Główna » historia » Artykuły i newsy

Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin

.

Chang Jung (zgod­nie ze zwyczajem, między innymi chiń­skim, nazwisko poprzedza imię) urodziła się w Yibin (Yibin znaj­duje się w prowin­cji Syczuan), w Chinach, w 1952 roku. Jej pierw­sze imię brzmi Erhong (znaczy tyle, co ’drugi łabędź’, bowiem pierw­szym łabędziem była jej matka). W czasach wzmożonego kultu Mao (tuż przed Chiń­ską Rewolucją Kul­turalną), za namową Erhong, ojciec nadał jej imię Jung (Rong). Jung (Rong) to starochiń­skie słowo używane na „zmagania wojenne”, a wów­czas, u progu Rewolucji Kul­tural­nej, popularne było nadawanie imion związanych z walką i wojną.

Od 1978 roku, czyli gdy wyjechała na stypen­dium, Chang Jung nie mieszka w Chinach. Jej dom znaj­duje się w Wiel­kiej Brytanii, a dokład­nie w Lon­dynie. Wraz z mężem, Joh­nem Hal­lidayem (historykiem), napisała w 2005 roku kon­tro­wer­syjną biografię Mao Zedonga (Mao Tse-tunga) pod tytułem… Mao (w języku angiel­skim znaj­duje się też pod­tytuł: The Unk­nown Story). Chang Jung to pierw­sza Chinka, która uzyskała stopień dok­tora na brytyj­skiej uczelni. Co istotne, Chang zaliczana jest do brytyj­skich pisarzy, nie chiń­skich (analogicz­nie jak choćby Dai Sijie, który, mimo iż urodził się i wychował w Chinach, jest pisarzem francuskim).

Nie ma naj­mniej­szego sensu roz­pisywanie się szerzej ani na temat biografii Chang Jung, ani na temat fabuły Dzikich łabędzi: trzech cór Chin, bowiem zarówno dzieciń­stwo i młodość Chang Jung, jak i war­stwa fabularna jej naj­słyn­niej­szej książki, są nie­ro­ze­rwal­nie związane. Dzikie łabędzie: trzy córy Chin, jak już nas infor­muje pod­tytuł utworu, poświęcone są w grun­cie rzeczy trzem kobietom: babci, matce i córce. War­stwa fabularna książki roz­poczyna się wraz z narodzinami babci w 1909 roku. Jesteśmy świad­kami trud­nych wyborów, dramatycz­nych decyzji zarówno pojedyn­czych ludzi (głów­nie rodziny Chang Jung), jak i wyborów o zasięgu ogól­nopań­stwowym. Poznajemy walkę o władzę Chiń­skiej Par­tii Narodowej (Koumin­tang) z Komunistyczną Par­tią Chin. Widzimy Chiny pod jarz­mem Mao Zedonga (Mao Tse-tunga). Głód, zbrojenia, nie­koń­czące się czystki, przy­musowa reedukacja w czasie Chiń­skiej Rewolucji Kul­tural­nej, a póź­niej zdumiewające otwar­cie się Chin na Zachód. Nie­zapisanym i nienapisanym koń­cem będzie śmierć Chang Jung, czyli trzeciej z cór Chin. Książka koń­czy się wspo­mnieniem masakry, która miała miej­sce placu Tian’anmen (Plac Nie­biań­skiego Spo­koju) w 1989 roku.

Powstałe w 1992 roku Dzikie łabędzie: trzy córy Chin trudno przy­porząd­kować do jed­nego gatunku. Książka nosi znamiona pamięt­nika – Chang Jung po latach spisuje to, co sama pamięta, oraz to, co opowiadała jej matka w kilka lat po wyjeź­dzie Chang Jung z Chin. Po czę­ści Dzikie łabędzie: trzy córy Chin są biografią, jako że uzupeł­niają i dopeł­niają je infor­macje o życiu babci i matki – zupeł­nie jakby Chang Jung próbowała znaleźć swoje miej­sce w chiń­skiej (nie)rzeczywistości, wpisując swoje losy i dzieje swojej rodziny w nurt prze­mian zachodzących w chiń­skim spo­łeczeń­stwie. Losy babci (babci ze skrępowanymi stopami), jed­nej z kon­kubin generała, skon­fron­towane zostają z wyzwoloną matką, która zisz­czenia utopij­nego spo­łeczeń­stwa wol­no­ści, rów­no­ści i sprawiedliwo­ści szukała w komunizmie. Zwień­czeniem stają się wybory życiowe tytułowej trzeciej córy Chin – Chang Jung (Dzikie łabędzie tym samym ocierają się o autobiografię). Wresz­cie jest to książka wspo­mnieniowa, książka-podróż w krainę dzieciń­stwa i wczesnej młodo­ści, ale i podróż do Chin, które przez XX stulecie zmieniły się nie do poznania. Innymi słowy, gwał­towne i burz­liwe dzieje dwudziestowiecz­nych Chin są nie­ro­ze­rwal­nie związane z war­stwą autobiograficzną i biograficzną utworu Chang Jung. Trudno wyznaczyć linię demar­kacyjną. Wszel­kie granice są sub­telne, płynne.

Do dziś na świecie roze­szło się ponad 9 mln egzem­plarzy „Dzikich łabędzi”

Przej­mująca i wstrząsająca historia dwudziestowiecz­nych Chin zaprezen­towana została przez Chang Jung poprzez opisy życia, ideałów, myśli i priorytetów babci, matki, a na końcu jej samej. Oglądamy Chiny oczami kobiet, chociaż nie brak i punktu widzenia komunisty-idealisty, czyli ojca Chang Jung. Jak­kol­wiek można zaryzykować twier­dzenie, że Chang Jung w kilku miej­scach swojej opowie­ści jest mało wiarygodna. Dzikie łabędzie: trzy córy Chin nie należą do książek historycz­nych, prędzej quasi-historycznych, toteż nie należy bez­granicz­nie wierzyć w każde słowo autorki. Jak każdy, kto musi zmierzyć się z własną prze­szło­ścią i z prze­szło­ścią rodziców, Chang Jung nie unika fał­szywych tonów, minimal­nie wyczuwanych wahań i nie­kon­sekwen­cji. Tworzy wielopiętrową nar­rację – pisze o tym, co sama pamięta, ale pisze z dwóch per­spek­tyw: siebie w dzieciń­stwie i wczesnej młodo­ści oraz siebie w wiele lat po wyjeź­dzie z Chin. Dodat­kowo swoje wspo­mnienia uzupeł­nia tym, co opowiedziała jej matka. Matka zaś opowiadała jej z co naj­mniej trzech per­spek­tywy: siebie jako młodej dziew­czyny i siebie jako doj­rzałej kobiety. Trzecią per­spek­tywą stają się frag­menty wspo­mnień babci Chang Jung.

Autorka zupeł­nie nie­słusz­nie próbuje porów­nać chiń­ską nie­rzeczywistość komunizmu do rosyj­skiej. Cokol­wiek by nie powiedzieć, komunizm w Rosji i komunizm w Chinach przy­bierał nieco inne formy, ale zawsze doprowadzał do jed­nego – upadku, znisz­czenia, degeneracji, zruj­nowania tyleż pań­stwa jako pew­nego tworu, ile ludzi – zarówno pojedyn­czego człowieka, jak i spo­łeczeń­stwa jako wspól­noty (kul­turowej). Mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że więk­sze spustoszenie komunizm uczynił w Rosji. Nie­mniej jed­nak Dzikie łabędzie: trzy córy Chin to interesująca próba pod­jęcia ogrom­nego i nie­zwykle waż­kiego tematu: skut­ków (wła­ściwie wypaczeń, obłędu i absurdu), jakie nie­sie za sobą dominacja jed­nego wiel­kiego sys­temu ideologicz­nego. Zarówno komunizm, jak i namiastka kapitalizmu wprowadzanego przez Koumin­tang przynoszą klęskę spo­łeczeń­stwa. Nie ma „złotego środka”, nie ma „mniej­szego zła”.

Dzikie łabędzie: trzy córy Chin to bar­dzo dobra książka, pod warun­kiem, że czytel­nik będzie pamiętał o wła­ściwych dla każ­dego pisarza (i każ­dego wspominającego, który pragnie póź­niej wydać w for­mie książki swoje „podróże” w prze­szłość, swoje pamięt­niki) skrótach, uprosz­czeniach czy drob­nych korek­tach własnej prze­szło­ści oraz myśli, wrażeń, odczuć. Niby nic nowego – wszak odkąd człowiek spisuje dzien­niki i pamięt­niki, pojawia się autokreacja, widoczna jest mniej­sza bądź więk­sza mitomania, to jed­nak przy książ­kach tak sil­nie zanurzonych w historii jak Dzikie łabędzie: trzy cór Chin bar­dzo łatwo o tym zapomnieć.

Jung Chang
Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin
(szczegółowe infor­macje)

Skarby w cieniu swastyki

O w mordę, bursz­tynowa kom­nata! Ale suuupeeer! Tak mniej więcej wyglądała moja wczesnogim­nazjalna reak­cja na książkę, której recen­zję właśnie czytacie. Pozycja nazywa się Skarby w cieniu swastyki, a ten zło­wrogi tytuł nadał jej oczywi­ście autor, którym jest Leszek Adamczewski.

Siadając do lek­tury, chciałem jak naj­szyb­ciej poznać historię tej ociekającej złotem – wróć, bursz­tynem – sali. Autor jed­nak zaskoczył mnie, nie­przygotowanego czytel­nika, z Bożej łaski recen­zenta, pana na bielań­skich lasach. Tom nie sprowadza się do opisu wojen­nych dziejów Bursz­tynowej Kom­naty (i dobrze, praw­dopodob­nie nie wytrzymał­bym trzystu stron na jeden temat). II wojna światowa jako wielowąt­kowa opowieść kryje w sobie epizod iście piracki – bo jak ina­czej nazwać eskapady radziec­kich soł­datów brygad trofiej­nych w poszukiwaniu bogac­twa wcześniej skradzionego przez żołnierzy nie­miec­kich na cześć i chwałę nie­po­konanej (w ich mniemaniu) III Rzeszy?

Ale upo­rząd­kujmy może w końcu tę recen­zję – Skarby w cieniu swastyki to książka w stylu fil­mów dokumen­tal­nych rodem z Discovery Chan­nel. Co warte zwrócenia uwagi, potrafi dostar­czyć tylu wrażeń, ile oglądanie własnymi oczami barw­nych telewizyj­nych obrazów.

Tekst jest podzielony na roz­działy tematyczne – w jed­nym poznamy historię wspominanej już przeze mnie Bursz­tynowej Kom­naty, w innym losy cen­nych malowideł Jana Matejki – Hołdu Pruskiego czy Bitwy pod Grun­wal­dem. Przy­znaj się, szanowny czytel­niku, czy kiedykol­wiek pod­czas zgłębiania taj­ników II wojny światowej w szkole  pomyślałeś, że Niemcy pragną odnaleźć i znisz­czyć te dzieła sztuki? Mieli swoje powody, prze­cież obrazy te przed­stawiają haniebną część prze­szło­ści Nie­miec z punktu widzenia nazistow­skiego pań­stwa. Dowiemy się o tym pod­czas lek­tury. Ta i wiele innych historii utrzymane są w cał­kiem straw­nym tonie. Autor uzyskuje ten efekt, gdyż wyważa suche fakty ciekawymi anegdotami.

W drugiej połowie kwiet­nia 1946 roku Ołtarz Mariacki, ale także inne skarby kul­tury, w tym zrabowane w krakow­skim Muzeum Czar­toryskich obrazy, z Damą z gronostajem Leonarda da Vinci na czele, siedem obrazów Hansa von Kulm­bacha z krakow­skiego kościoła Mariac­kiego i słynny obraz Kmity z Wawelu załadowano do 26 wagonów kolejowych. […] Eskortę woj­skową tworzyło dwunastu uzbrojonych żołnierzy amerykań­skich i trzech oficerów pod dowódz­twem kapitana Everetta Lesleya z MFAA. […]

Gdy wjechał on [pociąg – przyp. autor] na odświęt­nie udekorowany peron dworca Kraków Główny, wśród witających zabrakło prezydenta Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta, chociaż obiecał, że będzie obecny. Była za to kom­pania honorowa Woj­ska Pol­skiego, przy­szli przed­stawiciele Urzędu Wojewódz­kiego i lokalni urzęd­nicy samorządowi, duchowień­stwo i tłum krakowian wznoszących okrzyki na cześć… armii amerykańskiej. […]

5 maja w kościele Mariac­kim odbyła się oficjalna ceremonia zwrotu ołtarza Wita Stwosza, po której zaplanowano ban­kiet. Alkohol lał się strumieniami. Amerykanom rychło «urwał się film» i wiel­kie było ich zdziwienie, gdy nazajutrz zobaczyli pol­skich milicjan­tów i żołnierzy. Okazało się, że w nocy, po ban­kiecie, wybuchła strzelanina. Szeregowiec Cur­tis Bugley […] zastrzelił dwóch milicjan­tów – usłyszeli Amerykanie.”

Końca tej historyjki oczywi­ście nie wyjawię – zapraszam po nią do książki. Jak i po wiele innych.

Tekst jest napisany cał­kiem zgrab­nie, choć bez fajer­wer­ków. Nie poetyc­kich zabiegów jed­nak oczekujemy w tego typu publikacji, a klarow­no­ści opisów i logicz­nego wywodu. Lek­tura prze­biega przyjemnie.

Oczywi­ście, nie ma rzeczy doskonałych. Tak i tym razem pojawia się kilka wad. Autor, pomimo wielu aneg­dot, które tekst rów­noważą, momen­tami nie­stety prze­sadza z sucho­ścią opisu i zwyczaj­nie przynudza. Roz­działy o pol­skich obrazach czy ołtarzu Wita Stwosza są bar­dzo ciekawe, ale roz­dział o płoc­kich średniowiecz­nych rękopisach zwyczaj­nie mnie męczył. Napisałem, że książka ma charak­ter dokumentu telewizyj­nego, w związku z czym jest zdecydowanie popularno-naukowa. Nad­miar suchych fak­tów, nieod­powied­nich w tej kon­wen­cji, może przy­tłaczać. Chwilami Leszek Adam­czew­ski otwiera też rów­nocześnie zbyt dużo wąt­ków odnośnie jed­nej sprawy – można się zgubić w ciągu wydarzeń.

Kolejną wadą jest wydanie Skar­bów w cieniu swastyki. Zdaję sobie sprawę z tego, że książka nie jest towarem tanim (zanim umrę, zapewne stanie się towarem luk­susowym, jak wiele wieków temu). Za trzydzie­ści złotych bez dziesięciu groszy oczekiwał­bym jed­nak trochę wyż­szej jako­ści papieru, który się po prostu sypał i pozostawiał na moich pal­cach drobinki o fak­turze piasku. Rów­nież wszyst­kie fotografie są czar­nobiałe. Część z nich to oczywi­ście zdjęcia sprzed dziesiątek lat, ale nie­które są z tego wieku. W tej cenie można spo­tkać albumy pełne kolorowych zdjęć na błysz­czącym papierze.

Jest jesz­cze jedna rzecz, która mnie, nie­speł­nionego z powodu braku umiejęt­no­ści rysun­kowych architekta, nie­zwykle zirytowała. Pod jed­nym ze zdjęć autor blokowisko z czasów PRL nazywa zabudową „pudeł­kową”. Owszem, pan Adam­czew­ski użył cudzysłowu. Jed­nak osoba pisząca o m.in. gotyc­kich kościołach i zam­kach, barokowej Bursz­tynowej Kom­nacie powinna albo unikać takich sfor­mułowań, albo nazywać rzeczy po imieniu – modernizmem.

Te drobne potknięcia nie powinny jed­nak znie­kształ­cić ogól­nego odbioru książki, który uważam za jak naj­bar­dziej pozytywny. Liczba roz­działów wzbudzających zain­teresowanie (a jest to subiek­tywna opinia) zdecydowania prze­waża nad liczbą tych nud­nych. Pozycję mogę z czystym sumieniem polecić ludziom zain­teresowanym historią, można dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy, na inne spoj­rzeć z nie­znanej dotąd strony. Skarby w cieniu swastyki zain­teresują też ludzi naj­zwyczaj­niej ciekawych świata. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, tematów na ponad trzystu stronach jest poruszonych dużo więcej niż te, o których wspomniałem.

ocena4

Dobre

Leszek Adam­czew­ski
Skarby w cieniu swastyki
(szczegółowe infor­macje)


Prawo, nie zemsta. Wspomnienia

Nie­zwykłe wspo­mnienia człowieka zwanego „łowcą nazistów”, zawarte w ponad czterystustronicowej książce. Człowieka, który ocalał z Holokaustu, stracił przy tym ponad osiem­dziesięciu człon­ków rodziny. Na świecie pozostał tylko on i żona odnaleziona po wielu latach.

Wiesen­thal prze­żył getto, obozy kon­cen­tracyjne i trzykrotne stawanie przed plutonem egzekucyj­nym. Po woj­nie odnalazł jeden cel życia. Pod­czas spo­tkania z jed­nym z pol­skich pisarzy obozowych, został przez niego spo­licz­kowany tylko za to, że jest Żydem. Nic nie było dla niego bar­dziej upo­karzającego.. Nie­spodziewanie pisarz został ukarany przez puł­kow­nika. Wiesen­thal wspomina to tak:

Nie wiedząc o tym, przy­czynił się decydująco do odnalezienia przeze mnie sensu życia – przy­wracania sprawiedliwo­ści przez postawienie przed sądem tych, którzy ponie­wierali, tor­turowali i mor­dowali moich kolegów w get­tach i obozach koncentracyjnych.”

Słowa zamienił w czyn, doprowadzając do schwytania ponad tysiąca nazistów, ukrywających się na całym świecie, m.in. Adolfa Eich­manna (ponoszącego odpowiedzial­ność za eks­ter­minację europej­skich Żydów) czy Franza Stran­gla (komen­danta obozu w Treblince). Także dzięki jego działal­no­ści zlikwidowano tajną organizację o nazwie ODESSA, która zaj­mowała się prze­rzutem byłych nazistów do Ameryki Połu­dniowej. Gdyby  opisać Prawo, nie zemstę jed­nym wyrazem, byłoby to misja:

Każdy z nas, który prze­żył, był świad­kiem i jego obowiąz­kiem było złożenie zeznania. Był to zwłasz­cza obowiązek każ­dego ocalonego Żyda. Świadomość, że się prze­żyło, pod­czas, gdy tylu bar­dziej utalen­towanych, mądrzej­szych, lep­szych umarło, zdawała się chwilami urągać sprawiedliwo­ści. Warun­kiem powrotu do rów­nowagi było dla mnie oddanie sprawiedliwo­ści zmarłym.”

Wyrazem oddania sprawiedliwo­ści zmar­łym było odnalezienie i ukaranie zbrod­niarzy. Wiesen­thal odsłania przed czytel­nikiem kulisy śledztw oraz naj­bar­dziej spek­takularne akcje ich schwytania. Opisuje procesy sądowe oraz zmagania z władzami róż­nych państw, w tym austriac­kimi i argen­tyń­skimi, które po woj­nie chroniły wielu nazistow­skich zbrod­niarzy. Parasol ochronny nad mor­der­cami trzymały też Niemcy, gdzie nadal ważne funk­cje w instytucjach pań­stwowych sprawowali byli naziści.

Autor zwraca szczególną uwagę na syl­wetki SS-manów, którzy prywat­nie byli kochającymi ojcami i mężami, a w „pracy” bestial­skimi potworami. Nie­którym znęcanie się nad wychudzonymi Żydami sprawowało przyjem­ność, inni „wykonywali swoją pracę”, co było stałym wytłumaczeniem pod­czas procesów sądowych.

Nie można zapo­mnieć o tym, że przed­stawiciele nie­których zawodów zachowywali się nie tak, jak one tego wymagały. Dużą grupę wśród nazistów zaj­mowali sędziowie, praw­nicy, lekarze i pielęgniarki. Nie­kiedy to właśnie te ostat­nie zostawały skazywane za podawanie trucizn  Żydom, a lekarze zostawali uniewin­niani, bo oni tylko wydawali roz­kazy. Autor nie mógł pogodzić się z tym, że „ludobójcy po prostu żyją sobie dalej, starzeją się, a w końcu zasypiają na wieki”.

Wiesen­thal wspomina rów­nież o innych narodowo­ściach tępionych przez nazistów, takich jak Cyganie czy Polacy. Nie zapomina też, jak Polacy i Niemcy udzielali pomocy Żydom, ale byli też tacy, co na nich donosili. Dlatego autor  stara się nie używać uogól­nień. Nie mogę wyjść z podziwu nad ogrom­nym upo­rem, wielką cier­pliwo­ścią, dokład­no­ścią i precyzją w szukaniu tych, którzy powinni ponieść zasłużoną karę:

Jeśli pod­czas wojny pragnęliśmy śmierci naszych prze­śladow­ców, to po jej zakoń­czeniu odczuwamy potrzebę odnalezienia ich żywych. Zanim będą mogli umrzeć, powinni być pod­dani sprawiedliwej karze.”

Szymon Wiesen­tahl wypowiada się tez na temat innych dyk­tatur, a pod­łożem do całej jego wypowiedzi jest historia. Książka zawiera tyle fak­tów historycz­nych, dat i nazwisk, których ogar­nięcie wydaje się nie­moż­liwe. Jak jeden człowiek może pamiętać tyle wydarzeń i osób z nimi związanych? Nie wiem, co na mnie wydało więk­sze wrażenie: ten ogromny upór w dążeniu do celu czy szeroka wiedza na wszel­kie tematy.

Jedno jest pewne –  to trudna lek­tura. Wymaga wiele cier­pliwo­ści i przerw w czytaniu, żeby prze­myśleć podaną treść, prze­żyć ją w godny spo­sób i  jakoś ją… znieść? Bo zaak­cep­tować tego, co się działo w obozach kon­cen­tracyj­nych i w get­tach, po prostu się nie da.. Nie wiem, jak cokol­wiek opisać, by nie zmniej­szyć wymiaru i wymowy tej książki. Nie mam prawa oceniać czyichś prze­żyć i dokonań.

Polecam do prze­czytania dla siebie z kilku powodów. By zwięk­szyć swoją wiedzę historyczną, która w dzisiej­szych czasach po nauce historii w szkole jest bar­dzo uboga. Ku prze­strodze, żeby wiedzieć, co człowiek może zrobić drugiemu, kiedy sam siebie uważa za lep­szego. Minęło ponad 60 lat od zakoń­czenia wojny. Naoczni świad­kowie odchodzą z tego świata, a my – młodzi nie możemy zapo­mnieć o tych wydarzeniach. Musimy swoją wiedzę prze­kazać potom­nym, bo nikt tego za nas nie zrobi.

Takie jest jedno z prze­słań tej książki. Idąc za tokiem rozumowania autora:

My, ofiary, musimy się usprawiedliwiać, że nie możemy zapomnieć.”

Nie­zwykłe wspo­mnienia godne zapamiętania

Szymon Wiesen­thal
Prawo, nie zemsta. Wspo­mnienia
(szczegółowe infor­macje)



Grunwald 1410. Bitwa, która przeszła do legendy

Sięgając po książkę Grun­wald 1410. Bitwa, która prze­szła do legendy Witolda Mikołaj­czaka należy zadać sobie pytania: na ile interesuję się historią? Czego szukam w kon­tak­tach z tą dziedziną? Jeżeli lubisz ciekawostki…  nie­wiele ich tu znaj­dziesz. Jeżeli nie jesteś fanem prze­szło­ści, to po prze­czytaniu tej pozycji nie staniesz się nim. Nie znaczy to jed­nak, że  jest ona nieudana.

Grun­wald 1410. Bitwa, która prze­szła do legendy jest skierowana do ludzi zakochanych w historii, których nie prze­raża nagromadzenie dat, nazwisk, fak­tów. Oczywi­ście wszystko to trudno zapamiętać, a pod­czas lek­tury nie­raz trzeba wrócić do poprzed­nich akapitów – łatwo się zgubić. Czytanie tej książki wymaga kon­cen­tracji i kon­troli myśli, ale prze­cież to nie wyzwanie dla kogoś, kto jest głodny wiedzy.

Język tomu bywa dość monotonny, daleko mu do pod­ręcz­nika skierowanego do młod­szych odbior­ców. Suchość języka, fak­tów, odwołania do literatury historycz­nej zdecydowanie zawężają krąg zain­teresowanych. Nie będzie to książka popularna, nie zrobi kariery wśród mas, ale naj­wyraź­niej nie taki jest jej cel. Odbiorca tek­stu będzie należał do pew­nej elity intelek­tual­nej, która nie boi się używać mózgu.

Pomimo tytułu, książka nie odnosi się do samej bitwy, nie ogranicza się nawet do roku 1410. Mamy tu roz­piętość czasową – od pradaw­nych dziejów Men­doga (powstanie Litwy), aż do wojen w latach 1462–1466. Dodat­kowo występuje tu roz­dział o kształ­towaniu się legendy grun­waldz­kiej na prze­strzeni wieków. Dzięki temu łatwiej jest nam zro­zumieć genezę wiel­kiej wojny z zakonem, a także jej skutki. Grun­wald 1410 dzieli się na trzy więk­sze czę­ści, które z kolei podzielono na pod­roz­działy. Pierw­sza część trak­tuje o powstaniu i roz­woju pań­stwa krzyżac­kiego, druga o Wiel­kim Księstwie Litew­skim, trzecia, naj­ob­szer­niej­sza, poświęcona jest  bez­pośred­nio wiel­kiej woj­nie z Zakonem.

Witold Mikołaj­czak stworzył książkę przej­rzystą w układzie, nasyconą wielo­ścią nazwisk, dat i fak­tów. Jed­nak suchość fak­tograficzna odziera historię z czaru, jaki roz­tacza wyobrażenie o niej. Nie jest to pozycja, która pozwoli nam wejść myślą, wyobraź­nią w epokę, dostar­czy za to rzetel­nej wiedzy. Dlatego należy zadać sobie pytanie: czy właśnie to mi odpowiada?

ocena3.5

Fakty, nazwiska, daty

Witold Mikołaj­czak
Grun­wald 1410. Bitwa, która prze­szła do legendy
(szczegółowe infor­macje)


Święta nić hinduizmu

Święta nić hin­duizmu: Hin­duizm w całej jego ciągło­ści i róż­norod­no­ści. Autor przed­stawia w książce dzieje tej z  reguły obcej i nie­znanej nam religii. Brocing­ton stara się przy­bliżyć nam jej historię od momentu powstania do dziś. Dowiadujemy się czym jest hin­duizm, jakie znaczenie ma dla nich wegetarianizm, oraz dlaczego krowa jest przed­miotem kultu. Przy­woływane i opisywane są święte księgi, bogowie, „prorocy” i naj­waż­niej­sze doktryny.

Pod­czas lek­tury widzimy jak trudno jest sprecyzować i jasno przed­stawić reguły i zasady rządzące hin­duizmem, który dla każ­dej kasty wydaję się być cał­kowicie odmienny.

Religię tę cechuje tak nie­wiarygodna roz­maitość wyrazu, iż sugerowano, nie bez powodu, że nie spo­sób scharak­teryzować jej jako religii w znaczeniu zwykłym — nie stanowi bowiem jed­nolitego pojęcia ani monolitycz­nej struk­tury, ale jest ona raczej cało­kształ­tem indyj­skiego spo­sobu życia”.

Nie­mniej ma ona jedną znaczącą wadę. W pew­nym momen­cie czytel­nik, który podob­nie jak ja zasiadał do lek­tury jako laik w kwestiach poruszanych przez autora, może się naj­zwyczaj­niej zgubić w natłoku infor­macji. Ogromna ilość fachowych pojęć i określeń doprowadza do tego, że aby zro­zumieć czytany tekst należy go prze­czytać kilkakrotnie.

Mimo to polecam tę książkę wszyst­kim spragnionym wiedzy na temat hin­duizmu. Święta nić z pew­no­ścią dostar­czy wielu ciekawych infor­macji – oto kilka przykładów:

“Kult krowy ma związek z dok­tryną nie­czynienia gwałtu, nie­wąt­pliwie jed­nak wynika bar­dziej z ekonomicz­nego znaczenia krowy we wczesnym okresie jako źródło mleka i produk­tów pochod­nych, co czyniło z uboju zwierząt rzecz niepożądaną’

“Starożytni Irań­czycy używali krowiej uryny jako środka oczyszczającego […]”

Zachęcająca jest rów­nież szata graficzna ksiązki, kolorowa okałdka, która szybko wpada w oko, oraz pożół­kły papier, który mnie osobi­ście bar­dzo pozytyw­nie nastraja do lektury.

ocena3.5

Warto poznać hin­duizm

J.L. Broc­king­ton
Święta nic hin­duizmu.
(szczegółowe infor­macje)


Piękna bestia

Irma Grese nie tylko była nie­skazitel­nie ubrana w robiące wrażenie, doskonale skrojone mun­dury SS, ale nosiła też błysz­czący srebrny pistolet, którego często używała. Od innych straż­niczek wyróż­niały ją jed­nak przede wszyst­kim dodat­kowe narzędzia tor­tur. Jed­nym z naprawdę wyjąt­kowych „akcesoriów” był pół­przezroczysty, błysz­czący celofanowy bat wykonany z tworzywa zabranego z obozowej tkalni. Chociaż Grese na procesie sądowym twier­dziła, że nikogo tym batem nie skrzyw­dziła, przy­znała, że jego mała waga była nie­zwykle prak­tyczna w pracy.”

Jed­nym z tematów, które cieszą się zarówno w popkul­turze, jak i w kręgach naukowych nie­słab­nącym zain­teresowaniem, jest II Wojna Światowa oraz okres bez­pośred­nio przed i po niej. Co roku wydawane są nowe publikacje o róż­nej war­to­ści dydak­tycz­nej czy estetycz­nej. Autorzy w opisie nie­zliczonych aspek­tów tam­tych czasów posłużyli się do tej pory chyba każdą znaną formą prze­kazu i eks­presji – od publikacji naukowej przez kinematografię po rzeźbę nowoczesną. Bez zbęd­nego analizowania czemu tak żywy jest ten temat w naszej twór­czo­ści, prze­niósł­bym się na teren samych przejawów tej popularności.

Kiedy otrzymałem książkę Daniela Patricka Browna Piekna Bestia. Zbrod­nie SS-Aufseherin Irmy Grase poczułem dresz­cze pod­niecenia. O tym jesz­cze nie czytałem! Wpraw­dzie kwestia obozów kon­cen­tracyj­nych nie jest tematem prze­mil­czanym w piśmien­nic­twie i kinematografii fachowej, ale oto przede mną pojawiła się spo­sob­ność zapoznania się z życiorysem kobiety-strażniczki, która dla wielu stała się ucieleśnieniem zła.

Nie jestem zwolen­nikiem okrucień­stwa, ale zawarte w pod­tytule sfor­mułowanie „zbrod­nie”, dawało uzasad­nioną per­spek­tywę poszerzenia mojej wiedzy na temat metod SS. Liczyłem, iż niniej­sza książka przed­stawi mi bogaty i szczegółowy opis, pozbawiony nawar­stwionych przez lata hiper­boli i mitów.

W końcu, oczekiwałem „spo­tkania” z tą osoba i światem, w którym żyła.

Moje pozytywne odczucia pod­sycił słow­niczek zwrotów związanych z obozami i sys­temem „fabryk śmierci” oraz przed­mowa, w której dr Klaus P. Fisher zachwycał się odkryw­czo­ścią, wnikliwo­ścią i nowator­stwem autora oraz jego analiz. Zapowiadała się solidna praca, jeśli nie naukowa, to przy­naj­mniej popularyzator­ska. Miało być demaskowanie schematów i to, na co bar­dzo liczyłem, próba opisu – psychologicz­nego i historycz­nego – bez przyjętej z góry oceny moral­nej. Autor w swojej przed­mowie roz­pisywał się odnośnie do obowiązku historyka, jakim jest dostar­czenie fak­tów o człowieku, bez wdawanie się w (często nie­wąt­pliwe i narzucające się) oceny moralne. Jak wielu czytel­ników zacząłem od przej­rzenia spisu tre­ści. Książka składa się z sze­ściu roz­działów, poświęconych samej postaci SS-Aufseherin, dwóch pod­roz­działów wprowadzających, oraz aneksu, zawierającego materiały dodat­kowe. Każdy roz­dział opatrzony jest cytatem, wprowadzającym w nastrój i tematykę, co uważam za bar­dzo duży plus.

Wprowadzenie stanowi ciekawą bazę historyczną, pomagającą odnaleźć się nawet nie­zorien­towanemu w epoce czytel­nikowi. Już tu w oczy rzucają się obszerne przy­pisy. Przy­wykły do opracowań naukowych, wnikliwie czytam wszyst­kie przy­pisy, często bowiem zdarza się znaleźć w nich nie­zwykle cenne tre­ści, wzbogacające lek­turę. I tym razem właśnie tak było. Przy­pisy pełne są dodat­kowych danych historycz­nych i geo­graficz­nych, jak choćby skrócona historia księstwa Maklem­bur­gii. W miarę zagłębiania się w lek­turę zwróciłem jed­nak uwagę na dwie kwestie. Po pierw­sze treść przy­pisów nie­kiedy wnosiła więcej tre­ści do wywodu niż tekst wła­ściwy, co uważam za błąd autora, który często powtarzał infor­macje, a nawet całe seg­menty wypowiedzi. Po drugie na jaw wyszedł pewien dysonans metodologiczny.

W miarę czytania coraz uważ­niej przy­glądałem się stylowi. Z początku wydał mi on się „obojętny”, nie zachwycał, nie prze­szkadzał, nie rzucał się w oczy. Skrupulatne przy­pisy wskazywały na naukowość pracy i sam autor starał się stwarzać pozory popraw­no­ści metodologicz­nej. Jed­nak duża ilość zwrotów o nacechowaniu emocjonal­nym, zaczęła mi w pew­nym momen­cie prze­szkadzać. W pew­nym momen­cie zauważyłem, że to, co czytam przy­wodzi mi na myśl publicystykę i to pośred­niego gatunku. Autor pozwalał sobie na subiek­tywne komen­tarze,  co nie przy­stoi  historykowi, jako że ten powinien dostar­czać fak­tów, a nie ocen. Tym bar­dziej męczące były natar­czywe epitety w stylu „ohydny, odrażający, plugawy” w odniesieniu zarówno do czynów, jak i osób. Bestial­stwo straż­ników więzien­nych SS nie jest dla mnie rzeczą pod­legającą dys­kusji, jed­nak podob­nie jak autor w przed­mowie, uważam za konieczne przed­stawienie ich historii. Jeśli autor chciał ukazać bestial­stwo, mógł użyć opisu (którego zresztą unikał, jeśli chodzi o wydarzenia, w tej materii posługując się relacjami świad­ków), ale uważam, że i to byłoby nie­profesjonalne. Czytel­nik sam wykuwa sobie pogląd, co więcej, sam często posiada już odczucia związane z holocaustem i obozami, a im bliżej byłem końca lek­tury, tym bar­dziej czułem się bom­bar­dowany osądem autora.

Mówi się, że książce należy dać sto stron, a jeśli przez ten czas nie wciągnie, nie ma sensu jej dłużej czytać. Nie jestem zwolen­nikiem tego poglądu, ale w przy­padku Pięk­nej… nabiera nowego wydźwięku. Pierw­sza setka, była istot­nie wciągająca, a i resztę książki czytało się dość łatwo i przyjem­nie. Jed­nakże po prze­rzuceniu ostat­niej kartki, odniosłem wrażenie, że wszystko, co istotne, zostało powiedziane na początku. Zapowiedziane wątki zostały omówione nie­zwykle pobież­nie i nie wzbudziły nawet cienia syto­ści intelek­tual­nej. Za plus uznał­bym temat. Rzadko omawia się postacie kobiet związanych z obozami zagłady i w tej materii otrzymałem dużo interesującej wiedzy. Ciekawym pomysłem autora było umiesz­czenie na końcu książki aneksu zawierającego np. listy Grese, jej wiersz itp. Słow­niczek umiesz­czony na wstępie uznał­bym za zbędny, gdyby nie to, że jest sam w sobie ciekawy. Ma on bowiem jedynie tematyczny związek z książką, każdy ter­min wyjaśniany jest w kon­tek­ście albo w przy­pisie. Za nie­wy­baczalne uznał­bym stawianie hipotez i snucie wywodu na pod­stawie prze­słanek odrzuconych jako nie­wiarygodne, czego dopusz­cza się autor, a co zauważa redak­tor pol­skiego wydania.

Pod­sumowując, nie zmęczyłem się czytając tę książkę, ale nie jest ona czymś, co bym gorąco polecał. To lek­kie (sic!) czytadło na góra dwa popołu­dnia. Nie­duża objętość (led­wie 200 stron małego for­matu i dużej czcionki) mogłaby być jesz­cze mniej­sza, gdyby nie usilne próby autora, aby roz­dąć to nieco. Nie deprecjonując całego trudu i nie­wąt­pliwego zaan­gażowania, jakie autor włożył w zdobycie i kom­pilację danych, pozytywne odczucia psuje mi jego styl, który nie przy­staje do pracy naukowej, często prze­szkadza przy­swajać tre­ści, samemu nie wnosząc nic pozytyw­nego. Świet­nie spraw­dziłby się w artykule pra­sowym, ale nie w poważ­nej pracy historycz­nej. Popeł­nionych zostaje kilka błędów merytorycz­nych, choćby spłasz­czenie ter­minu o wyraź­nym znaczeniu filozoficz­nym, dla celów własnego wywodu. Nie byłoby to rażące w materiale pra­sowym, bo każdy może się pomylić, jed­nak prace naukowe zakładają prze­myślaną popraw­ność i używanie ter­minów nie w pełni zro­zumianych przez autora źle o nim świad­czy. Zapowiadanych analiz psychologicz­nych jest za mało i wnioski się powtarzają.

Nie­wąt­pliwie książka ta może być w ciekawy spo­sób roz­budowywana przez autora w kolej­nych wydaniach, jed­nak zważyw­szy na powyż­sze moje uwagi, lepiej spraw­dziłaby się jako jedno ze źródeł innej, obszer­niej­szej pracy (tego autora, jeśli poprawi styl, lub kogoś innego). Ocenił­bym ją na 3+ za wkład pracy, temat i początek, który istot­nie był wciągający.

ocena3.5

Nie odradzam, nie polecam

Daniel Patrick Brown
Piękna bestia
(szczegółowe infor­macje)


Czerwony bunt

Zobaczyw­szy egzem­plarz recen­zencki Czer­wonego buntu Neala Bascomba, nazwisko autora od razu skojarzyło mi się z tym typem książek historycz­nych, które mają za cel nie tyle zwięk­szenie obec­nego stanu wiedzy na temat danego wydarzenia, ile ukazanie sen­sacyj­nej opowie­ści. Do takich publikacji zawsze pod­chodziłem z ostroż­no­ścią, a w więk­szo­ści wypad­ków odrzucałem je z nie­chęcią, bo – pisane ten­den­cyj­nie, by wzbudzać w czytel­niku kon­kretne odczucia – mogą naprawdę skrzywić opinię o fak­cie, będącym na dobrą sprawę tylko pretek­stem, by przed­stawić naj­now­szą wizję pisarza. Przy­znam przy tym uczciwie, że Bascomba znałem jedynie z opinii, a Czer­wony bunt to pierw­sza jego książka, jaką przeczytałem.

Czer­wony bunt opowiada o wydarzeniach na pan­cer­niku „Potiom­kin” z 1905 roku, jed­nym z naj­więk­szych okrętów swojego okresu, dumie car­skiej floty. Załoga, która zbun­towała się po podaniu jej robaczywego mięsa na obiad, przez kil­kana­ście dni wymykała się jed­nost­kom rosyj­skiej floty czar­nomor­skiej i wpłynęła znacząco na stworzenie legendy rewolucji 1905 roku, wykorzystanej przez propagandę sowiecką jako preludium wydarzeń z paź­dzier­nika 1917 roku i obalenia caratu na rzecz dyk­tatury proletariatu. Neal Bascomb we wstępie stwier­dza, że główną motywacją do opisania wydarzeń na „Potiom­kinie” jest ukazanie prawdy o tych wydarzeniach, co moż­liwe było dopiero po odtaj­nieniu wszyst­kich dokumen­tów tyczących się sprawy w kil­kana­ście lat po upadku ZSRR.

Czer­wony bunt wydano przy­zwoicie. Duża liczba przy­pisów, twarda okładka, papier może nie naj­wyż­szej klasy, ale z całą pew­no­ścią wytrzyma wielo­krotne czytanie książki. Całość z całą pew­no­ścią ładnie prezen­tuje się na półce, co w przy­padku tego typu publikacji jest kluczem do sukcesu.

Książka Neala Bascomba dzieli się na cztery czę­ści: pierw­sza część wprowadza nas w tło wydarzeń i ukazuje rzeczywistość Rosji początku XX wieku, w drugiej znaj­dujemy opis buntu na „Potiom­kinie” od jego początku na ode­sskich wodach po porzucenie okrętu w Rumunii; trzecia część dopeł­nia historię następstw rewolucyj­nego zrywu, by w epilogu wresz­cie nakreślić naj­bliż­szą przy­szłość, którą niejako przy­gotowały wydarzenia na pan­cer­niku. Całość poprzedzona jest notą od autora, a zakoń­czona bibliografią i wykazem osób.

Neal Bascomb w Czer­wonym bun­cie prezen­tuje się bar­dziej jako pisarz niż jako historyk. Naj­waż­niej­sze wydarzenia i kluczowe postaci wprowadzane są w fabularyzowanych aneg­dotach, materiału źródłowego w książce jest raczej nie­wiele, w przy­pisach znaj­dziemy dużo odnośników do rosyj­skich publikacji. Wszystko to sprawia wrażenie nie­malże powie­ści historycz­nej, dobrze napisanej i zaplanowanej, ale z ograniczonymi moż­liwo­ściami weryfikowania, skąd piszący czer­pał inspiracje do kolej­nych, ciekawych epizodów.

Z całą pew­no­ścią Czer­wony bunt jako książka służąca do popularyzacji mało znanego wydarzenia historycz­nego speł­nia swoje zadanie, czytel­nikowi zaś bar­dziej wymagającemu pozostaje spraw­dzić jej bibliografię albo sięgnąć po bar­dziej naukowe opracowania tematu.

Czer­wony bunt czyta się błyskawicz­nie, jest lekki i przyjemny, wprowadza w intrygujący klimat przed­rewolucyj­nej Rosji pierw­szej dekady XX wieku, dość mało znanej w Pol­sce, gdzie prze­ważają jed­nak wizje XIX-wiecznych mistrzów z Dostojew­skim i Toł­stojem na czele. Jakość wydania należy do zdecydowanych walorów książki – aż chce się po nią sięgnąć. Jeżeli jed­nak oceniamy książkę jak naukowe opracowanie, to mamy szerokie pole do krytyki – od stylu i formy (wybit­nie nie­monograficz­nych) przez wyraźną pozycję służebną, jaką peł­nią fakty wobec akcji, aż po sym­patyzowanie autora z czę­ścią postaci dramatu i rażące momen­tami spłycanie reszty. Można postawić zarzut fil­mowo­ści, bo fak­tycz­nie nie wiadomo, czy Bascomb pisze książkę historyczną, czy scenariusz do filmu o typowym amerykań­skim, hol­lywoodz­kim charakterze.

Osobi­ście uważam, że Czer­wony bunt warto prze­czytać. Polecał­bym go osobom, które na co dzień nie mają wiele wspól­nego z historią. Ostat­nie dekady car­stwa rosyj­skiego potrafią zauroczyć, szokując róż­norod­no­ścią postaci i zdarzeń, mających swój monumen­talny, choć tragiczny finał w rewolucji lutowej, prze­wrocie paź­dzier­nikowym i krwawej woj­nie domowej, które to oceniane w ode­rwaniu od pol­skiej per­spek­tywy odzyskania nie­pod­legło­ści (a przez to początku epopei międzywoj­nia) pomagają zro­zumieć mechanizmy do dziś wyczuwalne w spo­łeczeń­stwie rosyj­skim i jego polityce zagranicz­nej. Czer­wony bunt to dobry star­ter do dal­szych rozważań.

Neil Bascomb
Czer­wony bunt
(
szczegółowe infor­macje)

Mydlenie oczu

Chur­chil­liada, zwierzęta leśne zakładające spół­dziel­nię produk­cyjną, „patriotyczna giełda”, pod­ręcz­nik do  nauczania naj­młod­szych napisany przez człowieka resocjalizującego prze­stęp­ców, Związek Młodzieży Socjalistycz­nej z Fabryki Samo­chodów śpiewający Bogurodzicę… Komunistycz­nym władzom wyobraźni nie brakowało, kiedy chodziło o propagandę. Przejaskrawienia i sztucz­no­ści także.

Każdy z nas zna zapewne kogoś twier­dzącego, że nie znosi historii. Trauma ta jest naj­czę­ściej wynikiem przy­krych szkol­nych doświad­czeń związanych – na przy­kład – ze zbyt wymagającym nauczycielem prowadzącym ów przed­miot, tudzież kolosal­nymi pod­ręcz­nikami napisanymi językiem zgoła kosmicz­nym. Jak pokazać takim osobom, że prze­szłość może być bar­dziej wciągająca niż niejedna współ­czesna powieść fan­tastyczna?

Mydlenie Oczu Piotra Osęki z pew­no­ścią pomoże prze­łamać pierw­sze „historyczne” lody.

Książka jest zbiorem artykułów publikowanych w latach 2001–2009 na łamach m.in. „New­sweeka”, „Wprost” i „Focus Historii”, podzielonym dodat­kowo na roz­działy o wiele mówiących tytułach tytułach, takich jak: Wrogowie, Bohaterowie, Kłam­stwa… Więk­szość z nich dotyczy propagandy w okresie PRL, pojawiają się rów­nież tek­sty o tym zjawisku w dwudziestoleciu międzywojennym.

Piotr Osęka jest historykiem z zamiłowania, co widać w jego artykułach. Zamiast bom­bar­dować datami, statystykami i suchym myśleniem przyczynowo-skutkowym, opowiada – często z humorem – o tym, jak władza w PRL  próbowała „nastawić obywatela na poprawny tok myślenia”. Indok­trynacja zaczynała się już w przed­szkolu, gdzie pod­czas zabaw choin­kowych naj­młodsi wysłuchiwali bajki pt. Lenin wśród dzieci:

Wokół przy­strojonego drzewka powstało taneczne koło. Lenin sam wśród dzieci bawi się zachwycony, zagradza drogę kot­kowi, ułatwia ucieczkę myszce. Dzieci zro­zumiały, że Lenin, którego widziały po raz pierw­szy, jest ich naj­więk­szym przyjacielem i towarzyszem. Dzieci odłączyły się od dorosłych i poszły wraz z Leninem na her­batkę; nakładały mu kon­fitury, każde chciało sprawić mu przyjemność.

Nie spo­sób nie uśmiechać się pod­czas lek­tury, gdy dowiadujemy się, jak pod­czas pochodów pierw­szomajowych runęło podium ze stojącymi na nim przy­wód­cami par­tyj­nymi lub wyobrażając sobie Miodowicza wygrażającego Wałęsie, że „zrobi z niego marmoladę”.

Osęka zwraca rów­nież uwagę na draż­liwe kwestie. Pisze o zacieraniu prawdy o zamor­dowanych pol­skich oficerach przez NKWD w Mied­noje, Piatichat­kach i Katyniu czy przed­stawianiu Oświęcimia jako miej­sca ludobój­stwa Polaków (pomijając Żydów) jako elementu ówczesnej machiny propagan­dowej.. Czytel­nik może dzięki temu wyraź­nie zobaczyć, że władza nie wahała się przed niczym, byle tylko stworzyć  wybielony obraz socjalizmu i rzekomej przyjaźni polsko-radzieckiej.

Miłośników kryminałów szczegól­nie zain­teresuje tekst Mor­derca pali Pall Malle, w którym znajdą zasady kon­struowania „powie­ści milicyj­nych” w PRL-u. Dzięki pew­nym charak­terystycz­nym znakom, można było roz­poznać mor­dercę w zasadzie po kilku zdaniach. Jakie to znaki? Odpowiedź w Mydleniu oczu.

Brakowało mi ilustracji: w publikacjach tego typu są częstym dodat­kiem. Na pewno zdjęcia z pochodu pierw­szomajowego czy pocz­tówek z Pił­sud­skim (które mają swój osobny artykuł w książce) uświet­niłyby Mydlenie oczu. Nie­mniej, wciąż jest to lek­tura wciągająca, którą pochłoniemy błyskawicz­nie i będziemy wracać do ulubionych fragmentów.

Jako pasjonatka-amatorka historii Pol­ski z czystym sumieniem polecam ten zbiór artykułów. Szczegól­nie tym, którzy wciąż uważają, że poznawanie prze­szło­ści nie jest porywające…

ocena4

Ocena bez mydlenia Piotr Osęka Mydlenie oczu (szczegółowe infor­macje)

O Starówce, Pradze i ciepokach

Prze­piękna opowieść o przed­wojen­nej War­szawie widzianej oczyma dziecka, a póź­niej młodego chłopaka.

Książka pozbawiona jest więk­szych par­tii dialogowych, ale nie zanudza czytel­nika – wręcz prze­ciw­nie. Plastyczny, bar­dzo realistyczny opis ulic, zakąt­ków czy stylu życia ówczesnych miesz­kań­ców stolicy bez reszty pochłania czytel­nika. Pozycja ta jest kopal­nią wiedzy na temat panujących wów­czas obyczajów czy naj­mod­niej­szych roz­rywek (naj­więk­szą popular­no­ścią cieszył się teatr i kino, które dopiero pojawiało się w War­szawie; „obowiąz­kiem” każ­dego miesz­kańca była także podróż stat­kiem do Młocin).

O Starówce, Pradze i ciepokach – okładka

Autor wskrzesza dawno zapo­mniane już miej­sca, razem z nim wędrujemy malow­niczymi ulicz­kami Starego Miasta, podziwiamy witryny eks­kluzyw­nych sklepów, a nawet uczest­niczymy w dziecięcych zabawach. Czytel­nik staje się obser­watorem i towarzyszem nar­ratora w jego opowie­ści. Na pod­stawie odbytych „podróży” moglibyśmy pod­jąć się naszkicowania mapy kilku dziel­nic ówczesnej Warszawy.

Wszyst­kie postacie występujące w O starówce, Pradze i ciepokach zostają przy­wołane z zaświatów. Dawno już zapo­mniani przez naj­bliż­szych, powracają na kar­tach książki i są dla czytel­nika wciąż żywi. Dziecko, roz­począw­szy opowieść, chłonie otaczający świat wszyst­kimi zmysłami, precyzyj­nie opisując poznane smaki i zapachy. Wszystko to uwydat­nia atmos­ferę swego rodzaju baśniowości.

Naj­bar­dziej lubiłem chodzić z bab­cią na tar­gowisko na Szerokim Dunaju. Tu było gwarno, wesoło, kolorowo. Na straganach pod dasz­kami grały kolorami warzywa, owoce, bielał nabiał. Na innych stały cudaczne figurki – kogutki, ptaszki…, roz­pierały się donice i gliniane garnki. Obok zamknięte w klatce siedziały kury, gęsi, kaczki […]. Każdy na głos zachwalał swój towar.

Nastrój pod­kreśla także szata graficzna książki, pożół­kły papier czy wiele czarno-białych fotografii z okresu międzywoj­nia, przed­stawiających opisywane miej­sca, osoby, a nawet naj­bliż­szych autora. Ciepło i optymizm emanują z każ­dej strony. Pozycja godna polecenia nie tylko rodowitym warszawiakom.

ocena4

Piękny obraz przed­wojen­nej Warszawy

Zdzisław Kaliciń­ski
O Starówce, Pradze i ciepokach
(szczegółowe infor­macje)


Trzecia Rzesza. Nowa historia

Nowa historia starych dziejów.

Trzecia Rzesza nie­miecka zapisała się na kar­tach historii wyjąt­kowo krwawymi literami. Skąd wzięło się pań­stwo, które roz­pętało naj­więk­szy światowy kon­flikt zbrojny? Jakie były przy­czyny tragicz­nych skut­ków? Odpowiedzi na te pytania podej­muje się brytyj­ski historyk Michael Bur­leigh w książce Trzecia Rzesza. Nowa historia.

Opasły, blisko dziewięć­set­stronicowy tom zawiera w sobie opis dziejów pań­stwa nie­miec­kiego w okresie od prze­granej I wojny światowej (1918 rok) do pierw­szych lat po II woj­nie. Całość obej­muje trzydzie­ści lat z życia narodu. I choć każdy wie jak potoczyła się historia i zdaje sobie sprawę z tego, co się wów­czas działo w Niem­czech, to Bur­leigh pozwala na to wszystko spoj­rzeć z innej, szer­szej perspektywy.

Trzecia Rzesza – okładka

Autor zagłębia się w sam środek wydarzeń i pod­daje je dokład­nej analizie. Mniej interesują go sprawy stricte militarne (opis kam­panii wrześniowej zmie­ścił się w jed­nym akapicie), naj­waż­niej­sze są pod­stawy – naród. Jego zachowanie. To, że ludzie ruszyli wbrew roz­sąd­kowi za zgub­nym głosem szaleńca, który wpajał im poczucie wyż­szo­ści z powodu swojego pochodzenia. Jak pisze sam Bur­leigh, książka opowiada głów­nie o stop­niowym, w końcu nie­mal zupeł­nym upadku moral­nym roz­winiętego spo­łeczeń­stwa (…) którego liczni obywatele (…) ruszyli w obłędny tan. Poznajemy więc przy­czyny, w tym tę naj­waż­niej­szą – poczucie poniżenia Nie­miec po I woj­nie światowej ustaleniami trak­tatu wer­sal­skiego. To do tej kwestii odwoływał się Hitler, tym wzbudził nacjonalistyczne nastroje wśród obywateli Republiki Weimar­skiej i póź­niej Trzeciej Rzeszy.

Autor zarysowuje nam całą ówczesną sytuację, chaos, który towarzyszył NSDAP doj­ściu do władzy, walki polityczne, nie­po­koje spo­łeczne i póź­niej­szy upadek, stop­niową demoralizację, której nikt nie powstrzymał, gdy był jesz­cze czas. Czytamy o cier­pieniu, które było tego skut­kiem; o cier­pieniu nie tylko jed­nak Żydów, Polaków, Cyganów, lecz także samych Niem­ców. Bur­leigh jest bowiem obiek­tyw­nym historykiem, oddającym sprawiedliwość wszyst­kim. Prze­czytamy więc rów­nież o „dobrych Niem­cach” (z Clausem von Stauf­fen­ber­giem na czele). Prze­czytamy o problemach nowych władz z chrze­ścijań­stwem, o hanieb­nych działaniach lekarzy pod­czas wojny, o wpływie mediów na zmiany w pań­stwie. Maluje się przed nami historyczna mozaika, obej­mująca całe spo­łeczeń­stwo na prze­strzeni trzydziestu lat.

Plusem książki jest spo­sób, w jaki została napisana. Styl autora sprawia, że czytanie nie nuży, mimo ponad ośmiuset stron gęsto zapisanych nazwiskami, nazwami geo­graficz­nymi, fak­tami, datami, a także licz­nymi cytatami (bibliografia zaj­muje pięt­na­ście stron!). Popularno-naukowy styl pomaga wciągnąć się w lek­turę, choć to książka dla nieco bar­dziej zain­teresowanych historią Trzeciej Rzeszy. Nie jest to praca, w której znaj­dziemy fakty i daty upo­rząd­kowane w tabel­kach. Mimo że całość jest podzielona na roz­działy, a te na mniej­sze jed­nostki, ciężko byłoby znaleźć kon­kretną datę czy wydarzenie (zawsze pomaga indeks nazwisk). Książka natomiast nadaje się ideal­nie do tego, by otworzyć ją na przy­pad­kowym pod­roz­dziale i zagłębić się w jej treści.

Jedyne, czego w Trzeciej Rzeszy brakuje, to zdjęć. Mogłaby znaleźć się wkładka z fotografiami wybranych postaci lub miejsc, o których opowiada autor. Znacz­nie uatrak­cyj­niłoby to tę książkę. To jedyny minus. Jeśli zaś chodzi o samą treść, spo­sób przed­stawienia tematu (słuszny pod­tytuł Nowa historia) i styl – wszystko składa się na bar­dzo udane dzieło, co prawda głów­nie dla zain­teresowanych historią, lecz w zasadzie otwarte na każ­dego. Ktokol­wiek po nie sięgnie, nie zawiedzie się.

ocena45n

Nowa historia warta poznania

Michael Bur­leigh
Trzecia Rzesza. Nowa historia
(szczegółowe infor­macje)


Imperium Osmańskie. Epoka klasyczna 1300–1600

18 kwietnia 2010 Recenzje Komentarze są wyłączone Jacek Radzymiński

Kupowanie nie­znanych książek przez Inter­net, których ani się nie przej­rzało, ani z których nie można było znaleźć recen­zji, zawsze wiąże się z ryzykiem straty pieniędzy. Ryzyko tym bar­dziej się zwięk­sza, kiedy sięgamy po autora zagranicz­nego, a już na pewno narodowo­ści orien­tal­nej. A takim właśnie autorem jest Halil Inal­cik, turecki badacz zaj­mujący się historią własnego kraju. Od dłuż­szego czasu, kiedy szukałem książek trak­tujących o historii Imperium Osmań­skiego, co i raz wyświetlały się aukcje kilku jego pozycji, ostatecz­nie więc zdecydowałem się zaryzykować.

Imperium osmańskie – okładka

Literatura osmanistyki, czyli dziedziny historii zaj­mującej się dziejami Imperium Osmań­skiego na wszyst­kich płasz­czyznach, jest w Pol­sce zaskakująco uboga. Nasi historycy zaj­mowali się przede wszyst­kim pań­stwem Osmanów w aspek­cie jego relacji z Rzecz­pospolitą, zatem więk­szość publikacji dostęp­nych na pol­skim rynku nie zawiera ogól­nych dziejów Tur­cji. Owszem, w bar­dzo kon­kret­nej serii wydaw­nic­twa Ossolineum Historie państw i narodów wydano pracę Jana Reych­mana, obec­nie jest to jed­nak pozycja trudno dostępna. Na tym tle Imperium Osmań­skie. Epoka klasyczna 1300–1600 Halila Inal­cika jawi się jako odpowiedź na potrzeby rynku książek historycznych.

Jak jest w istocie? Książkę wydano wedle obowiązujących stan­dar­dów w branży: na białym kredowym papierze, w mięk­kiej okładce, całość klejona. Poza okładką nie ma żadnej kolorowej ilustracji, choć ogól­nie na brak grafik (rycin i zdjęć) narzekać nie można – łącznie jest ich 57 plus 2 mapy, czcionka – stan­dar­dowy maszynopis. Całość sprawia przy­zwoite wrażenie.

Odnośnie do samego upo­rząd­kowania tre­ści książki: autor podzielił ją na cztery czę­ści – Historia Osmanów w zarysie jest ogólną charak­terystyką dziejów Imperium Osmań­skiego w latach 1300–1600. Druga, Pań­stwo, opowiada szczegółowo o administracji pań­stwa, dworze suł­tana i jego polityce, trzecią zatytułowano nieco nie­for­tun­nie Życie spo­łeczne i gospodar­cze, bo o samym życiu spo­łecz­nym napisano nie­wiele, więcej na temat gospodarki, han­dlu i infrastruk­tury. Ostat­nia część to Religia i kul­tura w Imperium Osmań­skim. Publikację koń­czy drzewo genealogiczne dynastii Osmanów, kalen­darium, słow­niczek, wybrana bibliografia oraz indeks.

Pozycja, jako uzupeł­nienie wiedzy z róż­nych syn­tez historii powszech­nej, spraw­dza się znakomicie, dbałość o szczegóły i ter­miny zasługują na naj­wyż­szą pochwałę. Jak­kol­wiek jestem prze­ciw­nikiem „mar­nowania miej­sca” na ryciny i grafiki, trzeba przy­znać, że autor zadbał o taki ich wybór, że ciężko mu zarzucić cokol­wiek w tym aspek­cie. Tłumaczenie wyszło także bar­dzo przy­zwoicie, liczba przy­pisów i słow­niczek na końcu pomagają w płyn­nym przej­ściu przez turecką ter­minologię, od której czasami aż się roi w tekście.

Język i styl Imperium Osmań­skiego…, poza wspo­mnianą wyżej szczegółową turecką ter­minologią, swoją przy­stępną formą wskazuje, że publikacja nie jest adresowana jedynie do ludzi zaj­mujących się zawodowo historią, ale także ogól­nie zain­teresowanymi przeszłością.

Nie­stety, praca Halila Inal­cika doskonała nie jest; podział na czę­ści książki wydaje się zro­zumiały, ale dal­sza seg­men­tacja na na poszczególne roz­działy tych czę­ści pozostawia wiele do życzenia – autor skupia się czasami na wydarzeniach, które opisuje w peł­nym wymiarze dopiero w innym miej­scu, co zmusza czytel­nika do częstego korzystania z indeksu. Tak samo, sięgając po Imperium Osmań­skie… musimy dys­ponować już pewną wiedzą na temat historii Tur­cji doby średniowiecza i czasów nowożyt­nych, bo ina­czej pogubimy się w szczegółach, których ani autor, ani pol­ski wydawca nie tłumaczy. Musimy też nastawić się, że w ramach przy­gotowania do lek­tury zapoznamy się z jakąś pozycją dotyczącą teo­rii i prak­tyki islamu na prze­strzeni wieków, gdyż część rzeczy, dla turec­kiego i islam­skiego autora oczywista, pol­skiemu czytel­nikowi może sprawić problemy. Inal­cik należy do orien­tal­nego świata, bar­dzo róż­niącego się od pol­skiej rzeczywistości.

Mimo tych trud­no­ści, Imperium Osmań­skie… to naprawdę solidna pozycja, która ukazuje historię naszego naj­więk­szego (przez 226 lat trwania I Rzeczypospolitej) sąsiada w bar­dzo szerokim spek­trum. Zawiera infor­macje bar­dzo pomocne przy dys­kusjach nad prze­biegiem wojen, a w dobie ogrom­nej gloryfikacji cesar­stwa bizan­tyj­skiego pozwala odnieść się do tez więk­szo­ści historyków, jakoby panowanie Osmanów było tylko roz­grabieniem spu­ścizny Imperium Wschodniorzymskiego.

Do napisania tej recen­zji skłonił mnie fakt, że kiedy zastanawiałem się nad zakupem pozycji, nie mogłem nigdzie znaleźć żadnego szer­szego jej opisu. Prac Halila Inal­cika wydano w Pol­sce kilka, bar­dziej szczegółowych niż Imperium Osmań­skie…. Chciał­bym jed­nak naprawdę (skoro odżywa pol­ska historiografia dotycząca czasów nowożyt­nych), żeby pol­scy historycy zajęli się szerzej fascynującym zderzeniem islam­skiego Orientu i tradycji bizan­tyj­skich, które złożyły się na dzieje Porty Otomań­skiej. Ten świat nieodmien­nie pasjonował naszych przod­ków, a zgłębiając dzieje Tur­cji, można odnaleźć wiele elemen­tów, które umoż­liwiają zbliżenie się do zagmatwanej men­tal­no­ści naszych antenatów przed­rozbiorowej Rzeczypospolitej. Oczekując na brakujące pol­skie monografie, praca Halila Inal­cika z całą pew­no­ścią w dużym stop­niu pozwoli uzupeł­nić wiedzę o tych, co dalej nazywają nas Lechistanem i nigdy nie uznali rozbiorów.

Halil Inal­cik
Imperium Osmań­skie. Epoka klasyczna 1300–1600
(szczegółowe infor­macje)

Kon­takt z autorem pod adresem: j.radzyminski [ at ] gmail [ kropka ] com

Ulisses z Bagdadu

(…) długo błądził i w tułaczce swojej

Siła róż­nych miast widział, poznał tylu ludów

Zwyczaje, a co przy­gód doświad­czył i trudów!

A co strapień na morzach, gdy przy­szło za siebie

Lub za swe towarzysze stawić się w potrzebie (…)

Homer, Odyseja, Pieśń I (w prze­kładzie Lucjana Siemieńskiego)

Kogo w dzisiej­szych czasach można nazwać „bohaterem”? Pytanie to zadał sobie autor Ulis­sesa z Bag­dadu – Eric-Emmanuel Schmidt –  pod­czas oglądania w telewizji wstrząsających relacji dotyczących uchodźców.

Kiedy ujrzał wycień­czone istoty, które led­wie przy­pominają ludzi, odnaj­dywane w skryt­kach pod ciężarów­kami albo w lukach bagażowych samolotów, prze­żył szok. Zwykle prze­śladowani przez pań­stwowe władze i zepchnięci na mar­gines spo­łeczny uciekinierzy nie kojarzą nam się z archetypicz­nym obrazem „bohatera”. A prze­cież to oni opusz­czają zruj­nowane domy, by poprawić byt swych rodzin (w kraju nie mieliby szans na ich utrzymanie), ryzykują życie, prze­prawiając się w nie­ludz­kich warun­kach przez granicę, uniżają się przed biurokracją, zatrud­niają się na czarno (na legalną posadę nie mogą liczyć), stając się tym samym nie­wol­nikami mafii. Poniżani, wzgar­dzeni, ośmieszeni heroicz­nie wal­czą o to, co każdy z nas zyskuje w chwili narodzin – status człowieka.

Ulisses z Bagdadu – okładka

Chociaż uciekający z Bag­dadu Saad Saad jest współ­czesnym Ulis­sesem, odbywającym podróż swojego życia i napo­tykającym podobne przy­gody (m.in. miesz­kań­ców krainy Lotofagów – nar­komanów, syreny – zespół roc­kowy, cyklopa – straż­nika więzien­nego), sens jego wyprawy pozostaje w opozycji do Homerowego eposu:

Chociaż podróżowałem i spo­tkałem na swej drodze tysiące prze­szkód, stałem się prze­ci­wień­stwem Ulis­sesa. On wracał, ja idę przed siebie. Ja muszę iść, on musi wracać. Więc wrócił do miej­sca, które kochał. Ja uciekam od chaosu, którego nienawidzę. On wiedział, gdzie jest jego miej­sce, ja wciąż szukam. U niego wszystko roz­strzygnęło się na samym początku, a potem wystar­czyło już tylko zawrócić i umrzeć w szczę­ściu i spo­koju. Ja swój dom chcę zbudować poza krajem, na obczyź­nie, gdzie indziej. Jego odyseja była nostal­gicz­nym objaz­dem, moja podróżą w stronę przy­szło­ści. On spo­tkał się z tym, co znał, ja umówiłem się z tym, czego nie znam.

Książka Ulis­ses z Bag­dadu jest poświęcona poszukiwaniu własnej toż­samo­ści. Lek­tura ta staje się swoistą podróżą w głąb siebie, odkrywaniem „zamiesz­kujących” nas osobowo­ści, które naraz zasypiają, by w innej sytuacji się prze­budzić. To głęboka opowieść dotykająca rów­nież fun­damen­tal­nego problemu definiowania rzeczywisto­ści: kogo można nazwać człowiekiem? bohaterem? bar­barzyńcą? Życzę każ­demu, by wybrał się w drogę z Saadem i odnalazł w sobie odpowiedzi na te pytania.

ocena5


Wybierz się w podróż życia

Eric-Emmanuel Schmitt
Ulis­ses z Bag­dadu
(szczegółowe infor­macje)


Invictus. Igrając z wrogiem

Invictus. Igrając z wrogiem – okładka

Od razu trzeba powiedzieć, że książkę dzien­nikarza Johna Car­lina naprawdę warto prze­czytać. Z powodu tego, o czym trak­tuje. Jej naj­więk­szym plusem jest bowiem opisana przez autora historia. Choć wygląda jak żywcem wzięta z hol­lywoodz­kich scenariuszy, to

nie­zwykła opowieść, która wydarzyła się naprawdę.

Car­lin przed­stawia zdarzenia, których teatrem była Republika Połu­dniowej Afryki, a głów­nym aktorem Nel­son Man­dela. Wypusz­czony z więzienia, wkrótce zostaje wybrany na prezydenta reor­ganizującego się pań­stwa. Staje przed trud­nym zadaniem: jak zjed­noczyć podzielony naród (biali gar­dzą czar­nymi, ci odwzajem­niają się nienawi­ścią, prowokowaną przez lata apar­theidu) i unik­nąć wiszącej na włosku wojny domowej? Środ­kiem ku temu okaże się… organizowany na połu­dniowoafrykań­skich boiskach Puchar Świata w rugby, narodowej grze Afrykanerów. Man­dela stara się prze­konać czar­noskórych obywateli do kibicowania narodowej drużynie, Spring­bok­som. Czy jest to moż­liwe, jeśli weź­miemy pod uwagę, że rugby było w RPA sym­bolem apar­theidu, spor­tem białych? Prezydent daje przy­kład, zasiadając na trybunach w znie­nawidzonej zielonej koszulce Spring­bok­sów. Ta historia pokazuje nam to, co wiadomo nie od dziś – mianowicie, że

sport mocno wiąże się z polityką.

Hitler wykorzystywał do celów propagan­dowych ber­liń­skie Igrzyska z 1936 roku, odbiciem zim­nej wojny były wzajemne boj­koty zawodów w Moskwie w 1980 i Los Angeles w 1984, wresz­cie palestyń­scy ter­rory­ści wybrali Olim­piadę w Monachium (1972) do prezen­tacji światu swoich żądań, gdy zamor­dowali jedenastu izrael­skich spor­tow­ców. Historia opisana w Invic­tusie także przed­stawia obustronny wpływ sportu na politykę. Skut­kiem apar­theidu było bowiem między innymi wykluczenie RPA z wszel­kich międzynarodowych tur­niejów spor­towych. Zmiana ustroju miała zaś spo­wodować powrót Połu­dniowej Afryki na światowe stadiony i organizację Pucharu Świata w rugby („rugby to opium dla Afrykanerów”). John Car­lin przy­pomina nam piękną historię, w której poprzez sport jed­noczą się dawni wrogowie, gdzie zwykła zespołowa dys­cyplina dokonuje więcej, niż długie miesiące negocjacji i zabiegów politycz­nych. A nad tym wszyst­kim Nel­son Man­dela, który zawarł swój plan w słowach:

Nie trafiaj­cie do ich umysłów, trafiaj­cie do ich serc.

I trafił w dziesiątkę. Kluczem do zgody nie były racjonalne argumenty ekonomiczne, tylko wzajemny szacunek, zdol­ność do ustępstw i wybaczania. Autor poznał byłego prezydenta osobi­ście, o czym sam wspomina, i widać, że ten wybitny polityk zrobił na nim ogromne wrażenie swoją osobowo­ścią. Tak, można nazwać Invic­tusa laurką na cześć Man­deli. W dzisiej­szych czasach ist­nieje moda na odbrązawianie cenionych jed­nostek, wynaj­dywanie negatyw­nych fak­tów z życia w imię taniej sen­sacji. Tutaj tego nie doświad­czymy. Prze­ciw­nie – nie­którzy mogą zarzucić Car­linowi wręcz gloryfikację prezydenta, tylko że autor nie zdradza się zbyt­nio ze swoimi poglądami, buduje ten obraz głów­nie przy pomocy wspo­mnień innych bohaterów tam­tych wydarzeń. Fran­coisa Pienaara (kapitana drużyny narodowej), Justice’a Bekebeke (więź­nia z czasów apar­theidu), Morné du Ples­sisa (managera drużyny) i inni, ze wzruszeniem wspominający tamte dni, z roz­rzew­nieniem i szacun­kiem mówiący o swoich spo­tkaniach z noblistą i o nim samym. Invic­tus nie jest też biografią Man­deli w peł­nym tego słowa znaczeniu. Poznajemy go w czasie, gdy odbywa karę dożywocia. Następ­nie jesteśmy świad­kami negocjacji dotyczących jego uwol­nienia, a potem wyboru na prezydenta. Autor nie przed­stawia nam całego życia noblisty, nie wkracza w jego prywatne życie. Opisuje mechanizmy, które doprowadziły do zwol­nienia Man­deli, wyboru go na głowę pań­stwa, oraz jego zabiegi, by prze­miany w kraju odbyły się drogą pokojową – by czar­noskórych nie opanowała chęć zemsty, a Afrykanerzy nie zor­ganizowali militar­nego prze­wrotu z obawy przed nowym porząd­kiem. Ta burz­liwa dekada z historii RPA jest opisana tak, że

Invic­tus to fascynująca lektura.

Car­lin nie stworzył beletrystycz­nej wer­sji tej historii, tylko rzetel­nie, w repor­ter­ski spo­sób opisał fakty. Z pozoru bez­stron­nie, ale wszyscy wiemy, komu kibicować. Autor wprowadził nas w sam środek wydarzeń, dzięki czemu czujemy się, jak­byśmy towarzyszyli Man­deli. Umiejęt­nie korzysta z wypowiedzi, wspo­mnień innych osób, by w jak naj­bar­dziej wyczer­pujący spo­sób oddać ducha tam­tej sytuacji. Przy tym pozostaje dzien­nikarzem, nie historykiem. Książka nie jest więc zestawem gromadzonych do prze­sytu fak­tów i dat, tylko absor­bującą, dobrze napisaną relacją, lek­turą dla każ­dego – lubiących i tek­sty historyczne, i biografie, i sport. Innymi słowy,

dobrze, że książka ta powstała.

Po pierw­sze, bo opisuje sprawę apar­theidu (o którym w Pol­sce nie­wiele się mówi), uświadamia jego absur­dal­ność i nie­godziwość. Po drugie, przy­bliża też Nel­sona Man­delę, jedną z jaśniej­szych postaci naszych czasów. Po trzecie, opowiada wspaniałą historię, nie­mal nie­praw­dopodobną, wydawałoby się moż­liwą tylko w kinie. Tym razem to jed­nak życie napisało scenariusz, z którego skorzystał póź­niej Clint Eastwood (film z Mor­ganem Freemanem i Mat­tem Damonem w rolach głównych).

Invic­tus to opowieść, która wzrusza, motywuje i daje nadzieję – tym więk­szą, że jest prawdziwa.

ocena45n

Plus za historię

John Car­lin
Invic­tus. Igrając z wrogiem
(szczegółowe infor­macje)


Którędy droga?

Mor­der­stwo na uniwer­sytecie jako pretekst do ukazania epoki.

Rok 1663, Anglia świeżo po restauracji Karola II na tron królew­ski. W Oxfor­dzie umiera jeden z profesorów Uniwer­sytetu, Robert Grove. Szybko okazuje się, że został zamor­dowany. Przez kogo i dlaczego? O tym opowiada czterech nar­ratorów: syn włoskiego kupca, syn zdrajcy króla, kryp­tolog pracujący ongiś dla par­lamentu oraz oks­fordzki historyk i antykwariusz.

Czytaj dalej

Pamiętniki znalezione w Katyniu

Zmarli mówią – świadec­two zza grobu.

Czytaj dalej

Przeszukaj stronę

Newsletter


Nasz NEWSLETTER, czyli wymarzone rozwiązanie dla wszystkich, którzy chcą być na bieżąco z najlepszymi książkami, a nie skarżą się przy tym na nadmiar wol­nego czasu. Raz w tygodniu na Twojego e-maila prześlemy informacje o nowo­ściach, recenzjach i konkursach. Żadnego spamu.









Losowy cytat


"Na szukanie lepszego świata nie jest jeszcze za późno"
Alfred Tennyson
 

Recenzje

Powrót do Stumilowego Lasu

4 września 2010 0

Czy zdarzyło Ci się kiedyś przy­pad­kiem – choćby pod­czas sprzątania – natknąć się za szafą na zapo­mnianego, wyświech­tanego misia, ukochaną zabawkę z dzieciń­stwa lub tą starą, zde­zelowaną lokomotywę, która wiozła cię przez tyle krain wyobraźni? Jakie to uczucie? Czyż nie przyjem­nie wsiąść w ten magiczny wehikuł czasu, zatopić się we wspo­mnieniach smakujących watą cukrową, łzami wywołanymi stłuczonym kolanem pod­czas pierw­szych jazd na rowerze? Takie odczucia towarzyszyły mi, gdy sięgnęłam po Powrót do Stumilowego Lasu. (Ocena 5/5)

Dziwnologia. Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych

3 września 2010 2

Dziw­nologia” Richarda Wisemana począt­kowo wydała mi się kolej­nym porad­nikiem typu – jak manipulować ludźmi. Takie przy­naj­mniej wrażenie odniosłam, gdy prze­czytałam blurb. Ha! Nic bar­dziej myl­nego. (Ocena 4/5)

Tajny agent Jaime Bunda

2 września 2010 0

Książka autora z Angoli o agen­cie taj­nej policji Jaime Bun­dzie została wydana nakładem nowej oficyny Claroscuro. Jeżeli wszyst­kie publikowane przez nie pozycje będą tak ciekawie napisane jak ta, to nic, tylko się cieszyć! (Ocena 4+/5)

Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego

1 września 2010 1

Książka pani patolog składa się ze wstępu, dwunastu roz­działów (swoistych odcin­ków) oraz epilogu – mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że kom­pozycja Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego przy­pomina miniserial. We wstępie Garavaglia wyjaśnia między innymi róż­nicę między patologiem a koronerem, infor­muje o „narzędziach” lekarza sądowego czy wresz­cie przy­bliża czytel­nikom pod­stawowe ter­miny związane z patologią sądową. (Ocena 3+/5))

Klucz do zaświatów

31 sierpnia 2010 0

Jeśli patrząc na nazwisko autora nie masz powszech­nego wrażenia „że gdzieś je już słyszałeś” – nie martw się, wszystko jest w porządku, a amnezja jesz­cze nie złapała Cię w swoje nie­widzialne ręce. Dan Poblocki z pomocą doborowej akuszerki – Naszej Księgarni – ukazuje światu swoje pier­worodne dziecko, Klucz do zaświatów. (Ocena 4/5)

Mechanizm serca

30 sierpnia 2010 0

Mechanizm serca” mnie zauroczył. Magiczną okładką, baśniowym opisem, nie­banal­nym pomysłem. Chęcią połączenia dwóch tak odległych sfer: uczuciowej (serce) i material­nej (zegar). Można powiedzieć: zostałam kupiona. Ale w miarę czytania okazywało się, że w samej tre­ści coś zgrzyta, skrzypi, chrzę­ści. (Ocena 3/5)

Gorzka czekolada

29 sierpnia 2010 1

Mówiąc szczerze, miałam pewne obawy co do tego, jak będzie wyglądać moja przy­goda z tą pozycją. Wąt­pliwo­ści te wynikały z tego, że w rekomen­dacji „Daily Mail” wyłowiłam szybko słowo „czytadło”. Dotych­czas wydawało mi się, że na tego typu powie­ści jestem uczulona do tego stop­nia, że nie będę w stanie przez Gorzką czekoladę prze­brnąć. A tu proszę! Zdziwienie! (Ocena 3/5)

Dzicy detektywi

27 sierpnia 2010 0

Zdarza się czasem, że czytając książkę, czujesz, jak­byś ślizgał się po powierzchni. Widzisz tylko wierz­chołek góry lodowej, ze strzępów słów próbujesz złożyć obraz, ale brakuje w nim szczegółów, zostaje tylko niejasne, ogólne wrażenie. Wiesz, że ten sam tekst prze­czytasz za rok, dziesięć, pięć­dziesiąt lat i za każ­dym razem odsłoni inne oblicze. Dopasuje się do twojej wiedzy, twoich prze­żyć i doświad­czeń. Po tym chyba poznaje się wiel­kie dzieła. (Ocena 4+/5)

Wszystkie boże dzieci tańczą

25 sierpnia 2010 0

Zbiór opowiadań Wszyst­kie boże dzieci tań­czą to kolejny z wielobarw­nych kwiat­ków, wyhodowany przez intrygującego Harukiego Murakamiego. Tym razem zostaliśmy uraczeni sze­ścioma historiami. Każda z nich jest zaskakująca i zdecydowanie różni się od pozostałych. (Ocena 4/5)

Zapiski z wielkiego kraju

24 sierpnia 2010 0

Jeśli chodzi o książkę Billa Brysona Zapiski z wiel­kiego kraju, to naczelne gazety Wiel­kiej Brytanii chwalą, chwalą i jesz­cze raz chwalą. W pełni zgadzam się z opinią brytyj­skich gazet, bowiem Zapiski… to literatura bar­dzo dobra; sar­kastyczna, ale przy tym inteligentna i skłaniająca do reflek­sji. (Ocena 5/5)

Czas na działkę

23 sierpnia 2010 1

Czy uprawianie ogródka dział­kowego może pomóc w osiągnięciu wewnętrz­nej rów­nowagi? Robin Shel­ton udowad­nia nam, że jest to moż­liwe. Razem ze swym przyjacielem Stevem prze­żywali kryzys, z którego wyciągnęła ich właśnie praca w ogrodzie. (Ocena 2/5)

Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin

22 sierpnia 2010 2

Chang Jung (zgod­nie ze zwyczajem, między innymi chiń­skim, nazwisko poprzedza imię) urodziła się w Yibin (Yibin znaj­duje się w prowin­cji Syczuan), w Chinach, w 1952 roku. Jej pierw­sze imię brzmi Erhong (znaczy tyle, co ‘drugi łabędź’, bowiem pierw­szym łabędziem była jej matka). W czasach wzmożonego kultu Mao (tuż przed Chiń­ską Rewolucją Kul­turalną), za namową Erhong, ojciec nadał jej imię Jung (Rong). Jung (Rong) to starochiń­skie słowo używane na „zmagania wojenne”, a wów­czas, u progu Rewolucji Kul­tural­nej, popularne było nadawanie imion związanych z walką i wojną.

Wielki bazar kolejowy

21 sierpnia 2010 1

Odkąd pamiętam, uwiel­białam podróżować pociągami. Lubiłam dworce, uczucie oczekiwania, tar­ganie ze sobą zapasów na drogę, ciekawe książki, które się czytało w trak­cie podróży, interesujące (lub nie) widoki za oknem, moż­liwość obser­wacji i ewen­tual­nej interak­cji z innymi podróż­nymi, nawet wagony restauracyjne.

Dopóki mamy twarze

20 sierpnia 2010 0

W pew­nym starożyt­nym bar­barzyń­skim królestwie rządzi poryw­czy król, którego bogowie nie obdarzyli synem. Ma nie­stety same córki — aż trzy. Jedna nie­rząd­nica, druga brzydka, a trzecia prze­piękna. Ta brzydka prak­tycz­nie wychowuje tę naj­pięk­niej­szą, ponie­waż matka zmarła przy porodzie. Siostry łączy nie­zwykła więź — kochają się bar­dzo, miło­ścią siostrzano-matczyną. Trudno nawet określić granice tego uczucia.

Złodzieje piasku

19 sierpnia 2010 0

Złodzieje piasku to historia porwania w Bag­dadzie w 2004 roku dzien­nikarza, słyn­nego korespon­denta wojen­nego – Daniela Lowen­steina. Jed­nak jest ona gęsto poprzetykana także wspo­mnieniami jego przyjaciół z kilku poprzed­nich wypraw w rejony naj­niebez­piecz­niej­szych działań wojen­nych: z Sarajewa, Gomy, Groznego. (Ocena 4/5)

Droga do raju

16 sierpnia 2010 1

Dokument ukazujący sur­realistyczną sytuację: kobieta, Żydówka, żona, matka, eks­pert do spraw ter­roryzmu, służąca armii Izrael­skiej. Naprzeciwko jej dwoje roz­mów­ców: mężczyzna-morderca, organizator ataków ter­rorystycz­nych, ich uczest­nik lub kobieta: złapana przed próbą dokonania samobój­czego zamachu czy rezygnująca z niego. Cel: dowiedzieć się, dlaczego Arabowie chcą zabijać (bo trzeba nazywać rzeczy po imieniu) cywilów izrael­skich, amerykań­skich – kogokol­wiek, kto zawadza. (Ocena 5/5)

Erynie

14 sierpnia 2010 0

Nie będzie prze­sadą, jeżeli napiszę, że była to jedna z naj­bar­dziej oczekiwanych książek tego roku. Nowy kryminał Krajew­skiego – hasło, na które żywo zareaguje każdy miłośnik tego gatunku. Erynie gosz­czą na pół­kach już od maja, od tego czasu pojawiło się o nich wiele sprzecz­nych opinii. Są i pochwały, i nagany. Czy Marek Krajew­ski – nazywany Mistrzem pol­skiego kryminału – sprostał grec­kim boginiom? (Ocena 4/5)

Podróż na koniec świata

13 sierpnia 2010 1

Podróż na koniec świata wień­czy czterotomowy cykl przy­gód rezolut­nego Joela. Wydawca na okładce umie­ścił infor­mację, jakoby lek­tura była adresowana do czytel­ników powyżej dwunastego roku życia; mnie jed­nak nie opusz­cza wrażenie, że domniemany tar­get wiekowy dla tej pozycji nie ist­nieje. (Ocena 3/5)

Złodziejka książek

12 sierpnia 2010 1

Publikacji dotykających tematyki II wojny światowej, holocaustu, a także samej śmierci powstało już tysiące. Dlatego Mar­kus Zusak dokonał rzeczy o ile nie nie­moż­liwej, to na pewno nie­zwykle trud­nej. Bo mistrzostwem jest pisanie na powtarzany wiele razy temat w nie­po­wtarzalny i zaskakujący spo­sób. (Ocena 5/5)

Dziewczyna w złotych majtkach

11 sierpnia 2010 0

Głów­nym bohaterem jest Luys Forest, pisarz, który namięt­nie oddaje się tworzeniu autobiografii. Nie­spodziewanie przy­bywa do niego Mariana, córka jego szwagierki, sprowadzając do domu tajem­nicze towarzystwo, nocne roz­mowy i dość luźne obyczaje… (Ocena: 4+/5)

Poradnik domowy kilera

7 sierpnia 2010 0

Znakomita książka Hal­l­grimura Hel­gasona, która nie pozwala się od siebie ode­rwać i ser­wuje por­cję roz­rywki w stylu Quen­tina Taran­tino, wspominanego zresztą na jej kar­tach. Błyskotliwie skon­struowana opowieść o zabójcy z wiel­kim sercem.

Nie kończąca się historia

3 sierpnia 2010 1

Mały chłopiec imieniem Bastian trafia do antykwariatu pana Korean­dera i zabiera stam­tąd książkę. Gruby, nie­śmiały, wyśmiewany przez kolegów i (jakby się zdawało) nie­kochany przez ojca chłop­czyk za jedyną swoją umiejęt­ność uważa wymyślanie historii. Uwiel­bia czytać, ponie­waż książki prze­noszą go w inny świat. W przy­padku tej opowie­ści prze­nosi się naprawdę. Ma jedyną w życiu szansę zrobić wszystko, czego tylko zapragnie. (Ocena: 5/5)

U2 The Name of Love

2 sierpnia 2010 1

Przed napisaniem recen­zji próbowałem policzyć wydawane na całym świecie książki poświęcone U2. Straciłem rachubę przy sześć­dziesiątej pozycji. Taka liczba nie powinna nikogo dziwić. W moje ręce wpadła ostat­nio naj­now­sza z nich. Panie i Panowie: Andrea Morandi, U2 The Name Of Love.

Szkoła dobrych manier profesora Michała Iwaszkiewicza

31 lipca 2010 3

Prof. dr hab. Michał Iwasz­kiewicz, autor Porad­nika dobrych obyczajów wydanego w 2006 roku, ponow­nie dzieli się z nami swoją wiedzą dotyczącą protokołu dyplomatycz­nego, „dobrych obyczajów” i szeroko pojętej kul­tury osobistej. Rów­nie obiecujący jest wstęp prof. zw. dr hab. Jana San­domier­skiego, który chwali nie­wąt­pliwe zalety pozycji. Czy jed­nak tego typu publikacja jest rzeczywi­ście potrzebna? (Ocena 3/5)

Wagon Rosja

28 lipca 2010 0

Chociaż Natalii Kluczariowej nie można nazwać pisarką oryginalną, kiedy znamy pol­skie prze­kłady między innymi powie­ści Zachara Prilepina czy opowiadań Iriny Dienież­kinej, bo tupanie młodej Rosji usłyszeć można było w „Sań­kji” czy „Daj mi”, jest jed­nak „Wagon Rosja” książką ważną i przejmującą.

Kobieta do zadań specjalnych

26 lipca 2010 0

Kobieta do zadań specjal­nych, czyli szalona Zu (Zuzanna Rosz­kow­ska), bohaterka powie­ści Słomiana wdowa wydanej przez Iwonę Czar­kow­ską w zeszłym roku, ponow­nie wkracza do akcji. Rów­nież tym razem nie zabrak­nie jej nie­kon­wen­cjonal­nych pomysłów, buj­nej wyobraźni oraz… pecha. (Ocena 3+/5)

Rozkoszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycznych

25 lipca 2010 0

Roz­koszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycz­nych to … właśnie. Długo myślałam, jak dokoń­czyć to zdanie i chyba nie jestem w stanie określić, czym jest ta antologia. Zbiorem opowiadań erotycz­nych, ale… Po tytule oczekiwałam czegoś więcej, że będę czytała tę książkę z wypiekami na twarzy, a jeśli nie, to chociaż z żywym zain­teresowaniem. (Ocena 2/5)

Zapasy z życiem

24 lipca 2010 0

Eric-Emmanuel Schmitt pracuje pełną parą. Wiosną tego roku wydaw­nic­two „Znak” wypu­ściło powieść Ulis­ses z Bag­dadu, a już w lecie możemy zakupić Zapasy z życiem. Czy autor kul­towego Oskara i pani Róży nie nazbyt się spieszy? Czy kolejny pisarz znów uraczy nas zasadą – ilość, a nie jakość? Nie­stety, odpowiedź jest twier­dząca. (Ocena 3+/5)

Skarby w cieniu swastyki

23 lipca 2010 1

O w mordę, bursz­tynowa kom­nata! Ale suuupeeer! Tak mniej więcej wyglądała moja wczesnogim­nazjalna reak­cja na książkę, której recen­zję właśnie czytacie. Pozycja nazywa się Skarby w cieniu swastyki, a ten zło­wrogi tytuł nadał jej oczywi­ście autor, którym jest Leszek Adam­czew­ski. (Ocena 4/5)

Ostrze

22 lipca 2010 0

Czym jest Ostrze? Kryminałem? Ale mor­dercę poznajemy znacz­nie wcześniej niż na końcu. Powie­ścią historyczną? Nie jesteśmy w stanie określić precyzyj­nie ani czasu, ani miej­sca, o realizmie postaci nie wspominając. To może fan­tastyką, bo prze­cież pojawia się motyw pak­towania z szatanem i korzystania z jego mocy? Kolejny strzał w poprzeczkę. (Ocena 4+/5)

Moje pierwsze samobójstwo

21 lipca 2010 1

Przy­padek Jerzego Pil­cha pokazuje, jak ambiwalentną war­tość ma ustalony spo­sób pisania. Barokowość stylu, nawiązywanie do ustalonych motywów – to wszystko sprawiło, że jego pisar­stwo zyskało z biegiem lat ustaloną renomę. Pilch w swej twór­czo­ści nie jest ambiwalentny. Albo się podoba, albo nie.

Doktor Karolina

20 lipca 2010 1

Młoda, ambitna, ze świeżo obronionym dyplomem magistra weterynarii – cała dok­tor Karolina. Wyruszyła na siel­ską i aniel­ską wieś do dziadka – emerytowanego leśniczego. Pech chciał, że zepsuł się jej samo­chód, taka drob­nostka, ale nie dla praw­dziwej kobiety! Albowiem – jak na praw­dziwą kobietę przy­stało – bohaterka uważa, że poradzi sobie sama i tym samym odrzuca pomoc przy­stoj­nego bruneta… z którym będzie jej dane spo­tkać się jesz­cze nie jeden raz. (Ocena 4+/5)

Wiersze dla dzieci

19 lipca 2010 1

Twór­czość Kon­stan­tego Ildefonsa Gał­czyń­skiego zawsze zaskakuje swoją absur­dalną fan­tazją, dlatego bar­dzo dobrze wpasowuje się w nurt literatury dziecięcej. Z owej magicz­nej skarb­nicy skorzystało wydaw­nic­two „Zysk i Spółka”, wypusz­czając piękne wydanie wier­szy znanego poety. (Ocena 4+/5)

Prawo, nie zemsta. Wspomnienia

17 lipca 2010 0

Nie­zwykłe wspo­mnienia człowieka zwanego „łowcą nazistów”, zawarte w ponad czterystustronicowej książce. Człowieka, który ocalał z Holokaustu, stracił przy tym ponad osiem­dziesięciu człon­ków rodziny. Na świecie pozostał tylko on i żona odnaleziona po wielu latach.

D-Day. Bitwa o Normandię

16 lipca 2010 1

D-Day – jeden z prze­łomowych momen­tów II wojny światowej, bez­preceden­sowa w swojej skali operacja, która zmieniła prze­bieg walk w Europie. Wydarzenie to stało się tematem fil­mów, gier kom­puterowych, także oczywi­ście książek – w tym sześć­set­stronicowej cegiełki Antony’ego Beevora: D-Day. Bitwa o Nor­man­dię. (Ocena 5/5)

Najnowsze komentarze

  • Szczery: Taaa... Lubisz to! :P Facebookowy konkurs, a fe xP No nic, tym razem widać nie wezmę udziału :)...
  • kalio: Pablo - no właśnie wszystko zależy:) Z tym szczerym uśmiechem to właśnie chodzi o oczy, ale nie będę udawała, że już wszystko wiem - odsyłam do książ...
  • pablo: Mnie namówiłaś! Kurcze, to teraz już nie wiem na co patrzeć jak mi będzie ktoś ściemniał... a uśmiech szczery to ten od którego robią się zmarszczki w...
  • freya: BOOK Z WAMI I Z OMNIO TWOIM :)...
  • allla: Oczywiście "Paragraf 22"! To książka, którą przeczytałam już kilkakrotnie. Sięgam po nią zawsze kiedy mam ochotę poprawić sobie humor, kiedy mam ochot...