Główna » Recenzje » Artykuły i newsy

Powrót do Stumilowego Lasu

.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś przy­pad­kiem –  choćby pod­czas sprzątania – natknąć się za szafą na zapo­mnianego, wyświech­tanego misia, ukochaną zabawkę z dzieciń­stwa lub tą starą, zde­zelowaną lokomotywę, która wiozła cię przez tyle krain wyobraźni? Jakie to uczucie? Czyż nie przyjem­nie wsiąść w ten magiczny wehikuł czasu, zatopić się we wspo­mnieniach smakujących watą cukrową, łzami wywołanymi stłuczonym kolanem pod­czas pierw­szych jazd na rowerze? Takie odczucia towarzyszyły mi, gdy sięgnęłam po Powrót do Stumilowego Lasu. Są to nowe przy­gody Kubusia i jego przyjaciół napisane przez Davida Benedic­tusa w duchu oryginal­nych powie­ści .

Jest to prze­piękne wydanie – czytelna czcionka, intrygująca okładka, a z tła zielonego lasu wycięto syl­wetki naszych bohaterów. Gdzie się schowali? Na pewno wyruszyli w poszukiwaniu nowych przy­gód! Lek­turę uprzyjem­niają urzekające rysunki: delikatne akwarelki pod­ciągnięte piórkiem.

Zain­teresował mnie wstęp: dialog autora z postaciami bajki. Kłapouchy wyraża swe powąt­piewania, czy uda się wskrzesić klimat magicz­no­ści Stumilowego Lasu po osiem­dziesięciolet­niej prze­rwie. Za to Krzyś dodaje otuchy i wyraża chęć pomocy. Już od pierw­szych linijek ujaw­nia się indywidualny charak­ter każ­dego z nich.

Wszystko zaczyna się od tego, że Krzyś powraca do lasu. Przyjaciele szykują mu wielką niespodziankę…

Osiołek roz­postarł nogi i uniósł się powoli.

- Cał­kiem tu wygod­nie — oznaj­mił — jak na pieniek. Jestem pewien, że Krzysiowi będzie się dobrze siedziało, bo mu wygrzałem miejsce.

Ale Krzysia wciąż nie było.(…) — Krzyś na pewno nie­bawem tu dotrze.

A Prosiaczek dodał:

- Przy­pusz­czam, że miał bar­dzo długą drogę.

- Skąd wiesz — zdziwił się Królik -  Jak długą?

- Może zatrzymał go jakiś krzak jeżyn -  zaniepokoił się Puchatek — One tak czasami robią.

- Albo Słoń — powiedział Prosiaczek i zadrżał na samą myśl.

Wów­czas słońce schowało się za jedną jedyną chmurkę na nie­bie i słoneczne cętki znik­nęły z Lasu, a potem znów się pojawiły, czyli zrobiły to samo, co zrobił Krzyś, jeśli wierzyć Pogłosce.

Opowiadania napisano prostym, lecz urokliwym językiem. Mali czytel­nicy nie będą mieli trud­no­ści ze zro­zumieniem tre­ści, to pewne. Rów­nież powtórzenia odgrywają tu dużą rolę, pozwalają dziecku skupić się na naj­waż­niej­szej rzeczy, nie traci ono wątku. To wyjąt­kowo war­to­ściowa pozycja, zabawne historie pozwalają miło spędzić czas (czytałam Powrót do Stumilowego Lasu mojemu młod­szemu rodzeń­stwu i z przyjem­no­ścią obser­wowałam błysz­czące z zaciekawienia oczy maluchów), jak rów­nież wpływają na prawidłowy roz­wój. Są  pouczające, pełne życiowych mądro­ści wplecionych w wesołe anegdotki.

To nie­wąt­pliwie nie­samowita gratka dla małych słuchaczy, ale rów­nież powrót do lat młodo­ści dla tych star­szych. Na pewno opowie­ści o Miodowym Łasuchu i jego przyjaciołach zachęcą do przy­gody z czytaniem niejed­nego trzecioklasistę.

ocena5

Kubuś Puchatek — Reak­tywacja

David Benedic­tus
Powrót do Stumilowego Lasu

(szczegółowe infor­macje)


Dziwnologia. Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych

.

Dziw­nologia Richarda Wisemana począt­kowo wydała mi się kolej­nym porad­nikiem typu – jak manipulować ludźmi. Takie przy­naj­mniej wrażenie odniosłam, gdy prze­czytałam blurb.

Ha! Nic bar­dziej myl­nego. Owszem, na początku nie porywa, gdy autor dość żmud­nie opisuje przy­gotowania do eks­perymen­tów i dlaczego bada to, a nie coś innego. Pierw­szy poruszony problem, a mianowicie wpływ położenia ciał nie­bieskich na szczę­ście lub pecha ludzi, przed­się­wzięć, realizację planów – otóż ta właśnie astrologia nie prze­mówiła do mnie. Ten wstęp mnie znudził. Jed­nak postanowiłam nie pod­dawać się, czytałam dalej. I ten wysiłek został wynagrodzony bar­dzo ciekawą lekturą.

Zagad­nienie roz­poznawania kłam­czuchów mnie naprawdę zain­teresowało. To już bliż­sze naszemu zwykłemu życiu. Czy potrafimy roz­poznać, kiedy ktoś nas okłamuje? Autor obala tezę mówiącą, że mowa ciała demaskuje oszusta. Można patrzeć komuś prosto w oczy i łgać, aż ziemia pod nami jęczy! Żadne uciekanie wzrokiem, żadne wykręcanie pal­ców, ner­wowe skubanie spodni, pocieranie nosa – to są mity. A może jesz­cze wydaje Wam się, że wiecie, kiedy okłamuje Was mąż, żona, dziecko? Naiwni ludzie! I znowu autor udowod­nił, że nie roz­poznamy kłamstw naj­bliż­szych tak samo, jak obcych sobie ludzi. I to właśnie było dobre — krok po kroku przed­stawił eks­perymenty, badania, wnioski. Naprawdę szokujące!

Potem było o uśmiechach – jak poznać, który szczery, a który sztuczny. Albo jak można samą sugestią spo­wodować, że człowiek przy­po­mni sobie wydarzenia, które nigdy nie miały miej­sca. Pamięć jest bar­dzo zawodna i plastyczna – można wmówić komuś, że widział coś, czego nigdy nie było. No, ale to akurat mnie nie zaskoczyło. W wielu kryminałach autorzy poruszali ten problem – świad­kowie zdarzeń pamiętają bar­dzo różne rzeczy, nie­którzy zmyślają.

Książka okazała się bar­dzo ciekawa, naprawdę. Te różne sztuczki zwłasz­cza przy roz­poznawaniu kłam­ców – no, cudo. A przy tym napisana językiem prostym, przy­stęp­nym, zro­zumiałym dla mnie – nie naukowca prze­cież. Ogromne poczucie humoru autora powodowało, że czasami śmiałam się w głos z efek­tów nie­których badań psychologów. Właśnie element humoru jest jed­nym z waż­niej­szych atutów książki. O eks­perymen­tach naukowych, wzajem­nym oddziaływaniu ludzi na siebie napisano już wiele. Dziw­nologia wyróż­nia się spo­śród nich lek­ko­ścią nar­racji – czyta się ją nie jak porad­nik czy pod­ręcz­nik, lecz jak opowieść o tym, że autor bawił się, badając kwestie kłam­stwa, sztucz­no­ści uśmiechów czy wpływu gwiazd na decyzje ludzi. Nie przy­tłacza ogromem liczb, danych, zestawień, tabelek. Po prostu mówi do czytel­nika – zobacz, jakie to ciekawe, wiedziałeś, że tak jest?

Nie będę namawiać wprost na prze­czytanie tej książki, bo wiem, że takie namowy niejed­nokrot­nie przynoszą odwrotny skutek. Powiem po prostu tak – jeśli interesują cię interak­cje międzyludz­kie, to zaj­rzyj do tej książki. Jeśli wydaje ci się, że wiesz, jak roz­poznać kłam­czucha i jeśli myślisz, że nikt cię na nic nie naciągnie, że jesteś odporny na wszel­kie „nie­spotykane okazje”, promocje – przeczytaj.

ocena4

Polecam tym, którym wydaje się, że wiedzą ;)

Richard Wiseman
Dziw­nologia. Odkrywanie wiel­kich prawd w rzeczach małych

(szczegółowe infor­macje)


Tajny agent Jaime Bunda

.

Książka autora z Angoli wydana nakładem nowej oficyny Claroscuro. Jeżeli wszyst­kie publikowane przez nie pozycje będą tak ciekawie napisane jak ta, to nic, tylko się cieszyć!

Jak można wywnioskować z tytułu, główny bohater – Jaime Bunda – jest agen­tem taj­nej policji. A dokład­niej, agen­tem taj­nej policji Luandy, miasta w Angoli. Służby te wzbudzają postrach w każ­dym z obywateli, nazywane są Bun­krem (dlaczego – dowiecie się, czytając książkę). Do pracy  został tam przyjęty ze względu na koligacje rodzinne z jed­nym z dyrek­torów, godziny mijają mu głów­nie na obijaniu się. Do czasu jed­nak – nagle dostaje zadanie wytropienia gwał­ciciela i zabójcy nastolatki. Jaime zabiera się do pracy z wiel­kim zapałem – w końcu coś się dzieje, a na dodatek została mu powierzona nie­wielka władza, dostaje też do dys­pozycji samo­chód oraz telefon komór­kowy, polep­sza się jego sytuacja życiowa. Nasz bohater korzysta z tego, ile może.

Zadziwiający jest fakt, że Jaime – wiel­biciel amerykań­skich kryminałów (z których czer­pie swą wiedzę zawodową) oraz posiadacz olbrzymich poślad­ków (dzięki którym uzyskał swoje prze­zwisko „Bunda”) – fak­tycz­nie zaczyna powoli roz­wikływać powierzoną mu sprawę, wpada na różne dodat­kowe, a także znaj­duje powiązania z wysoko postawionymi osobami. Zaczyna to kom­plikować całą sytuację, pojawiają się roz­grywki per­sonalne. Co się stanie i czy uda mu się roz­wiązać zadanie? A może wręcz odwrot­nie – wyląduje na bruku?

Cała ta historia jest zgrab­nie prze­platana komen­tarzami dotyczącymi sytuacji w Angoli. Dzięki naszemu agen­towi mamy okazję poznać bliżej dzieje tego kraju i problemy, z którymi się boryka. Możemy przyj­rzeć się walce z korup­cją, nepotyzmem, spo­łeczną apatią, roz­war­stwieniem spo­łecz­nym, ter­rorem służb specjalnych.

Wbrew pozorom, nie jest to książka trudna i zasmucająca. Autor ma naprawdę ciekawy styl pisania, a  humor (lekko absur­dalny), którym okraszona jest fabuła, pozwala nam przejść przez lek­turę bez przy­gnębienia, ciągle jed­nak z reflek­sją na temat sytuacji, którą poznaliśmy.

Oprócz ciekawego humoru zaprezen­towanego w tej książce, bar­dzo spodobał mi się spo­sób nar­racji – czterokrot­nie zmieniany jest nar­rator, co pozwala na poznanie roz­woju sytuacji z róż­nych punk­tów widzenia. A na dodatek pisarz wprowadził pewną interak­cję na linii autor-czytelnik, zagadując nas od czasu do czasu oraz wyjaśniając swoje decyzje. Zabieg interesujący, w moim przy­padku wzbudzał uśmiech oraz zaciekawienie dal­szym roz­wojem akcji.

Nie­zmier­nie mi się ta powieść podobała i z wielką chęcią sięgnę po kolejne pozycje tego autora – o ile zostaną prze­tłumaczone na język pol­ski. Nie­zwykła nar­racja, spora dawka dobrego humoru, spryt­nie wpleciony wątek społeczno-polityczny oraz intrygujący bohaterowie to kom­binacja, która pod­biła moje serce.


James Bond ma kon­kuren­cję?

Pepetela
Tajny agent Jaime Bunda
(szczegółowe infor­macje)


Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego

.

Jan Garavaglia urodziła się w 1956 roku, obec­nie jest lekarzem sądowym w Orlando na Florydzie. W Pol­sce znają ją tyleż czytel­nicy, ile widzowie, bowiem pani dok­tor realizuje program dokumen­talny pod tytułem Dr. G (ang. Dr. G: Medical Examiner). Jan Garavaglia, między innymi w związku z ogromną popular­no­ścią programu, zdecydowała się napisać książkę na pod­stawie swoich doświad­czeń zawodowych.

W 2008 roku światło dzienne ujrzała publikacja Garavaglii, którą pol­ski czytel­nik, dzięki Wydaw­nic­twu Znak, ma już moż­liwość prze­czytać. Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego, o czym prze­konuje nas tytuł, w założeniu ma być porad­nikiem: jak unik­nąć przed­wczesnej śmierci. Co ważne, pol­ska edycja książki zaopatrzona jest w odpowied­nie przy­pisy wszędzie tam, gdzie amerykań­skie roz­wiązania odnośnie do służby zdrowia są roz­bieżne z pol­skimi. Dzięki temu uzyskujemy kilka cen­nych informacji.

Książka pani patolog składa się ze wstępu, dwunastu roz­działów (swoistych odcin­ków) oraz epilogu – mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że kom­pozycja Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego przy­pomina miniserial. We wstępie Garavaglia wyjaśnia między innymi róż­nicę między patologiem a koronerem, infor­muje o „narzędziach” lekarza sądowego czy wresz­cie przy­bliża czytel­nikom pod­stawowe ter­miny związane z patologią sądową.

Pierw­sze dwa roz­działy książki Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego poświęcone zostały: obawom związanym z wizytą u lekarza, błęd­nie wydawanym przez far­maceutów medykamen­tom, tudzież nie­prze­strzeganiu przez pacjen­tów zaleceń lekarza. Nie brak rów­nież wzmianki o działaniu suplemen­tów diety. W roz­dziale trzecim Garavaglia opisuje choroby i urazy, których nabawić możemy się w… szpitalu. Następ­nie porusza problem wypad­ków na drodze. W piątym roz­dziale pani patolog zaj­muje się (nad)wagą oraz prawidłowym odżywianiem. Kolejne trzy roz­działy poświęcone zostały odpowied­nio: alkoholizmowi, nar­komanii i paleniu papierosów. W roz­dziale dziewiątym Jan Garavaglia opisuje nie­bez­pieczeń­stwa czyhające na nas w otaczającym nas środowisku – jak choćby ulat­niający się tlenek węgla. Specjal­nie dla męż­czyzn pani patolog napisała odrębny (dziesiąty) roz­dział, bo – jak powszech­nie wiadomo – więk­szość męż­czyzn zwleka z pój­ściem do lekarza. Następ­nie, w roz­dziale jedenastym, Jan Garavaglia przy­gląda się poten­cjal­nym zagrożeniom, przed którymi powin­niśmy się strzec pod­czas wakacji, wyjaz­dów turystycz­nych, urlopów. Ostatni roz­dział to recepta na długo­wiecz­ność – autorka pisze o pozor­nych „oczywisto­ściach”, o których na co dzień nie pamiętamy bądź w których skutecz­ność często wąt­pimy. Paradok­sal­nie jed­nak to one mogą prze­dłużyć nasze życie. Epilog zaś składa się z… dziesięciu lek­cji przetrwania.

Jan Garavaglia w każ­dym z roz­działów przy­tacza wiele (auten­tycz­nych!) przy­kładów nie­typowych zgonów. Opisuje swoje problemy pod­czas ustalania przy­czyn śmierci. Nie ma tu jed­nak spek­takular­nych działań, super­nowoczesnego sprzętu, który znamy z wielu fil­mów czy seriali telewizyj­nych. Jest zamiast tego intuicja, wiedza, prak­tyka, żmudna praca i oddanie. Pani patolog z wielką uwagą i profesjonalizmem pod­chodzi do swojej pracy – nie bagatelizuje żadnych okolicz­no­ści, niuan­sów, śladów oraz tropów. Jest skrupulatna i dociekliwa.

Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego to, jak już wspo­mniałam, porad­nik z mnóstwem przy­kładów, z wieloma zaskakującymi historiami i aneg­dotami. Książka napisana jest swobod­nym stylem, mimo iż często ujaw­nia się zacięcie dydak­tyczne autorki – poucza nie­sfor­nego czytelnika-potencjalnego pacjenta. Inna sprawa, że pani patolog kiedyś pracowała w przy­chodni i z tego okresu pozostało jej wiele nie­przyjem­nych wspo­mnień – ot, sporo pacjen­tów kom­plet­nie ignorowało jej zalecenia, nie przyj­mowało zapisanych leków i per­manent­nie przy­chodziło z tym samym problemem (nie­mal jak u serialowego dok­tora House’a).

Porad­nik Garavaglii czyta się nie­zwykle szybko. Kolejne prezen­towane przy­kłady tragicz­nych i tajem­niczych zgonów są nie­zmier­nie intrygujące. Pani patolog nie epatuje krwią, prze­mocą czy makabrą. Opowiada bowiem o przy­pad­kach, w których nasza nie­uwaga oraz bagatelizowanie nie­po­kojących objawów i symp­tomów przy­czynia się do nagłego, nie­spodziewanego zgonu. Jed­nym słowem, Jan Garavaglia pragnie ustrzec czytel­ników przed przed­wczesną „wizytą” na stole sekcyjnym.

Minusami są przede wszyst­kim ciągłe powtórzenia „dobrych rad”, nad­mierne roz­wodzenie się autorki nad uczuciami rodzin zmar­łych czy trak­towanie czytel­nika jak nie­po­słusz­nego ucznia, co może skutecz­nie znie­chęcić do dal­szego czytania. Mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego to książka „prze­gadana”. Interesujące i waż­kie problemy opisane są w paru zdaniach, zaś cała nie­po­trzebna quasi–opowie­ściowa otoczka roz­winięta aż za bar­dzo. Dla wytrwałych.


Wykład o nie-umieraniu

Jan Garavagila
Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego
(szczegółowe infor­macje)


Klucz do zaświatów

.

Klucz do młodzieży

Jeśli patrząc na nazwisko autora nie masz powszech­nego wrażenia „że gdzieś je już słyszałeś” –  nie martw się, wszystko jest w porządku, a amnezja jesz­cze nie złapała Cię w swoje nie­widzialne ręce. Dan Poblocki z pomocą doborowej akuszerki –  Naszej Księgarni – ukazuje światu swoje pier­worodne dziecko, Klucz do zaświatów. Historia z początku wydaje się banalna – dwunastoletni chłopiec prze­prowadza się z rodzicami do upior­nego miasteczka, w którym od kil­kunastu lat wydarzają się nie­samowite historie, jed­nak po prze­brnięciu przez pierw­sze roz­działy nawet dorosły czytel­nik ma szansę na ciekawe odkrycia. Oczywi­ście nie należy zapominać, że całość została napisana raczej z prze­znaczeniem dla osób młod­szych, w związku z powyż­szym nie doszukamy się skom­plikowanej fabuły lub filozoficz­nych wywodów. Możemy za to podziwiać piękną klamrę kom­pozycyjną cało­ści utworu, ideal­nie wień­czącą „dzieło” i  kilka zaskakujących pomysłów, których nie zdradzę, aby kosz­towanie lek­tury było przyjemniejsze…

Odwyk i nowe uzależnienie

Myślicie, że tak zwane „książki dla młodzieży” nie mogą zastąpić nastolat­kom nar­kotyzujących mediów? Bohaterem powie­ści jest chłopiec, który wpadł w sidła innego uzależ­nienia – od czytania. W zawoalowany spo­sób pisarz prze­mycił ciche prze­słanie, iż nie musimy zamykać naszej wyobraźni w klatce monitorów, lecz możemy puścić wolno jej wodze i pozostawić pole do działania. Być może nie był to świadomy zamysł Pobloc­kiego, ale pozycja ta staje się bar­dzo sym­boliczna. Eddie, począt­kowo realistycz­nie myślący, powoli daje się prze­nieść w świat książek swojego ulubionego mistrza pióra, w świat, który zaczyna przej­mować kon­trolę nad jego życiem. Fabuła staje się więc odzwier­ciedleniem samego procesu czytania, pod­czas którego pod­świadomie uznajemy za rzeczywistość to, co jest fik­cją. Dzięki tej powie­ści Twoje dziecko zro­zumie jak nieograniczone moż­liwo­ści daje nam nasza wyobraź­nia i być może zapocząt­kuje ona nowe, budujące uzależnienie.

Kon­tro­lowana groza

Autor przez całą historię obdarza nas kon­tro­lowaną dawką grozy. Już od samego początku stajemy się uczest­nikami nie­codzien­nego wypadku, dlatego młody czytel­nik nie będzie miał czasu aby poczuć znużenie  czekaniem na roz­wój wydarzeń.

Nie­bieskie kombi wyłoniło się zza ostrego zakrętu w chwili, gdy stworzenie wypadło z lasu. Pierw­szy zobaczył je Eddie – prze­mknęło na długich i cien­kich łapach jak czarna smuga. (…) Książka, którą czytał chłopiec, wyleciała mu z rąk i uderzyła o opar­cie przed­niego fotela, a mama przy­trzymała się sufitu i jęknęła.

Fabuła usiana jest mnóstwem zwrotów akcji, bar­dziej lub mniej spo­dziewanych, jed­nak zawsze trzymających w napięciu. Dodat­kowo pozytywne wrażenie sprawia ciekawa okładka, wprowadzająca w tajem­niczy nastrój, który nie minie aż do ostat­niej strony.

„Prostojęzycz­ność”

Powieść napisana została językiem bar­dzo prostym, dlatego nie polecałabym jej dorosłym czytel­nikom, gdyż mogliby czuć nie­do­syt i uśmiechać się z politowaniem. Począt­kujący bibliofil może trak­tować tę pozycję jako miłą roz­grzewkę przed czekającym go wyzwaniem (znaj­dującym się na stronach dzieł  wybit­nych twór­ców), która z pew­no­ścią nie znie­chęci go do dal­szych poszukiwań (co mogłoby się stać gdyby wziął do ręki zbyt trudną lekturę).

ocena4

Wytrych do wyobraźni

Dan Poblocki
Klucz do zaświatów

(szczegółowe infor­macje)


Mechanizm serca

.

Mechanizm serca mnie zauroczył. Magiczną okładką, baśniowym opisem, nie­banal­nym pomysłem. Chęcią połączenia dwóch tak odległych sfer: uczuciowej (serce) i material­nej (zegar). Można powiedzieć: zostałam kupiona. Ale w miarę czytania okazywało się, że w samej tre­ści coś zgrzyta, skrzypi, chrzę­ści.

Okładka książki szum­nie głosi: baśń dla dorosłych. Pamięć bez­wied­nie przy­wołała wspo­mnienie baśni Ander­sena czy braci Grimm… Tu jed­nak docelową grupą czytel­ników są dorośli! Tak, to już ja – bo od kilku lat noszę w port­felu dowód osobisty. Więc odrzucam lalki i misie w kąt na rzecz baśni dla dorosłych – czyli też dla mnie. A moja ciekawość nie­ustan­nie wzrasta. Spo­dziewam się historii, która prze­niesie mnie w inny świat, a która jed­nocześnie wzbogaci mnie w mądro­ści przy­datne w tym świecie. Na wszelki wypadek sięgam jesz­cze po słow­nikową definicję baśni, by spraw­dzić, czy nie mam wobec niej zbyt wygórowanych oczekiwań (nie mam, jak się okazuje), i pełna optymizmu zasiadam do lektury.

Treść – cóż, nie jest porywająca. Całej oczekiwanej magii wystar­czyło led­wie na opis z okładki. Wiarygod­no­ści nie wzbudza Jack, główny bohater, który w wieku 10 lat o pier­siach swojej (praw­dopodob­nie) rówieśniczki mówi, że „wyglądają jak malut­kie bezy, upieczone tak wyśmienicie, że byłoby nie­tak­tem nie schrupać ich natych­miast”. Z nie­smakiem czytam też opis chłopca porów­nanego do psa obwąchującego gówno. Nie umiem natomiast powiedzieć, jakie uczucia wzbudza we mnie imię Cun­nilin­gus – tak bowiem Jack nazwał chomika podarowanego mu na urodziny przez jego znajome prostytutki. (Tak, wciąż mówimy o tym samym 10-letnim chłopcu). Jeśli wyznacz­nikiem książki dla dorosłych jest brak zahamowań przed jakim­kol­wiek poruszaniem tematu sek­sual­no­ści – to fakt, jest to książka dla dorosłych. Wpraw­dzie naj­bar­dziej infan­tylna spo­śród tych, z którymi miałam do czynienia, ale wciąż dla dorosłych. Nie­stety nijak się do tego ma treść: ani nie jest głęboka, ani specjal­nie wzruszająca. Poziomem dorów­nuje prozie Paula Coelho. A płynące z niej wnioski? Hm, może: kobiety są wredne? Lub raczej: piękne kobiety są wredne? Miłość boli, zakochani męż­czyźni są dobrzy, choć poszkodowani, a czarne charak­tery się nie zmieniają… A ta cała sprawa z zegaroser­cem? Blef. Nic więcej.

Jestem czytel­nikiem wraż­liwym na słowa: ważne jest dla mnie nie tylko to, co się pisze, lecz także to, jak się pisze. Chcę zachwycać się nad pięk­nymi zdaniami, zgrab­nymi połączeniami, fan­tazyj­nymi metaforami. Uwiel­biam wynotowywać pojedyn­cze frazy, frag­menty dialogów lub wręcz całe akapity. Diabeł tkwi w szczegółach, czyż nie? Dlatego pod­czas czytania Mechanizmu serca męczyłam się nie­samowicie. Być może to wina nie naj­lep­szego tłumaczenia, a może tego, że Mathias Mal­zieu jako prozaik wciąż stawia pierw­sze kroki – fak­tem jed­nak jest to, że zdania są krót­kie, głów­nie pojedyn­cze, bar­dzo proste, a czasem wręcz śmieszne ze swoimi wydumanymi, grafomań­skimi metaforami. Taka maniera pisar­ska przy­pomina wypracowania dzieci z gim­nazjum – które wpraw­dzie mogą mieć coś do prze­kazania, lecz wciąż wypracowują sobie odpowied­nie do tego narzędzia. Brnięcie przez poszat­kowane zdanka autora przy­pominało wspinanie się po niziut­kich schod­kach: stawiasz krok za krokiem na każ­dym z nich, lecz z czasem zaczyna cię dener­wować brak moż­liwo­ści prze­skoczenia kilku naraz – a takie drobienie tylko potęguje zmęczenie i irytację. Cel nie jest tego wart.


Czyta się mechanicz­nie, bez udziału serca

Mathias Mal­zieu
Mechanizm serca
(szczegółowe infor­macje)


Gorzka czekolada

.

„Wina, żądza, strach. Strach, żądza, wina. Kolej­ność nie­ważna. Istotna jest treść”.

Cytat pochodzi rzecz jasna z książki, którą dopiero co skoń­czyłam czytać. Mówiąc szczerze, miałam pewne obawy co do tego, jak będzie wyglądać moja przy­goda z tą pozycją. Wąt­pliwo­ści te wynikały z tego, że w rekomen­dacji „Daily Mail” wyłowiłam szybko słowo „czytadło”. Dotych­czas wydawało mi się, że na tego typu powie­ści jestem uczulona do tego stop­nia, że nie będę w stanie przez Gorzką czekoladę prze­brnąć. A tu proszę! Zdziwienie! Bo nie tylko mi się to udało (bez żadnych skut­ków ubocz­nych), ale też  pozwoliłam autorce zain­teresować mnie losami głów­nych bohaterek.

Pierw­sze skrzypce grają w tej historii trzy, na pozór zupeł­nie różne kobiety. Poznajemy je na etapie, kiedy są jesz­cze młode, piękne, z planami na przy­szłość i całym życiem przed sobą. Na pobież­nym zaznajamianiu się z dziew­czętami  i ich otoczeniem mija nam pierw­szych kil­kana­ście stron. A potem leci już lawinowo: bohaterki doj­rzewają, plany na przy­szłość zostają zweryfikowane, a życie… Cóż, okazuje się, że „dorosłe życie ma smak gorz­kiej czekolady”.

Przy­gód, problemów i perypetii które spo­tykają każdą z postaci spo­koj­nie wystar­czyłoby na obdzielenie dziesięciu kobiet. Wszystko to niby zdarza się na co dzień ludziom dookoła nas, ale przy­tłacza nieco skumulowanie tego w ciągu trzydziestoparolet­niego życia Laury, Melanie i Améline.

Można w tej powie­ści odnaleźć sporo interesujących, zmuszających do reflek­sji (a czasem nawet wzruszających) wąt­ków. Autorka nie boi się poruszać trud­nych tematów. Stawia bohaterki przed licz­nymi, często dramatycz­nymi wyborami, by potem przed­stawić ich kon­sekwen­cje. A z drugiej strony, rów­nie dużo jest w niej przy­długich opisów i monoton­nych dialogów. Nie muszą one jed­nak razić innych czytel­ników – tych lubiących „czytadła” – tak jak mnie (wszystko przez moje wspo­mniane już uczulenie).

Życie kobiety proste nie jest, to prawda stara jak świat. Męż­czyźni twier­dzą, że to przez naszą „pokręconą” psychikę, a my w odwecie, że to przez nich. Właśnie wokół związ­ków damsko-męskich kręci się prawie cała akcja powie­ści. Ten temat prze­rabiany jest w książce od każ­dej moż­liwej strony. Wszystko zaczyna się od mezaliansu. Dalej mamy młodą dziew­czynę uwiedzioną przez star­szego, żonatego żołnierza i nastolatkę flir­tującą z ojczymem. Przy­glądamy się roman­som z dwóch per­spek­tyw: żony i kochanki. Miłość myli się czasem z sym­patią, chwilowym zauroczeniem, namięt­no­ścią, a nawet lito­ścią. Autorka uświadamia nam, że uczucia mają ogromny wpływ na nasze zachowanie, a tym samym na całe ludz­kie życie.

Gorzka czekolada trak­tuje też o skom­plikowanych relacjach rodzic-dziecko. Brak czasu, wygórowane wymagania, cał­kowite odrzucenie to elementy tych stosun­ków rów­nie częste co miłość, przyjaźń i poświęcenie. Muszę wspo­mnieć o pew­nym iście „telenowelowym” wątku, który właśnie tego tematu dotyka. Każdy, kto prze­czyta książkę, doskonale będzie wiedział, co mam na myśli.

Podoba mi się umiesz­czenie akcji w kilku krajach. Duże, tęt­niące życiem miasta (Nowy Jork, Lon­dyn) kon­trastują z bied­nymi miej­scami umiesz­czonymi daleko na mapie. Wydarzenia roz­grywają się w scenerii nie­spokoj­nego Haiti i egzotycz­nej Ghany. Poruszony jest rów­nież temat prze­pa­ści oddzielającej od siebie ludzi ubogich i majęt­nych. Ci pierwsi, ledwo wiążąc koniec z koń­cem, za wszelką (często zbyt wysoką) cenę próbują awan­sować do wymarzonej, wyż­szej grupy spo­łecz­nej. „Na świecz­niku” znikają wpraw­dzie stare problemy, ale zaraz zastępują je nowe.

Dla mnie naj­bar­dziej war­to­ściowe w Gorz­kiej czekoladzie jest uświadomienie odbiorcy, że życie nie zawsze jest takie, jak je sobie w młodo­ści wyobrażamy. Nie ma wyj­ścia, jeśli chce się coś osiągnąć trzeba być twar­dym i cier­pliwym. Ale nawet to nie gwaran­tuje jesz­cze suk­cesu. Czy tego chcemy, czy nie, liczy się też szczę­ście. Morał powie­ści jest prosty: nigdy nie należy się pod­dawać i rezygnować ze speł­niania swoich marzeń. Bierzmy z życia, ile się da! Czekolada to czekolada. Nawet ta gorzka stymuluje wytwarzanie hor­monu szczęścia!

A co do oceny… gdybym miała książkę oceniać w kategorii „czytadło” to dostałaby duże, tłuste 5. Punkty dostaje jed­nak ode mnie jako KSIĄŻKA, po prostu. I dlatego będzie to 3, zasłużone.


Gorzka czekolada w nad­miarze może się przejeść

Lesley Lokko
Gorzka czekolada
(szczegółowe infor­macje)


Dzicy detektywi

27 sierpnia 2010 Recenzje Skomentuj! Jan Giemza

.

Zdarza się czasem, że czytając książkę, czujesz, jak­byś ślizgał się po powierzchni. Widzisz tylko wierz­chołek góry lodowej, ze strzępów słów próbujesz złożyć obraz, ale brakuje w nim szczegółów, zostaje tylko niejasne, ogólne wrażenie. Wiesz, że ten sam tekst prze­czytasz za rok, dziesięć, pięć­dziesiąt lat i za każ­dym razem odsłoni inne oblicze. Dopasuje się do twojej wiedzy, twoich prze­żyć i doświad­czeń. Po tym chyba poznaje się wiel­kie dzieła.

Nie­stety, przy­goda z Dzikimi detek­tywami nie prze­biega prosto i szybko. Prze­ważającą więk­szość tej sześć­set­dwudziestocz­terostronicowej cegły stanowią monologi ludzi związanych z głów­nymi bohaterami. A jako że nie każdy z mów­ców studiował zasady retoryki starożyt­nej, wypowiedzi te bywają nie­pełne, mętne, a przy tym zakłamują rzeczywistość. Dlatego na początku błądzisz we mgle. Próbujesz połączyć nazwiska, znaleźć zależ­no­ści, ale i tak więk­szość akcji toczy się w domyśle, niejako między słowami.

Nie zro­zum­cie mnie źle. Nie chcę powiedzieć, że Dzicy detek­tywi to powieść wyłącz­nie dla znaw­ców literatury. Po prostu bez odpowied­niego nastawienia bar­dzo łatwo się od niej „odbić”. Jedną z naszych koleżanek znie­chęcił fakt, że pierw­szych sto pięć­dziesiąt stron wypeł­niają wynurzenia nastolatka, którego interesuje tylko seks, z lubo­ścią spisującego zasłyszane historie o gwał­cie na młodej dziew­czynie czy „nacinaniu fiuta nożem”. Innym nie podobało się, że w zasadzie do końca kluczowe pytania pozostają bez odpowiedzi. Sęk jed­nak w tym, że… nie w tym sęk.

Fabuła to tylko pretekst. Dwaj młodzi poeci, Ulises Lima i Arturo Belano (zbież­ność nazwisk nie­przypad­kowa) wyruszają na poszukiwanie matki-założycielki niszowego ruchu bebechorealistów, któremu obec­nie prze­wodzą. (Bebechorealizm, jak wskazuje nazwa, polega na wywleczeniu na wierzch tego, co skrywa się w środku, nawet jeśli nie jest to zbyt piękne). Burz­liwe wydarzenia końca 1975 roku rzucają ich jed­nak z dala od rodzin­nego Mek­syku. Przez ponad dwadzie­ścia lat, które obej­muje akcja książki, los targa nimi po całym świecie: od pustyni Sonory, przez Bar­celonę, Paryż, aż po Izrael. Życie Ulisesa, Arturo i ich przyjaciół poznajemy właśnie dzięki relacjom przy­pad­kowych lub nie­przypad­kowych osób, z którymi prze­cięły się ich ścieżki.

Sądzę wręcz, że to właśnie ci „komen­tatorzy” są naj­waż­niej­szymi bohaterami powie­ści. Zdaję sobie sprawę, że to, co napiszę jest do bólu wyświech­tane, ale ich historie naprawdę (naprawdę!) wstrząsają i skłaniają do reflek­sji. Lecz i tu, żeby odnaleźć sens, trzeba szukać między słowami. Zaskakujące, że tak dosadny z jed­nej strony Bolaño, z drugiej – tak wiele pozostawia domysłowi. A mówią, że sam był bebechorealistą…

Poza tym Dzicy detek­tywi to powieść o literaturze. Każ­dej tak naprawdę, choć głów­nie iberoamerykań­skiej. Setki wymienionych autorów, o których więk­szo­ści – przy­znaję to – nigdy nie słyszałem, z których żadnego nie­mal nie czytałem. Neruda, Paz, Rebol­ledo, Paramo, Pasado, Owen, Cam­pana. Chiazm, tetrastych, asklepiadej, wiersz satur­nij­ski, katachreza, epanalepsa. Poezja kon­wer­sacyjna, antypoezja, kaligramy, apokryficzne wier­sze kolum­bij­skich nadaistów, pisanie dwuręczne, trój­ręczne, mastur­bacyjne, parabole, bajki, haiku, poezja-desperada. I jak  tu się nie zanurzyć w tym wspaniałym oceanie?

Bolaño nie spodoba się każ­demu, nawet nie wszyst­kim fanom prozy hisz­pań­skojęzycz­nej. To nie roman­tyczna Miłość w czasach zarazy ani powieść, którą zabiera się do autobusu. Kłócił­bym się nawet, czy tytuł – jak czytamy na okładce – naj­wybit­niej­szej powie­ści latynoamerykań­skiej ostat­niego ćwier­ćwiecza jest w pełni zasłużony. Ale nie mam wąt­pliwo­ści, że ta imponująca opowieść o życiu i literaturze, pozostawi w tobie ślad – bez względu na to czy zdecydujesz się prze­ślizgnąć po jej powierzchni, czy zanurzyć w niej na długie tygodnie.

ocena4.5

Wielka artystyczna podróż

Roberto Bolaño
Dzicy detek­tywi
(szczegółowe infor­macje)


Wszystkie boże dzieci tańczą

.

Zbiór opowiadań Wszyst­kie boże dzieci tań­czą to kolejny z wielobarw­nych kwiat­ków, wyhodowany przez intrygującego Harukiego Murakamiego. Tym razem zostaliśmy uraczeni sze­ścioma historiami. Każda z nich jest zaskakująca i zdecydowanie różni się od pozostałych. Klamrą je łączącą jest trzęsienie w Kobe, które w jakiś spo­sób stało się motorem napędzającym bieg wydarzeń, ciągiem myśli, czasem powrotem w przeszłość.

Krótka forma wypowiedzi zdecydowanie służy autorowi. Posługuje się prostym i sugestyw­nym językiem, rzetel­nie i obrazowo opisuje świat, w którym obracają się bohaterowie. Lecz jak to Murakami,  zostawia rów­nież pole wyobraźni czytel­nika. Choćby z racji zastosowanej kon­struk­cji tek­stu, bądź prze­kory, wielu rzeczy nie dopowiada, zakoń­czenia są otwarte, nie brak w nich abs­trak­cyj­nych wąt­ków, co kom­plikuje inter­pretację dzieła. Często musimy zdać się na własną wraż­liwość, by odczytać emocje tar­gające bohaterami, którzy są oszczędni w słowach i okazywaniu uczyć. Tak oto krót­kie, nie­po­zorne opowiadanie może roz­rosnąć się do roz­miarów obszer­nej powie­ści pod wpływem głęb­szych przemyśleń.

Zadziwiające, jak pełen prozaicz­no­ści świat płyn­nie prze­chodzi w kom­pletną abs­trak­cję, jest roz­świetlany feerią barw fan­tazji Murakamiego. W Krajobrazie z żelaz­kiem poznajemy Junko i Keisuke oraz pana Mitke, który – choć wygląda zupeł­nie prze­cięt­nie –posiada ciekawe hobby. Ma absolut­nego bzika na punk­cie ognisk. Nawet obecne miej­sce zamiesz­kania zostało pod­porząd­kowane warun­kom natural­nym, „ponie­waż tutaj morze wyrzuca na plażę więcej drewna niż gdziekol­wiek indziej”.

Wszyscy troje stali, w mil­czeniu przy­glądając się stosowi drewna. Gazety zajęły się szybko, przez chwilę drżały w płomieniach, aż skur­czyły się, zwinęły i znik­nęły. Potem przez pewien czas nic się nie działo. Nie udało się, pomyślała Junko. Być może drzewo było bar­dziej wil­gotne, niż się wydawało.

Gdy cał­kiem straciła nadzieję, ku górze, jak jakiś sygnał, zaczęła unosić się biała nitka dymu.
(…) Nikt się nie odzywał. (…) Whisky prze­chodziła z rąk do rąk, a ogień z każdą chwilą potęż­niał, aż roz­gorzał z całą mocą. Nie nastąpiło to nagle, a raczej powoli, stop­niowo. Na tym właśnie polegała wyjąt­kowość ognisk pana Mitke. Płomienie nasilały się miękko i łagod­nie. Jak wyrafinowane, nie­spieszne piesz­czoty bez odrobiny gwał­tow­no­ści, ogień roz­grzewał serce.”

Całe opowiadanie jest osnute delikatną mgiełką poetyc­ko­ści (choć – dla rów­nowagi – nie brak siar­czystego żartu młodego Keisuke), nostal­gii, iskrą tego, co w nas pier­wotne. Pomiędzy urokliwymi opisami skaczących płomieni snuje się prze­dziwna roz­mowa o śmierci, snach, które się zisz­czają. Za to Pan Żaba ratuje Tokio od początku wprowadza czytel­nika w sur­realistyczny świat rodem z płótna Daliego Wielka Żaba wita Katigariego w jego własnym miesz­kaniu i wyrozumiale tłumaczy swą rzeczywistość ist­nienia skołowanemu mężczyźnie.

Katagiri nadal nie mógł wykrztusić słowa.

– Powinienem był się z panem wcześniej umówić – powiedział Żaba. Zdaję sobie z tego sprawę. Każdy by się prze­straszył, gdyby po powrocie zastał w domu wielką żabę. Ale mam do pana bar­dzo ważną i pilną sprawę. Więc proszę mi wybaczyć to najście.

– Sprawę? – udało się w końcu wyjąkać Katagiriemu.

– Tak, proszę pana. Prze­cież nie mając żadnej sprawy, nie wchodził­bym bez pozwolenia do miesz­kania nie­znajomej osoby. Nie jestem aż tak źle wychowany.”

Prosi, by pomógł ratować miasto przed trzęsieniem ziemi. Miałby dodawać gigan­tycz­nemu płazowi otuchy, zagrzewać do walki z…  – dowiecie się, gdy sięgniecie po to nie­samowite opowiadanie. Szczegól­nie polecam tym, którzy mają otwarte umysły i lubują się w zestawieniach realizmu z abstrakcją.

Murakami w swym zbiorze zaprezen­tował całą gamę odbierania rzeczywisto­ści – od wier­nej relacji (choć i tam mamy nieod­parte uczucie  otaczającej nas magii), przez zamglone oniryczne wizje, aż do szokującej abs­trak­cyj­no­ści. Prze­konaj się, jak bar­dzo elastyczna jest twoja wyobraźnia!

ocena4

Uczta dla wyobraźni

Haruki Murakami
Wszyst­kie boże dzieci tań­czą
(szczegółowe infor­macje)


Zapiski z wielkiego kraju

.

Jeśli chodzi o książkę Billa Brysona Zapiski z wiel­kiego kraju, to naczelne gazety Wiel­kiej Brytanii chwalą, chwalą i jesz­cze raz chwalą. „Spec­tator” chociażby darzy uznaniem wyczulenie autora na absurdy i dziwac­twa; ponadto doceniony jest dow­cipny język oraz nie­typowe podej­ście do pew­nych zachowań.

Ceniona jest rów­nież umiejęt­ność urokliwego pod­sumowywania – nazwijmy rzeczy po imieniu – nie­praw­dopodob­nej wręcz głupoty miesz­kań­ców Stanów Zjed­noczonych. W pełni zgadzam się z opinią brytyj­skich gazet, bowiem Zapiski… to literatura bar­dzo dobra; sar­kastyczna, ale przy tym inteligentna i skłaniająca do refleksji.

Słysząc nie­kiedy o absur­dal­nych prze­pisach praw­nych czy spo­sobach użyt­kowania przez Amerykanów produk­tów, albo zaśmiewamy się do łez, albo z politowaniem kręcimy głową i wzdychamy. Stany Zjed­noczone przy­zwyczaiły nas bowiem do naprawdę dziwacz­nych, zaskakujących wydarzeń i czasami trudno ukryć jest zażenowanie na wieść o nich. Kraj, który jest obec­nie potęgą światową i na takową się kreuje, stał się rów­nocześnie miej­scem naj­bar­dziej szalonych i zaskakujących wydarzeń – i to właśnie te nie­do­rzeczne sytuacje stały się tematem felietonów Billa Brysona.

Autor swe dzieciń­stwo spędził w Stanach, następ­nie prze­prowadził się do Wiel­kiej Brytanii. Po dwudziestu latach powrócił (już ze swoją rodziną) do Ameryki i zamiesz­kał w Nowej Anglii. Zauważył, że przez ten czas kraj bar­dzo się zmienił – a wraz z nim ludzie, ich men­tal­ność i zachowania. Absurdy amerykań­skiego życia zawarł i inteligent­nie wyśmiał w swych felietonach, które ukazywały się w jed­nej z gazet. Mamy więc historie o zawiłym wypeł­nianiu for­mularza zeznania podat­kowego, wszech­obec­nych reklamach, ostrych prze­pisach dotyczących posiadania nar­kotyków. Dzięki barw­nym i ironicz­nym opisom doskonale możemy sobie wyobrazić krainę takich wynalaz­ków jak pizza śniadaniowa (tak sztywna, błysz­cząca i sztuczna, że nawet bar­dzo głodny autor powstrzymał się od jej spo­życia), siedem­na­ście pojem­ników na kubeczki w samo­chodzie (dopusz­czalna liczba pasażerów: osiem) czy znajomość geo­grafii w prze­wod­nikach turystycz­nych (Szkocja leży na pół­noc od Anglii). Krytykowane są też nudy w telewizji i płyt­kie filmy kina let­niego, nie­uprzejmi telefoni­ści w biurach obsługi klienta i nie­dbałość na poczcie.

Bryson porów­nuje życie w Stanach Zjed­noczonych i Wiel­kiej Brytanii: wyśmiewa amerykań­skie zwyczaje, przy­wiązanie do prze­strzegania naj­bar­dziej bez­sen­sow­nych prze­pisów oraz krytykuje bolesny problem amerykań­skiej kul­tury – kon­sump­cjonizm, w którym boż­kami są dolar, ham­bur­ger i cen­trum han­dlowe. Pokazuje lenistwo miesz­kań­ców USA, którzy przy­zwyczaili się do wygód i nawet do sklepiku na sąsied­niej ulicy jadą samochodem…

Bill Bryson we własnej osobie. Smile!

Wielką zaletą Zapisków… jest ich forma. Krót­kie felietony czyta się szybko, przyjem­nie i ze smakiem; co chwilę śmiałam się, a czterysta stron książki było dla mnie bar­dzo udaną lek­turą. Nawet gdy ktoś nie lubi Amerykanów i ich płyt­kiego stylu życia, może po te historie sięgnąć – gwaran­tuję mu przy­słowiowy „ubaw po pachy”. Jako malutki minusik mogę wskazać fakt, że czasami czytel­nik gubi się pośród nie­znanych sobie nazwisk osobliwo­ści telewizyj­nych, zapewne wynika to z faktu, iż nie wszyscy biegle śledzą amerykań­skie programy.

Cieszę się, że dzięki tym świet­nym felietonom poznałam nieco bliżej tytułowy „Wielki kraj”. Tak przy okazji: czy kiedykol­wiek zdawali­ście sobie sprawę, że rocz­nie ponad 400 000 osób w Stanach zostaje zranionych przez krzesła, sofy i roz­kładane leżanki? To się dopiero nazywają krwiożer­cze meble! :)

ocena5

Zabawny ten „Wielki kraj„

Bill Bryson
Zapiski z wiel­kiego kraju
(szczegółowe infor­macje)


BONUS

Czas na działkę

.
Mar­chewka na smutki

Czy uprawianie ogródka dział­kowego może pomóc w osiągnięciu wewnętrz­nej rów­nowagi? Robin Shel­ton udowad­nia nam, że jest to moż­liwe. Razem ze swym przyjacielem Stevem prze­żywali  kryzys, z którego wyciągnęła ich właśnie praca w ogrodzie.

Ani Steve, ani ja nie znaj­dowaliśmy się w szczegól­nie przyjem­nych momen­tach naszego życia, kiedy przy­stępowaliśmy do tego przed­się­wzięcia, i obaj mamy poczucie, że działka w nie­małym stop­niu była dla nas zbawieniem.

Książka jest bar­dzo dobrym manifestem prze­ciwko stereo­typowi męż­czyzny, który drzemiąc przed telewizorem smutek topi w butelce piwa.  Aby wygrać z poczuciem bez­rad­no­ści i zawodowego wypalenia, bohaterzy podej­mują działanie –przeobrażają zachwasz­czony kawałek ziemi w bogaty ogród. Osiągnięcie celu sprawia, że pod­noszą swoją samoocenę, stając się znów „zdobyw­cami życia”. Afir­macja aktyw­nego spędzania czasu bije z każ­dej strony książki, a brudne dłonie i bolące plecy stają się synonimami szczęścia.

Od laika do ogrodnika

Całość napisana jest w for­mie pamięt­nika, dzięki czemu razem z bohaterem uczymy się powoli sztuki ogrod­nic­twa. W pierw­szym roz­dziale dowiadujemy się, że nie wie on zupeł­nie, co go czeka.

Istotna może być w tym miej­scu rów­nież infor­macja, że w obec­nej fazie Steve i ja nie mamy pojęcia o ogrod­nic­twie, poza tym, że wiemy, za który koniec trzyma się widły. A i tego dowiedzieliśmy się ostrą i bolesną metodą prób i błędów.

Przez tę pozycję spo­koj­nie może więc przejść amator, który z łopatą nigdy nie miał do czynienia. Kolejno poznajemy procesy odchwasz­czania, pielenia, nawożenia, sadzenia (tudzież siania) i wresz­cie zbierania plonów. Ponadto zbudujemy szopę i dowiemy się, czemu cebula powinna rosnąć koło mar­chewki. Czas na działkę… możemy swobod­nie nazwać porad­nikiem w przy­stęp­niej­szej for­mie (pamięt­nika). Jako dodatek do cało­ści znaj­dziemy rów­nież suplementy, które zawierają: Kom­pen­dium wiedzy warzyw­niczej, Historię dział­kow­nic­twa… oraz Sugerowaną bibliografię. Z takim zapleczem infor­macji  każdy preten­dujący do miana począt­kującego ogrod­nika może swobod­nie wybrać się na działkę.

Czas na…

Angiel­ski humor — jedni w nim gustują, inni go nie rozumieją. W zależ­no­ści od grupy, do której byś siebie przy­pisał, taka będzie dla Ciebie lek­tura owej pozycji – zabawna lub hmm… trudno w zasadzie stwier­dzić jaka. Trzeba jed­nak pod­kreślić, że język jest staranny i wręcz czuje się, że autor ma nie­zwykle głęboką jego świadomość. Myślę, że trans­lator musiał nie­mało się natrudzić, żeby oddać wszyst­kie angiel­skie gry słowne. Ponadto Robert Shel­ton często do opisu zwykłych czyn­no­ści pod­chodzi jak do opowiadania o bar­dzo skom­plikowanych procesach, używając przy tym pseudofachowego i pseudonaukowego słow­nic­twa na równi z potocyzmami, co w efek­cie daje ciekawe połączenie.

Zaczęliśmy budować szopę. Jakiś czas temu pojawiły się wąt­pliwo­ści, czy to ma jakiś sens w świetle naszej kon­statacji, że ogrod­nic­two jest idiotyczną stratą czasu (…). Z drugiej strony nie­stabilny i przy­pad­kowy układ desek, który funk­cjonuje pod nazwą „ławka”, nie jest dla takich pionierów z pogranicza jak Steve i ja odpowied­nim miej­scem do picia her­baty i dys­kutowania o fasoli. Do tego potrzebny nam jest nie­stabilny i nie­przypad­kowy układ desek, który funk­cjonuje pod nazwą „szopa”.

Dla kogo?

W pod­sumowaniu recen­zji powinna się pojawić sugerowana grupa docelowa odbior­ców, jed­nak w tym przy­padku nie­zwykle ciężko jest ją określić. Gdybym poleciła książkę pasjonatom, to zapew­nie ilość oczywistych infor­macji zanudziła by ich po pierw­szych roz­działach. Z drugiej strony osoby nie interesujące się tematyką nie znajdą tu raczej nic dla siebie – wątek wewnętrz­nej prze­miany bohaterów został blado zakreślony i z pew­no­ścią nie jest dominujący. Muszę wyznaczyć złoty środek, czyli wszyst­kich zaczynających swą przy­godę z ogrod­nic­twem lub nie mających pomysłu na upo­ranie się z dręczącymi ich problemami.

ocena2

Tylko dla zain­teresowanych tematyką

Robin Shel­ton
Czas na działkę. Dwóch facetów, jedna szopa i zero pojęcia.
(szczegółowe infor­macje)


Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin

.

Chang Jung (zgod­nie ze zwyczajem, między innymi chiń­skim, nazwisko poprzedza imię) urodziła się w Yibin (Yibin znaj­duje się w prowin­cji Syczuan), w Chinach, w 1952 roku. Jej pierw­sze imię brzmi Erhong (znaczy tyle, co ’drugi łabędź’, bowiem pierw­szym łabędziem była jej matka). W czasach wzmożonego kultu Mao (tuż przed Chiń­ską Rewolucją Kul­turalną), za namową Erhong, ojciec nadał jej imię Jung (Rong). Jung (Rong) to starochiń­skie słowo używane na „zmagania wojenne”, a wów­czas, u progu Rewolucji Kul­tural­nej, popularne było nadawanie imion związanych z walką i wojną.

Od 1978 roku, czyli gdy wyjechała na stypen­dium, Chang Jung nie mieszka w Chinach. Jej dom znaj­duje się w Wiel­kiej Brytanii, a dokład­nie w Lon­dynie. Wraz z mężem, Joh­nem Hal­lidayem (historykiem), napisała w 2005 roku kon­tro­wer­syjną biografię Mao Zedonga (Mao Tse-tunga) pod tytułem… Mao (w języku angiel­skim znaj­duje się też pod­tytuł: The Unk­nown Story). Chang Jung to pierw­sza Chinka, która uzyskała stopień dok­tora na brytyj­skiej uczelni. Co istotne, Chang zaliczana jest do brytyj­skich pisarzy, nie chiń­skich (analogicz­nie jak choćby Dai Sijie, który, mimo iż urodził się i wychował w Chinach, jest pisarzem francuskim).

Nie ma naj­mniej­szego sensu roz­pisywanie się szerzej ani na temat biografii Chang Jung, ani na temat fabuły Dzikich łabędzi: trzech cór Chin, bowiem zarówno dzieciń­stwo i młodość Chang Jung, jak i war­stwa fabularna jej naj­słyn­niej­szej książki, są nie­ro­ze­rwal­nie związane. Dzikie łabędzie: trzy córy Chin, jak już nas infor­muje pod­tytuł utworu, poświęcone są w grun­cie rzeczy trzem kobietom: babci, matce i córce. War­stwa fabularna książki roz­poczyna się wraz z narodzinami babci w 1909 roku. Jesteśmy świad­kami trud­nych wyborów, dramatycz­nych decyzji zarówno pojedyn­czych ludzi (głów­nie rodziny Chang Jung), jak i wyborów o zasięgu ogól­nopań­stwowym. Poznajemy walkę o władzę Chiń­skiej Par­tii Narodowej (Koumin­tang) z Komunistyczną Par­tią Chin. Widzimy Chiny pod jarz­mem Mao Zedonga (Mao Tse-tunga). Głód, zbrojenia, nie­koń­czące się czystki, przy­musowa reedukacja w czasie Chiń­skiej Rewolucji Kul­tural­nej, a póź­niej zdumiewające otwar­cie się Chin na Zachód. Nie­zapisanym i nienapisanym koń­cem będzie śmierć Chang Jung, czyli trzeciej z cór Chin. Książka koń­czy się wspo­mnieniem masakry, która miała miej­sce placu Tian’anmen (Plac Nie­biań­skiego Spo­koju) w 1989 roku.

Powstałe w 1992 roku Dzikie łabędzie: trzy córy Chin trudno przy­porząd­kować do jed­nego gatunku. Książka nosi znamiona pamięt­nika – Chang Jung po latach spisuje to, co sama pamięta, oraz to, co opowiadała jej matka w kilka lat po wyjeź­dzie Chang Jung z Chin. Po czę­ści Dzikie łabędzie: trzy córy Chin są biografią, jako że uzupeł­niają i dopeł­niają je infor­macje o życiu babci i matki – zupeł­nie jakby Chang Jung próbowała znaleźć swoje miej­sce w chiń­skiej (nie)rzeczywistości, wpisując swoje losy i dzieje swojej rodziny w nurt prze­mian zachodzących w chiń­skim spo­łeczeń­stwie. Losy babci (babci ze skrępowanymi stopami), jed­nej z kon­kubin generała, skon­fron­towane zostają z wyzwoloną matką, która zisz­czenia utopij­nego spo­łeczeń­stwa wol­no­ści, rów­no­ści i sprawiedliwo­ści szukała w komunizmie. Zwień­czeniem stają się wybory życiowe tytułowej trzeciej córy Chin – Chang Jung (Dzikie łabędzie tym samym ocierają się o autobiografię). Wresz­cie jest to książka wspo­mnieniowa, książka-podróż w krainę dzieciń­stwa i wczesnej młodo­ści, ale i podróż do Chin, które przez XX stulecie zmieniły się nie do poznania. Innymi słowy, gwał­towne i burz­liwe dzieje dwudziestowiecz­nych Chin są nie­ro­ze­rwal­nie związane z war­stwą autobiograficzną i biograficzną utworu Chang Jung. Trudno wyznaczyć linię demar­kacyjną. Wszel­kie granice są sub­telne, płynne.

Do dziś na świecie roze­szło się ponad 9 mln egzem­plarzy „Dzikich łabędzi”

Przej­mująca i wstrząsająca historia dwudziestowiecz­nych Chin zaprezen­towana została przez Chang Jung poprzez opisy życia, ideałów, myśli i priorytetów babci, matki, a na końcu jej samej. Oglądamy Chiny oczami kobiet, chociaż nie brak i punktu widzenia komunisty-idealisty, czyli ojca Chang Jung. Jak­kol­wiek można zaryzykować twier­dzenie, że Chang Jung w kilku miej­scach swojej opowie­ści jest mało wiarygodna. Dzikie łabędzie: trzy córy Chin nie należą do książek historycz­nych, prędzej quasi-historycznych, toteż nie należy bez­granicz­nie wierzyć w każde słowo autorki. Jak każdy, kto musi zmierzyć się z własną prze­szło­ścią i z prze­szło­ścią rodziców, Chang Jung nie unika fał­szywych tonów, minimal­nie wyczuwanych wahań i nie­kon­sekwen­cji. Tworzy wielopiętrową nar­rację – pisze o tym, co sama pamięta, ale pisze z dwóch per­spek­tyw: siebie w dzieciń­stwie i wczesnej młodo­ści oraz siebie w wiele lat po wyjeź­dzie z Chin. Dodat­kowo swoje wspo­mnienia uzupeł­nia tym, co opowiedziała jej matka. Matka zaś opowiadała jej z co naj­mniej trzech per­spek­tywy: siebie jako młodej dziew­czyny i siebie jako doj­rzałej kobiety. Trzecią per­spek­tywą stają się frag­menty wspo­mnień babci Chang Jung.

Autorka zupeł­nie nie­słusz­nie próbuje porów­nać chiń­ską nie­rzeczywistość komunizmu do rosyj­skiej. Cokol­wiek by nie powiedzieć, komunizm w Rosji i komunizm w Chinach przy­bierał nieco inne formy, ale zawsze doprowadzał do jed­nego – upadku, znisz­czenia, degeneracji, zruj­nowania tyleż pań­stwa jako pew­nego tworu, ile ludzi – zarówno pojedyn­czego człowieka, jak i spo­łeczeń­stwa jako wspól­noty (kul­turowej). Mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że więk­sze spustoszenie komunizm uczynił w Rosji. Nie­mniej jed­nak Dzikie łabędzie: trzy córy Chin to interesująca próba pod­jęcia ogrom­nego i nie­zwykle waż­kiego tematu: skut­ków (wła­ściwie wypaczeń, obłędu i absurdu), jakie nie­sie za sobą dominacja jed­nego wiel­kiego sys­temu ideologicz­nego. Zarówno komunizm, jak i namiastka kapitalizmu wprowadzanego przez Koumin­tang przynoszą klęskę spo­łeczeń­stwa. Nie ma „złotego środka”, nie ma „mniej­szego zła”.

Dzikie łabędzie: trzy córy Chin to bar­dzo dobra książka, pod warun­kiem, że czytel­nik będzie pamiętał o wła­ściwych dla każ­dego pisarza (i każ­dego wspominającego, który pragnie póź­niej wydać w for­mie książki swoje „podróże” w prze­szłość, swoje pamięt­niki) skrótach, uprosz­czeniach czy drob­nych korek­tach własnej prze­szło­ści oraz myśli, wrażeń, odczuć. Niby nic nowego – wszak odkąd człowiek spisuje dzien­niki i pamięt­niki, pojawia się autokreacja, widoczna jest mniej­sza bądź więk­sza mitomania, to jed­nak przy książ­kach tak sil­nie zanurzonych w historii jak Dzikie łabędzie: trzy cór Chin bar­dzo łatwo o tym zapomnieć.

Jung Chang
Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin
(szczegółowe infor­macje)

Wielki bazar kolejowy

.

Odkąd pamiętam, uwiel­białam podróżować pociągami. Lubiłam dworce, uczucie oczekiwania, tar­ganie ze sobą zapasów na drogę, ciekawe książki, które się czytało w trak­cie podróży, interesujące (lub nie) widoki za oknem, moż­liwość obser­wacji i ewen­tual­nej interak­cji z innymi podróż­nymi, nawet wagony restauracyjne.

To zamiłowanie do podróży kolejowych spo­wodowało, że kiedy otrzymałam propozycję prze­czytania właśnie tej pozycji, to z miej­sca się zgodziłam. Wydawało mi się, że będzie to książka podróż­nicza, general­nie podobna do innych. A jest to raczej podróż  w głąb siebie i odkrywanie innych ludzi. Jak sam autor pisze (str. 20): Szukałem pociągów, znalazłem pasażerów.”

W 1973 roku Paul Theroux postanowił odbyć wielką podróż koleją, zrobić kółko z Lon­dynu do Lon­dynu, przez Bał­kany, Tur­cję, Iran, Indie, Wiet­nam, Japonię, Rosję… Pragnie on napisać książkę o tej eks­pedycji, ale nie chce, by była to „typowa” książka podróż­nicza, które uważa za bez­sen­sowne i nudne. Muszę przy­znać, że udało mu się unik­nąć podobieństw do innych książek podróż­niczych. Theroux wsiada do pociągu zaopatrzony w zapasy cygar, alkoholu, książek i notesów. Wyprawę stara się spędzić jak naj­wygod­niej – kiedy się da wykupuje bilety pierw­szej klasy, sleepingi, kiedy trzeba potrafi dać w tej sprawie łapówki. W każ­dym pociągu stara się poczuć jak naj­lepiej, by tak wygodne prze­miesz­czanie się ułatwiło mu odbiór podróży, reflek­sję nad nią i ludźmi, którzy się dookoła niego pojawiają.

Autor wyruszył w podróż dla samego podróżowania, zwiedzanie ogranicza do minimum, wszędzie prak­tycz­nie zostaje tyle, ile musi poczekać na kolejny pociąg. Jego podróż to odkrycia robione w pociągu, ewen­tual­nie z jego okien. Jego Europa i Azja to widoki ujrzane przez okno, ludzie koczujący na stacjach kolejowych oraz współpasażerowie.

Paul Theroux stworzył wspaniałą książkę o sen­sie podróżowania i środku trans­portu jako miej­scu, gdzie spo­tykają się różne światy.

Autor prze­nikliwie obser­wuje otaczającą go rzeczywistość, którą komen­tuje w spo­strzegaw­czy, czasami wręcz ostry spo­sób. Przy­znam, że od czasu do czasu dener­wowały mnie jego komen­tarze, część z nich (całe szczę­ście mała) była pisana z pozycji „wyedukowanego białego, dobrze ustawionego w życiu i miesz­kającego w cywilizowanym kraju. Ale w takich momen­tach starałam sobie przy­pominać fakt, że ta książka pisana była na początku lat 70-tych. Inna rzeczywistość, postawy, relacje spo­łeczne. Koń­cówka wojny w Wiet­namie, mniej więcej środek ist­nienia ZSRR, inne czasy.

Właśnie dzięki temu, że książka ta powstała w 1973 roku możemy obser­wować, jak wiele zmieniło się od tego czasu, zarówno w sen­sie politycz­nym i ekonomicz­nym, jak i spo­łecz­nym. Ale jed­nocześnie możemy zaob­ser­wować, że pewne rzeczy w ogóle (albo bar­dzo nie­znacz­nie) się nie zmieniają – np. stosunki spo­łeczne w Indiach lub Japonii, stagnacja prze­cięt­nego życia na Syberii. Może to zbyt pochopne odczucia, ale tak akurat widzę to aktualnie.

Wielki bazar kolejowy powstał dzięki notat­kom, które autor regular­nie robił w pociągu i w trak­cie przy­stan­ków. Notował nie tylko wrażenia z pociągów, spo­tkań, hoteli czy opisy widoków za oknem, ale przede wszyst­kim obser­wacje dotyczących współ­pasażerów, jego roz­mowy z nimi. Możemy w ten spo­sób poznać prze­krój spo­łeczny pasażerów wszel­kich pociągów – wykształ­conych i dobrze sytuowanych profesorów, han­dlarzy, studen­tów, hipisów podróżujących do Indii, mnichów, kon­duk­torów, kel­nerów. Obser­wujemy ich zachowania, postawy, poznajemy zasady życiowe, marzenia, postanowienia, prze­myślenia. To właśnie czyni tę książkę tak ciekawą i unikatową. Prawdziwą.

Widzę Wielki bazar kolejowy jako książkę o podróżowaniu, o sen­sie wędrówki, ich metafizyce. Następ­nie jako książkę o ludziach i ich współ­ist­nieniu. A trzecim bohaterem jest pociąg jako środek trans­portu oraz miej­sce, gdzie spo­tykają się różne światy.

Książka jest napisana bar­dzo dobrze,  w ciekawym stylu. Bogate słow­nic­two i naj­wyraź­niej dobre tłumaczenie dodaje przyjem­no­ści czytaniu. Wielki bazar kolejowy polecam wszyst­kim, którzy lubią podróże, pociągi, ale przede wszyst­kim poznawanie ludzi!

Paul Theroux
Wielki bazar kolejowy
(szczegółowe infor­macje)

Dopóki mamy twarze

.

W pew­nym starożyt­nym bar­barzyń­skim królestwie rządzi poryw­czy król, którego bogowie nie obdarzyli synem.

Ma nie­stety same córki — aż trzy. Jedna nie­rząd­nica, druga brzydka, a trzecia prze­piękna. Ta brzydka prak­tycz­nie wychowuje tę naj­pięk­niej­szą, ponie­waż matka zmarła przy porodzie. Siostry łączy nie­zwykła więź – kochają się bar­dzo, miło­ścią siostrzano-matczyną. Trudno nawet określić granice tego uczucia. Piękną siostrę otacza uwiel­bienie i miłość wszyst­kich. Opiekun i nauczyciel, stary Lis, który jed­nocześnie jest też doradcą królew­skim, kocha obie dziew­czyny, dla niego chyba jako jedynej osoby nie jest naj­waż­niej­sze to, że jedna jest piękna, druga brzydka, on widzi ich piękno duchowe. Obie mają piękne dusze.

Gdy na królestwo spadają plagi — nie­urodzaj, susza, zaraza, choroby dziesiąt­kujące ludzi i zwierzęta — kapłan ogłasza, że potrzebna jest ofiara, żeby prze­błagać boginię. Jedna z córek okrut­nego króla musi umrzeć.

Powieść można czytać dosłow­nie i też będzie piękna i poruszająca. Ja jedna zauważyłam, że są tam alegorie kilku waż­nych kwestii – wiary, miło­ści, zaufania, przyjaźni. Można by pisać długo i drobiazgowo na temat każ­dej z nich, ale weźmy chociażby wiarę w Boga — czy on ist­nieje, czy można uwierzyć w Niego nie doświad­czając dowodów na jego ist­nienie? Czy kapłani mogą manipulują wier­nymi grając na ich naj­niż­szych instynk­tach — strachu i pragnieniu przetrwania?

A cielesność człowieka — jakże ma ogromne znaczenie. To tylko tak się mówi, że nie szata zdobi, że naj­waż­niej­sze, jacy jesteśmy w środku, że nasz wygląd jest sprawą drugorzędną. Takie to wydawałoby się proste, oklepane, czy jed­nak zgodne z rzeczywistością?

Książka jest nie­zwykła — pełna prze­nośni, alegorycz­nych postaci i zjawisk. Warto ją prze­czytać, by uświadomić sobie nasze ludz­kie, pod­stawowe potrzeby — miło­ści, akcep­tacji, ale też poczucia „posiadania” jed­nej wyjąt­kowej osoby, która będzie nas zawsze kochać i akcep­tować. Bo każdy człowiek chce być przez kogoś kochany i komuś potrzebny.


C. S. Lewis
Dopóki mamy twarze
(szczegółowe infor­macje)


Złodzieje piasku

.

„Prze­żywamy więcej przez rok

niż więk­szość ludzi przez całe życie”

Daniel L. Lowen­stein, korespon­dent wojenny

Na to właśnie zdanie, wypowiedziane przez jed­nego z głów­nych bohaterów książki, natykamy się tuż po jej otwar­ciu. I jest to kwin­tesen­cja całej powie­ści Bena Browna. Autor daje nam bowiem do ręki opowieść o pracy i splatającym się z nią życiu osobistym kilku wybit­nych korespon­den­tów wojennych.

Złodzieje piasku to historia porwania w Bag­dadzie w 2004 roku dzien­nikarza, słyn­nego korespon­denta wojen­nego – Daniela Lowen­steina. Jed­nak jest ona gęsto poprzetykana także wspo­mnieniami jego przyjaciół z kilku poprzed­nich wypraw w rejony naj­niebez­piecz­niej­szych działań wojen­nych: z Sarajewa, Gomy, Groznego. Szkieletem powie­ści jest właśnie owo uprowadzenie. Autor proponuje czytel­nikowi coś w rodzaju „zabawy w detek­tywa” –  na pod­stawie szeregu historii z prze­szło­ści ma on za zadanie odkryć, które z towarzyszy porwanego zdradziło go i wystawiło na śmierć. I jak w dobrym kryminale jest wielu podej­rzanych, do ostat­nich stron nie ma pew­no­ści, jak było naprawdę. A to właśnie gwaran­tuje, że od deski do deski powieść czyta się z zapar­tym tchem.

Książka działa na nas na dwóch płasz­czyznach. Po pierw­sze, genial­nie przed­stawia tło obyczajowe. W spo­sób wstrząsający, ale nie nachalny, wprowadzani jesteśmy w realia kilku kolej­nych wojen. Kon­flikty zbrojne wybuchające na tle etnicz­nym są wyjąt­kowo okrutne i krwawe. Toczą je nie tylko armie, ale także (a może przede wszyst­kim) zwykli ludzie. Nie­zwykle realistyczne opisy działań wojen­nych i czystek etnicz­nych są „pod­kładką” pod opowieść o pracujących w tych warun­kach dzien­nikarzach. W trak­cie lek­tury zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to praca, która ma na człowieka  wielki i nieod­wracalny wpływ. Kiedy prze­bywa się na co dzień pośród zarówno osób cier­piących, jak i  zadających cier­pienie,  psychika jest narażona na ogromną traumę. Na działanie takich właśnie dramatycz­nych okolicz­no­ści wystawia się z własnej woli kil­koro bohaterów Złodziei piasku. Każdy z korespon­den­tów wojen­nych jest innym człowiekiem i inna jest tez jego reak­cja na sytuacje, których jest świadkiem.

Ben Brown to słynny repor­ter BBC. Za swój materiał z Zim­babwe otrzymał nagrodę Royal Television Society

Receptą na prze­trwanie w tym zawodzie z pozoru wydaje się być skrajna obojęt­ność. Dzien­nikarze starają się pozostać na bez­piecz­nej pozycji obser­watora, który nie uczest­niczy w roz­grywających się wydarzeniach, a jedynie opisuje je i prze­kazuje światu. Dla nich kolejna masakra czy atak ter­rorystyczny to tylko – w zależ­no­ści od skali tragedii –   temat na pierw­szą stronę gazety dla której pracują. „Jeżeli masz być oczami czytel­nika, powinieneś mu mówić, co widzisz, a nie udawać ślepego”. W poszukiwaniu „zdjęcia życia” czy artykułu, który zapewni kolejną prestiżową nagrodę, towarzyszą par­tyzan­tom, przy­glądają się „pracy” snaj­pera, pochylają się nad umierającymi, brutal­nie mor­dowanymi ludźmi. Tym­czasem okazuje się, że na dłuż­szą metę nie da się pozostać obojęt­nym. Nie od dziś wiadomo, że wojna zmienia człowieka. Autor pokazuje na przy­kładzie swoich bohaterów, jak wpływa ona na więzi międzyludz­kie, nisz­czy przyjaźń, miłość, lojal­ność. Wszyscy szukają pod­świadomie ode­rwania od męczącej codzien­no­ści. Uciekają w bez­nadziejne romanse, w nar­kotyki. Tworzą wokół siebie wyimaginowany świat, w którym udają, że wszystko jest  dobrze, nor­mal­nie. Ale rzeczywistość budowana na złudzeniach musi runąć wcześniej czy póź­niej. W życiu ludzi znisz­czonych przez wojnę dochodzą do głosu zawiść, złość, bez­dusz­ność, doskonale wytresowane przez lata pracy. Szkło obiek­tywu czy legitymacja pra­sowa okazują się nie­zbyt szczelną barierą przed otaczającym światem. I nagle nie wystar­czy tylko się przy­glądać. Trzeba podej­mować cięż­kie decyzje, za które następ­nie należy wziąć odpowiedzial­ność. Każdy z bohaterów musi stoczyć swoją własną wojnę, której stawką jest ich wiszące na włosku człowieczeństwo.

„Jesteśmy w cen­trum historii.” Ale nie da się być w cen­trum historii, nie będąc jej czę­ścią. Książka jest godna polecenia właśnie dlatego, ponie­waż uświadamia czytel­nika, że każdy jest waż­nym elemen­tem tworzącym świat, w którym żyje i – czy tego chce czy nie – pozostaje pod wpływem danego uniwer­sum. Wszędzie wokół, bez prze­rwy, dzieje się historia i nie możemy być wobec niej obojętni, tak jak i ona nie jest obojętna wobec nas. „Jedyne ograniczenia zależą tylko od ciebie i twojej odwagi.”

ocena4

Udaj się do cen­trum historii

Ben Brown
Złodzieje piasku
(szczegółowe infor­macje)


Przeszukaj stronę

Newsletter


Nasz NEWSLETTER, czyli wymarzone rozwiązanie dla wszystkich, którzy chcą być na bieżąco z najlepszymi książkami, a nie skarżą się przy tym na nadmiar wol­nego czasu. Raz w tygodniu na Twojego e-maila prześlemy informacje o nowo­ściach, recenzjach i konkursach. Żadnego spamu.









Losowy cytat


Jest pewna określona liczba piosenek o cipach, morderstwach i Bogu, które możesz napisać. Mnie jeszcze trochę ich zostało...
Nick Cave
 

Recenzje

Powrót do Stumilowego Lasu

4 września 2010 0

Czy zdarzyło Ci się kiedyś przy­pad­kiem – choćby pod­czas sprzątania – natknąć się za szafą na zapo­mnianego, wyświech­tanego misia, ukochaną zabawkę z dzieciń­stwa lub tą starą, zde­zelowaną lokomotywę, która wiozła cię przez tyle krain wyobraźni? Jakie to uczucie? Czyż nie przyjem­nie wsiąść w ten magiczny wehikuł czasu, zatopić się we wspo­mnieniach smakujących watą cukrową, łzami wywołanymi stłuczonym kolanem pod­czas pierw­szych jazd na rowerze? Takie odczucia towarzyszyły mi, gdy sięgnęłam po Powrót do Stumilowego Lasu. (Ocena 5/5)

Dziwnologia. Odkrywanie wielkich prawd w rzeczach małych

3 września 2010 2

Dziw­nologia” Richarda Wisemana począt­kowo wydała mi się kolej­nym porad­nikiem typu – jak manipulować ludźmi. Takie przy­naj­mniej wrażenie odniosłam, gdy prze­czytałam blurb. Ha! Nic bar­dziej myl­nego. (Ocena 4/5)

Tajny agent Jaime Bunda

2 września 2010 0

Książka autora z Angoli o agen­cie taj­nej policji Jaime Bun­dzie została wydana nakładem nowej oficyny Claroscuro. Jeżeli wszyst­kie publikowane przez nie pozycje będą tak ciekawie napisane jak ta, to nic, tylko się cieszyć! (Ocena 4+/5)

Jak nie umrzeć. Opowieści patologa sądowego

1 września 2010 1

Książka pani patolog składa się ze wstępu, dwunastu roz­działów (swoistych odcin­ków) oraz epilogu – mogłabym zaryzykować twier­dzenie, że kom­pozycja Jak nie umrzeć. Opowie­ści patologa sądowego przy­pomina miniserial. We wstępie Garavaglia wyjaśnia między innymi róż­nicę między patologiem a koronerem, infor­muje o „narzędziach” lekarza sądowego czy wresz­cie przy­bliża czytel­nikom pod­stawowe ter­miny związane z patologią sądową. (Ocena 3+/5))

Klucz do zaświatów

31 sierpnia 2010 0

Jeśli patrząc na nazwisko autora nie masz powszech­nego wrażenia „że gdzieś je już słyszałeś” – nie martw się, wszystko jest w porządku, a amnezja jesz­cze nie złapała Cię w swoje nie­widzialne ręce. Dan Poblocki z pomocą doborowej akuszerki – Naszej Księgarni – ukazuje światu swoje pier­worodne dziecko, Klucz do zaświatów. (Ocena 4/5)

Mechanizm serca

30 sierpnia 2010 0

Mechanizm serca” mnie zauroczył. Magiczną okładką, baśniowym opisem, nie­banal­nym pomysłem. Chęcią połączenia dwóch tak odległych sfer: uczuciowej (serce) i material­nej (zegar). Można powiedzieć: zostałam kupiona. Ale w miarę czytania okazywało się, że w samej tre­ści coś zgrzyta, skrzypi, chrzę­ści. (Ocena 3/5)

Gorzka czekolada

29 sierpnia 2010 1

Mówiąc szczerze, miałam pewne obawy co do tego, jak będzie wyglądać moja przy­goda z tą pozycją. Wąt­pliwo­ści te wynikały z tego, że w rekomen­dacji „Daily Mail” wyłowiłam szybko słowo „czytadło”. Dotych­czas wydawało mi się, że na tego typu powie­ści jestem uczulona do tego stop­nia, że nie będę w stanie przez Gorzką czekoladę prze­brnąć. A tu proszę! Zdziwienie! (Ocena 3/5)

Dzicy detektywi

27 sierpnia 2010 0

Zdarza się czasem, że czytając książkę, czujesz, jak­byś ślizgał się po powierzchni. Widzisz tylko wierz­chołek góry lodowej, ze strzępów słów próbujesz złożyć obraz, ale brakuje w nim szczegółów, zostaje tylko niejasne, ogólne wrażenie. Wiesz, że ten sam tekst prze­czytasz za rok, dziesięć, pięć­dziesiąt lat i za każ­dym razem odsłoni inne oblicze. Dopasuje się do twojej wiedzy, twoich prze­żyć i doświad­czeń. Po tym chyba poznaje się wiel­kie dzieła. (Ocena 4+/5)

Wszystkie boże dzieci tańczą

25 sierpnia 2010 0

Zbiór opowiadań Wszyst­kie boże dzieci tań­czą to kolejny z wielobarw­nych kwiat­ków, wyhodowany przez intrygującego Harukiego Murakamiego. Tym razem zostaliśmy uraczeni sze­ścioma historiami. Każda z nich jest zaskakująca i zdecydowanie różni się od pozostałych. (Ocena 4/5)

Zapiski z wielkiego kraju

24 sierpnia 2010 0

Jeśli chodzi o książkę Billa Brysona Zapiski z wiel­kiego kraju, to naczelne gazety Wiel­kiej Brytanii chwalą, chwalą i jesz­cze raz chwalą. W pełni zgadzam się z opinią brytyj­skich gazet, bowiem Zapiski… to literatura bar­dzo dobra; sar­kastyczna, ale przy tym inteligentna i skłaniająca do reflek­sji. (Ocena 5/5)

Czas na działkę

23 sierpnia 2010 1

Czy uprawianie ogródka dział­kowego może pomóc w osiągnięciu wewnętrz­nej rów­nowagi? Robin Shel­ton udowad­nia nam, że jest to moż­liwe. Razem ze swym przyjacielem Stevem prze­żywali kryzys, z którego wyciągnęła ich właśnie praca w ogrodzie. (Ocena 2/5)

Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin

22 sierpnia 2010 2

Chang Jung (zgod­nie ze zwyczajem, między innymi chiń­skim, nazwisko poprzedza imię) urodziła się w Yibin (Yibin znaj­duje się w prowin­cji Syczuan), w Chinach, w 1952 roku. Jej pierw­sze imię brzmi Erhong (znaczy tyle, co ‘drugi łabędź’, bowiem pierw­szym łabędziem była jej matka). W czasach wzmożonego kultu Mao (tuż przed Chiń­ską Rewolucją Kul­turalną), za namową Erhong, ojciec nadał jej imię Jung (Rong). Jung (Rong) to starochiń­skie słowo używane na „zmagania wojenne”, a wów­czas, u progu Rewolucji Kul­tural­nej, popularne było nadawanie imion związanych z walką i wojną.

Wielki bazar kolejowy

21 sierpnia 2010 1

Odkąd pamiętam, uwiel­białam podróżować pociągami. Lubiłam dworce, uczucie oczekiwania, tar­ganie ze sobą zapasów na drogę, ciekawe książki, które się czytało w trak­cie podróży, interesujące (lub nie) widoki za oknem, moż­liwość obser­wacji i ewen­tual­nej interak­cji z innymi podróż­nymi, nawet wagony restauracyjne.

Dopóki mamy twarze

20 sierpnia 2010 0

W pew­nym starożyt­nym bar­barzyń­skim królestwie rządzi poryw­czy król, którego bogowie nie obdarzyli synem. Ma nie­stety same córki — aż trzy. Jedna nie­rząd­nica, druga brzydka, a trzecia prze­piękna. Ta brzydka prak­tycz­nie wychowuje tę naj­pięk­niej­szą, ponie­waż matka zmarła przy porodzie. Siostry łączy nie­zwykła więź — kochają się bar­dzo, miło­ścią siostrzano-matczyną. Trudno nawet określić granice tego uczucia.

Złodzieje piasku

19 sierpnia 2010 0

Złodzieje piasku to historia porwania w Bag­dadzie w 2004 roku dzien­nikarza, słyn­nego korespon­denta wojen­nego – Daniela Lowen­steina. Jed­nak jest ona gęsto poprzetykana także wspo­mnieniami jego przyjaciół z kilku poprzed­nich wypraw w rejony naj­niebez­piecz­niej­szych działań wojen­nych: z Sarajewa, Gomy, Groznego. (Ocena 4/5)

Droga do raju

16 sierpnia 2010 1

Dokument ukazujący sur­realistyczną sytuację: kobieta, Żydówka, żona, matka, eks­pert do spraw ter­roryzmu, służąca armii Izrael­skiej. Naprzeciwko jej dwoje roz­mów­ców: mężczyzna-morderca, organizator ataków ter­rorystycz­nych, ich uczest­nik lub kobieta: złapana przed próbą dokonania samobój­czego zamachu czy rezygnująca z niego. Cel: dowiedzieć się, dlaczego Arabowie chcą zabijać (bo trzeba nazywać rzeczy po imieniu) cywilów izrael­skich, amerykań­skich – kogokol­wiek, kto zawadza. (Ocena 5/5)

Erynie

14 sierpnia 2010 0

Nie będzie prze­sadą, jeżeli napiszę, że była to jedna z naj­bar­dziej oczekiwanych książek tego roku. Nowy kryminał Krajew­skiego – hasło, na które żywo zareaguje każdy miłośnik tego gatunku. Erynie gosz­czą na pół­kach już od maja, od tego czasu pojawiło się o nich wiele sprzecz­nych opinii. Są i pochwały, i nagany. Czy Marek Krajew­ski – nazywany Mistrzem pol­skiego kryminału – sprostał grec­kim boginiom? (Ocena 4/5)

Podróż na koniec świata

13 sierpnia 2010 1

Podróż na koniec świata wień­czy czterotomowy cykl przy­gód rezolut­nego Joela. Wydawca na okładce umie­ścił infor­mację, jakoby lek­tura była adresowana do czytel­ników powyżej dwunastego roku życia; mnie jed­nak nie opusz­cza wrażenie, że domniemany tar­get wiekowy dla tej pozycji nie ist­nieje. (Ocena 3/5)

Złodziejka książek

12 sierpnia 2010 1

Publikacji dotykających tematyki II wojny światowej, holocaustu, a także samej śmierci powstało już tysiące. Dlatego Mar­kus Zusak dokonał rzeczy o ile nie nie­moż­liwej, to na pewno nie­zwykle trud­nej. Bo mistrzostwem jest pisanie na powtarzany wiele razy temat w nie­po­wtarzalny i zaskakujący spo­sób. (Ocena 5/5)

Dziewczyna w złotych majtkach

11 sierpnia 2010 0

Głów­nym bohaterem jest Luys Forest, pisarz, który namięt­nie oddaje się tworzeniu autobiografii. Nie­spodziewanie przy­bywa do niego Mariana, córka jego szwagierki, sprowadzając do domu tajem­nicze towarzystwo, nocne roz­mowy i dość luźne obyczaje… (Ocena: 4+/5)

Poradnik domowy kilera

7 sierpnia 2010 0

Znakomita książka Hal­l­grimura Hel­gasona, która nie pozwala się od siebie ode­rwać i ser­wuje por­cję roz­rywki w stylu Quen­tina Taran­tino, wspominanego zresztą na jej kar­tach. Błyskotliwie skon­struowana opowieść o zabójcy z wiel­kim sercem.

Nie kończąca się historia

3 sierpnia 2010 1

Mały chłopiec imieniem Bastian trafia do antykwariatu pana Korean­dera i zabiera stam­tąd książkę. Gruby, nie­śmiały, wyśmiewany przez kolegów i (jakby się zdawało) nie­kochany przez ojca chłop­czyk za jedyną swoją umiejęt­ność uważa wymyślanie historii. Uwiel­bia czytać, ponie­waż książki prze­noszą go w inny świat. W przy­padku tej opowie­ści prze­nosi się naprawdę. Ma jedyną w życiu szansę zrobić wszystko, czego tylko zapragnie. (Ocena: 5/5)

U2 The Name of Love

2 sierpnia 2010 1

Przed napisaniem recen­zji próbowałem policzyć wydawane na całym świecie książki poświęcone U2. Straciłem rachubę przy sześć­dziesiątej pozycji. Taka liczba nie powinna nikogo dziwić. W moje ręce wpadła ostat­nio naj­now­sza z nich. Panie i Panowie: Andrea Morandi, U2 The Name Of Love.

Szkoła dobrych manier profesora Michała Iwaszkiewicza

31 lipca 2010 3

Prof. dr hab. Michał Iwasz­kiewicz, autor Porad­nika dobrych obyczajów wydanego w 2006 roku, ponow­nie dzieli się z nami swoją wiedzą dotyczącą protokołu dyplomatycz­nego, „dobrych obyczajów” i szeroko pojętej kul­tury osobistej. Rów­nie obiecujący jest wstęp prof. zw. dr hab. Jana San­domier­skiego, który chwali nie­wąt­pliwe zalety pozycji. Czy jed­nak tego typu publikacja jest rzeczywi­ście potrzebna? (Ocena 3/5)

Wagon Rosja

28 lipca 2010 0

Chociaż Natalii Kluczariowej nie można nazwać pisarką oryginalną, kiedy znamy pol­skie prze­kłady między innymi powie­ści Zachara Prilepina czy opowiadań Iriny Dienież­kinej, bo tupanie młodej Rosji usłyszeć można było w „Sań­kji” czy „Daj mi”, jest jed­nak „Wagon Rosja” książką ważną i przejmującą.

Kobieta do zadań specjalnych

26 lipca 2010 0

Kobieta do zadań specjal­nych, czyli szalona Zu (Zuzanna Rosz­kow­ska), bohaterka powie­ści Słomiana wdowa wydanej przez Iwonę Czar­kow­ską w zeszłym roku, ponow­nie wkracza do akcji. Rów­nież tym razem nie zabrak­nie jej nie­kon­wen­cjonal­nych pomysłów, buj­nej wyobraźni oraz… pecha. (Ocena 3+/5)

Rozkoszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycznych

25 lipca 2010 0

Roz­koszne. Antologia kobiecych opowiadań erotycz­nych to … właśnie. Długo myślałam, jak dokoń­czyć to zdanie i chyba nie jestem w stanie określić, czym jest ta antologia. Zbiorem opowiadań erotycz­nych, ale… Po tytule oczekiwałam czegoś więcej, że będę czytała tę książkę z wypiekami na twarzy, a jeśli nie, to chociaż z żywym zain­teresowaniem. (Ocena 2/5)

Zapasy z życiem

24 lipca 2010 0

Eric-Emmanuel Schmitt pracuje pełną parą. Wiosną tego roku wydaw­nic­two „Znak” wypu­ściło powieść Ulis­ses z Bag­dadu, a już w lecie możemy zakupić Zapasy z życiem. Czy autor kul­towego Oskara i pani Róży nie nazbyt się spieszy? Czy kolejny pisarz znów uraczy nas zasadą – ilość, a nie jakość? Nie­stety, odpowiedź jest twier­dząca. (Ocena 3+/5)

Skarby w cieniu swastyki

23 lipca 2010 1

O w mordę, bursz­tynowa kom­nata! Ale suuupeeer! Tak mniej więcej wyglądała moja wczesnogim­nazjalna reak­cja na książkę, której recen­zję właśnie czytacie. Pozycja nazywa się Skarby w cieniu swastyki, a ten zło­wrogi tytuł nadał jej oczywi­ście autor, którym jest Leszek Adam­czew­ski. (Ocena 4/5)

Ostrze

22 lipca 2010 0

Czym jest Ostrze? Kryminałem? Ale mor­dercę poznajemy znacz­nie wcześniej niż na końcu. Powie­ścią historyczną? Nie jesteśmy w stanie określić precyzyj­nie ani czasu, ani miej­sca, o realizmie postaci nie wspominając. To może fan­tastyką, bo prze­cież pojawia się motyw pak­towania z szatanem i korzystania z jego mocy? Kolejny strzał w poprzeczkę. (Ocena 4+/5)

Moje pierwsze samobójstwo

21 lipca 2010 1

Przy­padek Jerzego Pil­cha pokazuje, jak ambiwalentną war­tość ma ustalony spo­sób pisania. Barokowość stylu, nawiązywanie do ustalonych motywów – to wszystko sprawiło, że jego pisar­stwo zyskało z biegiem lat ustaloną renomę. Pilch w swej twór­czo­ści nie jest ambiwalentny. Albo się podoba, albo nie.

Doktor Karolina

20 lipca 2010 1

Młoda, ambitna, ze świeżo obronionym dyplomem magistra weterynarii – cała dok­tor Karolina. Wyruszyła na siel­ską i aniel­ską wieś do dziadka – emerytowanego leśniczego. Pech chciał, że zepsuł się jej samo­chód, taka drob­nostka, ale nie dla praw­dziwej kobiety! Albowiem – jak na praw­dziwą kobietę przy­stało – bohaterka uważa, że poradzi sobie sama i tym samym odrzuca pomoc przy­stoj­nego bruneta… z którym będzie jej dane spo­tkać się jesz­cze nie jeden raz. (Ocena 4+/5)

Wiersze dla dzieci

19 lipca 2010 1

Twór­czość Kon­stan­tego Ildefonsa Gał­czyń­skiego zawsze zaskakuje swoją absur­dalną fan­tazją, dlatego bar­dzo dobrze wpasowuje się w nurt literatury dziecięcej. Z owej magicz­nej skarb­nicy skorzystało wydaw­nic­two „Zysk i Spółka”, wypusz­czając piękne wydanie wier­szy znanego poety. (Ocena 4+/5)

Prawo, nie zemsta. Wspomnienia

17 lipca 2010 0

Nie­zwykłe wspo­mnienia człowieka zwanego „łowcą nazistów”, zawarte w ponad czterystustronicowej książce. Człowieka, który ocalał z Holokaustu, stracił przy tym ponad osiem­dziesięciu człon­ków rodziny. Na świecie pozostał tylko on i żona odnaleziona po wielu latach.

D-Day. Bitwa o Normandię

16 lipca 2010 1

D-Day – jeden z prze­łomowych momen­tów II wojny światowej, bez­preceden­sowa w swojej skali operacja, która zmieniła prze­bieg walk w Europie. Wydarzenie to stało się tematem fil­mów, gier kom­puterowych, także oczywi­ście książek – w tym sześć­set­stronicowej cegiełki Antony’ego Beevora: D-Day. Bitwa o Nor­man­dię. (Ocena 5/5)

Najnowsze komentarze

  • Szczery: Taaa... Lubisz to! :P Facebookowy konkurs, a fe xP No nic, tym razem widać nie wezmę udziału :)...
  • kalio: Pablo - no właśnie wszystko zależy:) Z tym szczerym uśmiechem to właśnie chodzi o oczy, ale nie będę udawała, że już wszystko wiem - odsyłam do książ...
  • pablo: Mnie namówiłaś! Kurcze, to teraz już nie wiem na co patrzeć jak mi będzie ktoś ściemniał... a uśmiech szczery to ten od którego robią się zmarszczki w...
  • freya: BOOK Z WAMI I Z OMNIO TWOIM :)...
  • allla: Oczywiście "Paragraf 22"! To książka, którą przeczytałam już kilkakrotnie. Sięgam po nią zawsze kiedy mam ochotę poprawić sobie humor, kiedy mam ochot...