nazywać rzeczy po imieniu) cywilów izrael­skich, amerykań­skich – kogokol­wiek, kto zawadza. (Ocena 5/5)

Erynie

14 sierpnia 2010 0

Nie będzie prze­sadą, jeżeli napiszę, że była to jedna z naj­bar­dziej oczekiwanych książek tego roku. Nowy kryminał Krajew­skiego – hasło, na które żywo zareaguje każdy miłośnik tego gatunku. Erynie gosz­czą na pół­kach już od maja, od tego czasu pojawiło się o nich wiele sprzecz­nych opinii. Są i pochwały, i nagany. Czy Marek Krajew­ski – nazywany Mistrzem pol­skiego kryminału – sprostał grec­kim boginiom? (Ocena 4/5)

Podróż na koniec świata

13 sierpnia 2010 1

Podróż na koniec świata wień­czy czterotomowy cykl przy­gód rezolut­nego Joela. Wydawca na okładce umie­ścił infor­mację, jakoby lek­tura była adresowana do czytel­ników powyżej dwunastego roku życia; mnie jed­nak nie opusz­cza wrażenie, że domniemany tar­get wiekowy dla tej pozycji nie ist­nieje. (Ocena 3/5)

Złodziejka książek

12 sierpnia 2010 1

Publikacji dotykających tematyki II wojny światowej, holocaustu, a także samej śmierci powstało już tysiące. Dlatego Mar­kus Zusak dokonał rzeczy o ile nie nie­moż­liwej, to na pewno nie­zwykle trud­nej. Bo mistrzostwem jest pisanie na powtarzany wiele razy temat w nie­po­wtarzalny i zaskakujący spo­sób. (Ocena 5/5)

Dziewczyna w złotych majtkach

11 sierpnia 2010 0

Głów­nym bohaterem jest Luys Forest, pisarz, który namięt­nie oddaje się tworzeniu autobiografii. Nie­spodziewanie przy­bywa do niego Mariana, córka jego szwagierki, sprowadzając do domu tajem­nicze towarzystwo, nocne roz­mowy i dość luźne obyczaje… (Ocena: 4+/5)

Poradnik domowy kilera

7 sierpnia 2010 0

Znakomita książka Hal­l­grimura Hel­gasona, która nie pozwala się od siebie ode­rwać i ser­wuje por­cję roz­rywki w stylu Quen­tina Taran­tino, wspominanego zresztą na jej kar­tach. Błyskotliwie skon­struowana opowieść o zabójcy z wiel­kim sercem.

Nie kończąca się historia

3 sierpnia 2010 1

Mały chłopiec imieniem Bastian trafia do antykwariatu pana Korean­dera i zabiera stam­tąd książkę. Gruby, nie­śmiały, wyśmiewany przez kolegów i (jakby się zdawało) nie­kochany przez ojca chłop­czyk za jedyną swoją umiejęt­ność uważa wymyślanie historii. Uwiel­bia czytać, ponie­waż książki prze­noszą go w inny świat. W przy­padku tej opowie­ści prze­nosi się naprawdę. Ma jedyną w życiu szansę zrobić wszystko, czego tylko zapragnie. (Ocena: 5/5)

U2 The Name of Love

2 sierpnia 2010 1

Przed napisaniem recen­zji próbowałem policzyć wydawane na całym świecie książki poświęcone U2. Straciłem rachubę przy sześć­dziesiątej pozycji. Taka liczba nie powinna nikogo dziwić. W moje ręce wpadła ostat­nio naj­now­sza z nich. Panie i Panowie: Andrea Morandi, U2 The Name Of Love.

Szkoła dobrych manier profesora Michała Iwaszkiewicza

31 lipca 2010 3

Prof. dr hab. Michał Iwasz­kiewicz, autor Porad­nika dobrych obyczajów wydanego w 2006 roku, ponow­nie dzieli się z nami swoją wiedzą dotyczącą protokołu dyplomatycz­nego, „dobrych obyczajów” i szeroko pojętej kul­tury osobistej. Rów­nie obiecujący jest wstęp prof. zw. dr hab. Jana San­domier­skiego, który chwali nie­wąt­pliwe zalety pozycji. Czy jed­nak tego typu publikacja jest rzeczywi­ście potrzebna? (Ocena 3/5)

Wagon Rosja

28 lipca 2010 0

Chociaż Natalii Kluczariowej nie można nazwać pisarką oryginalną, kiedy znamy pol­skie prze­kłady między innymi powie­ści Zachara Prilepina czy opowiadań Iriny Dienież­kinej, bo tupanie młodej Rosji usłyszeć można było w „Sań­kji” czy „Daj mi”, jest jed­nak „Wagon Rosja” książką ważną i przejmującą.

Kobieta do zadań specjalnych

26 lipca 2010 0

Kobieta do zadań specjal­nych, czyli szalona Zu (Zuzanna Rosz­kow­ska), bohaterka powie­ści Słomiana wdowa wydanej przez Iwonę Czar­kow­ską w zeszłym roku, ponow­nie wkracza do akcji. Rów­nież tym razem nie zabrak­nie jej nie­kon­wen­cjonal­nych pomysłów, buj­nej wyobraźni oraz… pecha. (Ocena 3+/5)

Rozkoszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycznych

25 lipca 2010 0

Roz­koszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycz­nych to … właśnie. Długo myślałam, jak dokoń­czyć to zdanie i chyba nie jestem w stanie określić, czym jest ta antologia. Zbiorem opowiadań erotycz­nych, ale… Po tytule oczekiwałam czegoś więcej, że będę czytała tę książkę z wypiekami na twarzy, a jeśli nie, to chociaż z żywym zain­teresowaniem. (Ocena 2/5)

Zapasy z życiem

24 lipca 2010 0

Eric-Emmanuel Schmitt pracuje pełną parą. Wiosną tego roku wydaw­nic­two „Znak” wypu­ściło powieść Ulis­ses z Bag­dadu, a już w lecie możemy zakupić Zapasy z życiem. Czy autor kul­towego Oskara i pani Róży nie nazbyt się spieszy? Czy kolejny pisarz znów uraczy nas zasadą – ilość, a nie jakość? Nie­stety, odpowiedź jest twier­dząca. (Ocena 3+/5)

Skarby w cieniu swastyki

23 lipca 2010 1

O w mordę, bursz­tynowa kom­nata! Ale suuupeeer! Tak mniej więcej wyglądała moja wczesnogim­nazjalna reak­cja na książkę, której recen­zję właśnie czytacie. Pozycja nazywa się Skarby w cieniu swastyki, a ten zło­wrogi tytuł nadał jej oczywi­ście autor, którym jest Leszek Adam­czew­ski. (Ocena 4/5)

Ostrze

22 lipca 2010 0

Czym jest Ostrze? Kryminałem? Ale mor­dercę poznajemy znacz­nie wcześniej niż na końcu. Powie­ścią historyczną? Nie jesteśmy w stanie określić precyzyj­nie ani czasu, ani miej­sca, o realizmie postaci nie wspominając. To może fan­tastyką, bo prze­cież pojawia się motyw pak­towania z szatanem i korzystania z jego mocy? Kolejny strzał w poprzeczkę. (Ocena 4+/5)

Moje pierwsze samobójstwo

21 lipca 2010 1

Przy­padek Jerzego Pil­cha pokazuje, jak ambiwalentną war­tość ma ustalony spo­sób pisania. Barokowość stylu, nawiązywanie do ustalonych motywów – to wszystko sprawiło, że jego pisar­stwo zyskało z biegiem lat ustaloną renomę. Pilch w swej twór­czo­ści nie jest ambiwalentny. Albo się podoba, albo nie.

Doktor Karolina

20 lipca 2010 1

Młoda, ambitna, ze świeżo obronionym dyplomem magistra weterynarii – cała dok­tor Karolina. Wyruszyła na siel­ską i aniel­ską wieś do dziadka – emerytowanego leśniczego. Pech chciał, że zepsuł się jej samo­chód, taka drob­nostka, ale nie dla praw­dziwej kobiety! Albowiem – jak na praw­dziwą kobietę przy­stało – bohaterka uważa, że poradzi sobie sama i tym samym odrzuca pomoc przy­stoj­nego bruneta… z którym będzie jej dane spo­tkać się jesz­cze nie jeden raz. (Ocena 4+/5)

Wiersze dla dzieci

19 lipca 2010 1

Twór­czość Kon­stan­tego Ildefonsa Gał­czyń­skiego zawsze zaskakuje swoją absur­dalną fan­tazją, dlatego bar­dzo dobrze wpasowuje się w nurt literatury dziecięcej. Z owej magicz­nej skarb­nicy skorzystało wydaw­nic­two „Zysk i Spółka”, wypusz­czając piękne wydanie wier­szy znanego poety. (Ocena 4+/5)

Prawo, nie zemsta. Wspomnienia

17 lipca 2010 0

Nie­zwykłe wspo­mnienia człowieka zwanego „łowcą nazistów”, zawarte w ponad czterystustronicowej książce. Człowieka, który ocalał z Holokaustu, stracił przy tym ponad osiem­dziesięciu człon­ków rodziny. Na świecie pozostał tylko on i żona odnaleziona po wielu latach.

D-Day. Bitwa o Normandię

16 lipca 2010 1

D-Day – jeden z prze­łomowych momen­tów II wojny światowej, bez­preceden­sowa w swojej skali operacja, która zmieniła prze­bieg walk w Europie. Wydarzenie to stało się tematem fil­mów, gier kom­puterowych, także oczywi­ście książek – w tym sześć­set­stronicowej cegiełki Antony’ego Beevora: D-Day. Bitwa o Nor­man­dię. (Ocena 5/5)

Najnowsze komentarze

  • Szczery: Taaa... Lubisz to! :P Facebookowy konkurs, a fe xP No nic, tym razem widać nie wezmę udziału :)...
  • kalio: Pablo - no właśnie wszystko zależy:) Z tym szczerym uśmiechem to właśnie chodzi o oczy, ale nie będę udawała, że już wszystko wiem - odsyłam do książ...
  • pablo: Mnie namówiłaś! Kurcze, to teraz już nie wiem na co patrzeć jak mi będzie ktoś ściemniał... a uśmiech szczery to ten od którego robią się zmarszczki w...
  • freya: BOOK Z WAMI I Z OMNIO TWOIM :)...
  • allla: Oczywiście "Paragraf 22"! To książka, którą przeczytałam już kilkakrotnie. Sięgam po nią zawsze kiedy mam ochotę poprawić sobie humor, kiedy mam ochot...